Aktualności

Niedźwiedzie-duchy istnieją! Wytropiła je Kamila Kielar, laureatka tegorocznych Kolosów

Kamila Kielar, red. Marta Radzikowska, 29.03.2019

Niedźwiedziom białym poluje się na ryby łatwiej niż czarnym, dlatego też są zazwyczaj zdrowsze

fot.: Kamila Kielar

Niedźwiedziom białym poluje się na ryby łatwiej niż czarnym, dlatego też są zazwyczaj zdrowsze
Kruk, jeden ze stwórców świata, nie chciał, by ludzie zapomnieli o epoce lodowcowej. Wędrował więc po swych krainach i co dziesiątego niedźwiedzia malował na kolor śniegu. Czarne niedźwiedzie, które są białe, choć to nie albinosy – brzmi jak opis baśniowych stworzeń. Ale te istnieją naprawdę.

Sześciometrowy kajak morski, zapasy jedzenia na dwa miesiące, mała elektrownia do ładowania aparatu i kamer – tak wyposażona docieram na wybrzeże Kolumbii Brytyjskiej. To najtrudniejsza z moich dotychczasowych podróży. Wody Pacyfiku są nie - bezpieczne, niełatwo też zdobyć zaufanie rdzennych mieszkańców, którzy będą moim źródłem informacji o zwierzętach. Wyprawa ma charakter przyrodniczy. Szukam najrzadszych niedźwiedzi na świecie: endemicznego podgatunku baribala, który dzięki mutacji genetycznej ma białe futro. Co ciekawe, jasny jest co dziesiąty osobnik – dokładnie jak w indiańskiej legendzie.

NA TEMAT:

Wywołując duchy północy
Po sześciu dniach ciągłego deszczu nad fiordem Gregory wychodzi słońce i pojawia się tęcza. Wreszcie można płynąć dalej. Fot. Kamila Kielar

Ma długie kły i złośliwe oczy. Wystawił łeb trzy metry od mojego kajaka i nie pozwala płynąć dalej. Ja w lewo, on w lewo. Odpływam, płynie za mną. Próbuję go okrążyć, ale znów blokuje drogę. Zabawa trwa godzinę. A to moja pierwsza godzina na morzu podczas wyprawy. Kolejne zwierzę urządza sobie ze mną wyścigi. Ja uciekam, ono goni kilka metrów dalej. Jego sapanie – ciężkie, regularne i bliskie – wzbudza strach. Niby wiem, że gdyby chciało, natychmiast by mnie dogoniło; że gdyby chciało, wskoczyłoby na ka - jak (bo bywa i tak); niby wiem, że to po części zabawa. Ale wiem też, że lew morski Stellera, czyli uchatka grzywiasta, to terytorialne i drapieżne zwierzęta. A samiec może wa - żyć tonę. Pod koniec pierwszego dnia zdarza mi się za to przyjemniejsze spotka - nie. Kilka kilometrów przed biwakiem przyplątuje się foka: sympatyczna, łagodna i ciekawska. Płynie równo ze mną, a potem kilka godzin przygląda się, jak rozbijam namiot i gotuję kolację.

trojkat

Pieniny - najzdrowsze góry w Polsce [ZDJĘCIA]

Wybrzeże, wzdłuż którego wiosłuję, jest klifowe i skaliste. Dwa razy na dobę woda wznosi się i dwa razy opada, a różnica między przypływem a odpływem wynosi ponad pięć metrów. Miejsca na obóz trzeba więc wybierać starannie. Na urwistych brzegach nie ma ich wiele, a potężne pływy zmuszają do wyciągania kajaka daleko i wysoko. Drugiej i trzeciej nocy podmywa mi namiot, choć wdrapuję się na skały, jak tylko się da. Na kilka dni zatrzymuję się nad rozlewiskami rzeki Yanquee, by tropić wilki morskie – nie starych piratów, tylko odmianę drapieżników ewolucyjnie przystosowaną do życia na oceanicznym wybrzeżu. Zwierzę - ta te łapią łososie płynące w górę rzeki na tarło, jedzą rybią ikrę zostawianą na skałach, potrafią nawet odłupać od kamienia ostrygę. Wilków jednak nie ma. Widzę pojedyncze tropy, nocą słyszę wycie. Dochodzi z oddali, a powinno rozlegać się tuż koło namiotu, który rozbiłam w jednym z najlepszych miejsc do obserwacji. Wilków nie ma, bo nie ma i łososi. Już gdy wpływałam kajakiem na rozlewisko, tylko od czasu do czasu słyszałam pojedyncze pluski spławiających się ryb – a to przecież apogeum migracji. Powinny ich być dziesiątki tysięcy. Pozbawione typowego pożywienia wilki przeniosły się wyżej w góry, by polować na jelenie.

Wywołując duchy północy
W gęstym lesie deszczowym trudno znaleźć miejsce na rozbicie namiotu. Fot. Kamila Kielar

Brak łososi wpływa nie tylko na wilki, ale i na cały ekosystem prastarych pół - nocnych lasów deszczowych. Bez ryb puszczy po prostu by tutaj nie było. Po złożeniu ikry łososie umierają – dziesiątkami, setkami tysięcy w każdej z rzek. Na ryby polują niedźwiedzie (jeden osobnik potrafi w sezonie wyłowić aż pół tysiąca sztuk!) i orły. To, co zostanie po uczcie drapieżników, zostaje rozrzucone na brzegach i w głębi lasów. A resztki łososi zawierają wyjątkowo dużo związków azotu, które sprawiają, że gleba jest bardzo żyzna mimo obfitych deszczów wypłukujących substancje odżywcze. Dzięki temu przed kilkoma tysiącami lat zaczęły tu rosnąć lasy będące ostoją jednych z największych drzew na świecie: żywotników olbrzymich oraz gigantycznych jodeł, których korzenie bywają osadzone w warstwie gleby grubej na ledwie kilkanaście centymetrów. Jeśli w danym roku przypływa wiele łososi, las rośnie szybciej. Ostatnio jednak bite są coraz to nowe rekordy w liczbie powracających do rzek ryb – niestety, rekordy negatywne. Każdy kolejny rok okazuje się najgorszy w historii. Tendencja jest spadkowa, gwałtowna i najprawdopodobniej nieodwracalna.

Po rejsie pośród zieleni rozbijam obóz na dłużej. Fiord Gregory jest znany z obecności białych niedźwiedzi-duchów. Kolejne dni spędzam na wędrówkach w górę rzeki. Przedzieram się na azymut przez gęsty las: kłujący, śliski, nieprzyjazny. To gdzieś spadnę, to się poślizgnę i zjadę po zboczu. Od czasu do czasu trafiam na wydeptane przez zwierzęta ścieżki, które za chwilę urywają się pod kolejnym zwalonym drzewem. Spędzam długie godziny, czekając na niedźwiedzie. Niestety, od wielu dni nieprzerwanie pada deszcz. Rzeka gwałtownie wezbrała, nurt jest zbyt silny i żadna ryba nie da rady tu wpłynąć. A skoro nie ma łososi, nie będzie i niedźwiedzi.

Okolica jest jednak tak piękna i wściekle zielona, że mimo braku szans na spot - kanie z baribalami postanawiam poeksplorować ją dokładniej. Kajak muszę wciągnąć daleko w las, bo każdy przypływ zatapia aż 100 m terenu przed moim namiotem. Gdy woda podnosi się naprawdę wysoko, płynę w górę rozlewiska. Kajak bezszelestnie sunie po tafli, której gładź mąci tylko padający nieustannie deszcz. To zupełnie inne pływanie niż dotychczasowa rutyna pokonywania długich odcinków. Mam czas, by spokojnie przyjrzeć się każdej roślince na brzegu, wypatrywać ptaków, wydr i fok. Muszę tylko pamiętać, by zawrócić, zanim woda opadnie i uwięzi mnie w mule rozlewiska na 12 godzin. Nad fiordem zostaję jednak dłużej, niż planowałam. Uziemia mnie utrzymująca się wiele dni sztormowa pogoda. Całe doby spędzam w namiocie. Burza wali w tropik z taką furią, że nie mogę spać. Godzinami wyciągam z rąk kolce kolcosiła straszliwego, który gęsto rośnie w lesie, i z którym nie sposób wygrać. Gdy pogoda się poprawia, próbuję zapuścić się w jedną z odnóg fiordu. Nie odpływam jednak nawet na kilometr, gdy przychodzi kolejna burza. Wzmagają się fale, kajak tańczy na wietrze. Zawracam i rozbijam obóz w tym samym miejscu. Na domiar złego wieczorem rozszczelnia mi się zawór kuchenki gazowej, a to oznacza, że zostaję bez jedzenia. Nazajutrz, gdy aura daje kolejną szansę na wyruszenie w drogę, kieruję się więc nie w głąb fiordu, tylko do najbliższej wsi. Mam do niej – bagatela – cztery dni wiosłowania o głodzie. Odwracam się, by ostatni raz spojrzeć na miejsce, gdzie spędziłam tyle czasu. Brzegi fiordu spina tęcza. Świat wygląda spokojnie, łagodnie i bardzo złudnie. Staram się nie myśleć o jedzeniu. Od snickersów na pusty żołądek robi mi się niedobrze; czuję, że słabnę. Płynę najszybciej, jak mogę, a gdy trafia się okazja, kładę bez ruchu na skałach. Niekiedy trasa prowadzi przez bardzo wąskie przesmyki, w których prądy osiągają prędkość niemal czterech węzłów. Rejs staram się planować tak, by kierunek prądu zgadzał się z kierunkiem płynięcia, ale nie zawsze udaje mi się zsynchronizować pływy z trasą i porą dnia. Jedną z nocy spędzam na wyspie wysuniętej nieco dalej w morze. Rankiem nisko nad wodą wisi mgła, w której niesie się nierealnie brzmiący krzyk kaczek. Po serii wysokich przypływów przyszedł czas na potężne odpływy. Odsłaniają żyjące na skałach rozgwiazdy, wężowidła i ślimaki. We mgle wyglądają jak scenografia z filmu grozy. Gdy tylko dopływam do Klemtu, pożyczam nową kuchenkę. I rzucam się na jedzenie, co odchorowuję przez kolejne dwa dni.

Wywołując duchy północy
Wszechobecna wilgoć - czasem nie da się uniknąć zalania namiotu

Korzystając z dobrej pogody, wyruszam na północ – do kolejnego miejsca, gdzie liczę na spotkanie z białymi czarnymi niedźwiedziami. Tym razem płynę bardziej otwartym akwenem, mijając od czasu do czasu promy i mknące jak torpedy okręty wojskowe. Wzburzają one wielometrowe fale, które odbijają się od klifów, wracają, nakładają na siebie i krzyżują. Da się na nich surfować kajakiem, ale to zabawa raczej z konieczności. Wpływam do zatoki, gdzie w delcie niedźwiedzie lubią polować na ryby. Czekam na przypływ, by móc zapuścić się w górę rzeki, a potem krążę, wypatrując tropów. Po grizzly jednak ani śladu. Są czaple, kaczki, gęsi kanadyjskie i bieliki, ale niedźwiedzi brak. Tego dnia pokonuję aż 40 km, by znaleźć miejsce na biwak. W nocy budzi mnie stado humbaków. Pływają tuż przy brzegu, hałasują i nie dają mi zasnąć do rana. Po kilku dniach docieram do miejscowości Hartley Bay. Jej rdzenni mieszkańcy nie pozwalają poruszać się samodzielnie po swych terenach, więc na wyspę Moria płynę z przewodnikiem. Nad jednym ze strumieni znajdujemy martwe, poszarpane łososie – i to poszarpane bardzo niedawno. Jedne są rzucone na kamienie, inne zaciągnięte głębiej w las. Po kilku godzinach oczekiwania pojawiają się niedźwiedzie – czarne. Niby od niechcenia łapią rybę za rybą. Większości nawet nie skubną, ale bawią się w najlepsze. I w końcu, po miesiącu poszukiwań, widzę, jak zbliża się pierwszy biały niedźwiedź. Pojawia się i za moment znika niczym eteryczny duch. Dookoła gęsty las, omszałe drzewa, zwisające porosty. W tej zieleni wygląda nierealnie. Białym osobnikom podobno łatwiej polować na ryby. Czarne rzucają na wodę cień i muszą poczekać, aż łososie przyzwyczają się do ich obecności. Białe niedźwiedzie zlewają się z niebem i mogą polować od razu. Mają szanse złapać więcej ryb, są więc lepiej odżywione i zdrowsze. Za jasną barwę futra odpowiada ten sam gen, który u ludzi powoduje rudy kolor włosów. Mitem natomiast jest, że matka odrzuca białe młode oraz że osobniki o jasnym ubarwieniu mają dłuższe rzęsy i palce. To złudzenie: na jasnym pysku łatwiej dostrzec każdy włos – a także grymas. Sprawia to, że ludzie są silniej związani z białymi niedźwiedziami. Potrafią odczytać ich emocje. Mimo spotkania z upragnionymi duchami z Hartley Bay odpływam w nie najlepszym nastroju. Gdy chcę porozmawiać z mieszkańcami o niedźwiedziach i mówię, że jestem dziennikarką, ci zaczynają mnie unikać, odmawiać rozmowy albo kłamać. Bardzo szybko dają do zrozumienia, że nie jestem tu mile widziana. Zaczynają się nawet groźby. Czas się zbierać. Później dowiem się, że nie tylko ja miałam w Hartley Bay nieprzyjemności. Spotkały one nawet biologa Wayne’a McCrory’ego, który ponad 30 lat temu pokazał mieszkańcom, gdzie żyją niedźwiedzie-duchy. Moją obecność traktują najwyraźniej jako zagrożenie dla swych związanych z drapieżnikami interesów. Szkoda – przecież gramy do jednej bramki.

Wywołując duchy północy
Mój pierwszy biały niedźwiedź - w soczyście zielonym lesie wygląda nierealnie. Fot. Kamila Kielar

Za Hartley Bay muszę prze ciąć szerszy fragment otwartego morza. Wyruszam po dwóch dniach oczekiwania na poprawę pogody. Wieje lekki wiatr, fale są nieznaczne. Trzy kilometry dalej zrywa się wichura, a fale piętrzą coraz wyżej. Zawracać nie ma sensu, bo mniej więcej tyle samo dzieli mnie od drugiego brzegu. Podmuchy wzmagają się jednak z każdą chwilą, a grzywacze, już ponad dwumetrowe, przelewają się przez kajak. Nawet na chwilę nie mogę stracić kontroli, pilnuję idealnego ułożenia łodzi względem fali i wiatru. Wiem, że jeden błąd będzie mnie kosztował wywrotkę, a to bardzo wysoka cena. W takich warunkach nie zrobię eskimoski, podmuchy natychmiast zabiorą kajak, a ja zostanę sama w wodzie. Wiatr spycha mnie też z kursu, więc ostatecznie robię aż 11 km przez otwarty ocean. Dobić do brzegu jednak nie mam gdzie – nim znajdę dogodne miejsce wśród klifów - fale próbują rzucić mną o skały przez kolejnych 20 km. Od początku wyprawy codziennie mijam po kilka humbaków. Zazwyczaj trzymają się daleko, choć zdarza się im wynurzyć kilkadziesiąt metrów ode mnie. Pewnego dnia, gdy płynę wzdłuż klifów, nieopodal kajaka wyskakują trzy walenie. Niby nie powinno mnie to zaskoczyć – przeorane przez lodowce wybrzeże opada bardzo szybko, a morze tuż przy brzegu miewa głębokość 200 m – ale dochodzę do siebie przez dłuższą chwilę. Wieloryby nie patrzą, gdzie się wynurzają, więc zdarza im się wywracać łodzie.

Wywołując duchy północy
W połowie września w Great Bear Rainforest zaczyna się pora intensywnych opadów, sztormów i bardzo silnych wiatrów. Fot. Kamila Kielar

Humbaki odprowadzają mnie aż do położonej kilka kilometrów dalej zatoki, w której zostaję na dwie noce. Cały wieczór bawią się blisko brzegu: wyskakują z wody, uderzają płetwami o taflę, wypuszczają ogromne obłoki pary. A nazajutrz wracają. Rejs kończę przy zaskakująco słonecznej i spokojnej aurze, co w październiku zdarza się niezwykle rzadko. Ale wyprawa jeszcze trwa. Kolejne dwa tygodnie spędzam w Klemtu. Rozmawiam z mieszkańcami o niedźwiedziach, gospodarowaniu lasem i świadomym opieraniu się masowej turystyce. O grizzly, które przepływają z wyspy na wyspę; o orkach, które dzień wcześniej pogoniły humbaki; o protestach przeciw wytyczeniu na okolicznych wodach szlaku dla 300-metrowych tankowców. Ze względu na fale oraz wzmagające się szybko wiatry trasa ta uchodzi za czwartą na liście najbardziej niebezpiecznych dróg morskich, więc o katastrofę byłoby nietrudno. A i bez niej statki – najgłośniejsze na świecie – miałyby fatalny wpływ na humbaki i inne morskie zwierzęta bardzo wrażliwe na dźwięk. Nadal szukam niedźwiedzi, wypływam kajakiem do kolejnych zatoczek, fotografuję orły. Filmuję rodzinę wydr morskich, reintrodukowanych tutaj z Alaski. Miejscową populację do ostatniej sztuki wytrzebili łowcy futer. Wędruję po okolicznych górach. Wbrew przestrogom nie spotykam legendarnej Wielkiej Stopy. Białych niedźwiedzi niestety też nie. To alarmujący sygnał – znak, że Północ zmienia się nieodwracalnie. Dostosowuje do rzeczywistości bez kluczowych dla ekosystemu łososi, które też niemal wytrzebiliśmy: przełowieniem, masową wycinką drzew, zakładaniem farm rybnych. – Kiedyś inaczej myślało się o zasobach naturalnych. Ludzie je szanowali. Jeśli nie potrafiłaś przewidzieć skutków swych działań, czekały cię głód i śmierć. A jak dziś coś schrzanisz, po prostu zajmujesz się innym biznesem – podsumowuje Jack, który od 12 lat powraca do Klemtu na całe lato. Z powodu braku łososi głodują niedźwiedzie i wilki, orły i foki, lwy morskie i walenie. Las deszczowy rośnie słabiej i wolniej. Aż 200 gatunków czeka na powrót ławic do rzek. Wśród nich jest i człowiek. W końcu dla miliarda z nas ryby i owoce morza są jedynym źródłem białka.

Wywołując duchy północy
Humbaki to moi codzienni towarzysze. Zdarza im się wynurzyć pod łodzią – mnie na szczęście omija to niebezpieczeństwo. Fot. Kamila Kielar

Polub nas na Facebooku!

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.