Małopolska

WinterCamp na Turbaczu: Zimowe góry dla początkujących

Maria Brzezińska, 23.01.2017

Polana pod schroniskiem na Turbaczu. W nocy okaże się, kto najlepiej wyrównał platformę pod namiot

fot.: Maria Brzezińska

Polana pod schroniskiem na Turbaczu. W nocy okaże się, kto najlepiej wyrównał platformę pod namiot
Zaczynają przyjeżdżać już w czwartek. W weekend pod schroniskiem na Turbaczu będzie gęsto od namiotów. Cała Polska chce się uczyć, jak biwakować zimą. WinterCamp to spora dawka wiedzy, ale i zabawy.

Przez plecak go złap, nie przez nogi! – Uważajcie, tu jest ślisko! – Powoli, powoli!

Grupa ludzi przenosi na noszach rannego, opatulonego w złoto-srebrną folię NRC. W pewnym momencie poszkodowany ma torsje. – Natychmiast na bok! – krzyczy lekarka. – To nie jest wskazanie do tego, by go położyć, ale by przekręcić go na bok – dorzuca, widząc, że kładą nosze na śniegu.

Grupa współpracuje coraz lepiej, na twarzach widać przejęcie. Szkolenie angażuje uczestników. Można poczuć napięcie towarzyszące prawdziwemu wypadkowi. I sprawdzić, jak reaguje się w stresie. Zazwyczaj traci się głowę.

– Gdzie jest nasz punkt cieplny? – Połóżcie karimatę! Gotowi? Trzy, czteeery! – Nogi mu wyprostuj! – Cały czas mam mu trzymać głowę?

Uczestnicy przypatrują się, jak opatrzyć rannego. – Czego się dowiedzieliście? – pytam. – Jak nie ukatrupić delikwenta – śmieją się. Potem poważnieją i tłumaczą, że za nieudzielenie pomocy są konsekwencje prawne. O tym również usłyszeli na szkoleniu medycznym, prowadzonym przez Agnieszkę – energiczną panią doktor.

NA TEMAT:

Jak zostać alpinistą w weekend? 

Do wczoraj na Turbaczu nie było ani płatka śniegu. Noc przed moim przyjazdem zaczęło sypać. A kiedy zaparkowałam auto na obrzeżach Nowego Targu, okolica przypominała scenerię z bajki o Królowej Śniegu. Białego puchu napadało chyba z pół metra. Przepakowałam się szybko, bo zaczynało się ściemniać. Kiedy doszłam do żółtego szlaku prowadzącego na najwyższy szczyt Gorców (1310 m n.p.m.), musiałam już włączyć czołówkę. Latem do schroniska na Turbaczu idzie się około dwóch i pół godziny, teraz potrzebowałam ponad trzech.

– To niesamowite, co roku mamy śnieg. Może spaść w ostatniej chwili, ale zawsze jest – mówi Maciek Przywecki, organizator WinterCampu.

W schroniskowej jadalni kręci się coraz więcej osób. Niektórzy już dziś będą spać w namiotach na zewnątrz. Taka jest idea zjazdu – nauczyć się, jak bezpiecznie biwakować zimą w górach. – A przy tym sami mamy fajną zabawę, spełniamy się w tym – mówi Maciek. – No i podtrzymujemy więzi, trzon naszej ekipy wywodzi się z harcerstwa. Znowu robimy odprawy, zbiórki.

Wieczorem wszyscy dzieleni są na grupy, które potem współzawodniczą ze sobą. Na przykład w zawodach bulderingowych na stołach w jadalni. – Staramy się mieszać ludzi. Uczestnicy są z całej Polski, w różnym przedziale wiekowym. Grupy dobieramy tak, by nikt się nie znał. Wymieniają się doświadczeniami. Jest ciekawie.

Najtrudniej było znaleźć miejsce. Nie można przecież biwakować w parku narodowym. Ale teren przy schronisku na Turbaczu stanowi wyjątek – jest prywatny. Na pierwszy WinterCamp przyjechało niewiele osób. Od trzeciej edycji jest zupełnie inaczej. Jaki mają sposób, by co roku przyciągać coraz więcej ludzi? – Jak najwięcej praktyki – stwierdza Maciek. – Samo nocowanie w namiocie to dopiero początek. Robimy bardzo dużo zajęć praktycznych, niezależnie od tego, czy jest minus 30 stopni, czy grzeje słońce. Bo przecież w górach nigdy nie wiesz, jaka będzie pogoda. Nazywamy to górskim przedszkolem, ale ktoś naprawdę zainteresowany wyciągnie z WinterCampu znacznie więcej. Zawsze przywozimy dużo sprzętu, żeby uczestnicy mogli go przetestować podczas biwaku. Naszym głównym celem jest ośmielić ludzi. Jeśli się przestraszą, nie dadzą rady, zawsze obok jest schronisko.

Co roku rozrasta się nam program, współpracujemy z GOPR-em i wieloma firmami outdoorowymi, które przywożą sprzęt do testów. Mamy dużo gości – jak choćby Krzysztof Wielicki, Peter Hamor, Jaś Mela. Kiedyś przyjechała Kinga Baranowska. Z własnej inicjatywy zrobiła obchód wszystkich namiotów. Zajęło jej to chyba ze dwie godziny, ale porozmawiała z każdym, doradziła, na co warto zwrócić uwagę.

Teoria i praktyka

Większość uczestników jest w Gorcach po raz pierwszy. Wieczorne spotkanie z dyrektorem Gorczańskiego Parku Narodowego cieszy się dużym zainteresowaniem. – Choć park zajmuje tylko 13% całego obszaru Gorców, to pełni ważną funkcję w ochronie przyrody Karpat. Turystów przyciągają polany z szałasami, bogata przyroda, wiele gatunków roślin i zwierząt. Wilki, rysie, jelenie, głuszce – wylicza dyrektor. – Wilki? – przerywa ktoś z zaniepokojeniem. Ci, którzy planują nocleg w namiocie, zaczynają spoglądać na siebie niepewnie. – Nie martwcie się, raczej nie zbliżają się do ludzi. – Nawet w nocy? – dopytuje jedna z uczestniczek. – Nawet w nocy – uspokaja ją dyrektor. – Chociaż kiedyś spotkałem je zaledwie kilkanaście metrów ode mnie. Przyglądały mi się dłuższą chwilę. Najciekawiej jest na przełomie września i października, kiedy nadchodzą przymrozki i zaczynają się rykowiska. Jelenie potrafią wtedy stracić nawet 15% masy ciała. Turyści słyszą ich ryk, potem przychodzą przestraszeni i mówią, że niedźwiedzia słyszeli – śmieje się. Oglądamy nagrania z fotopułapek rozstawionych w kilku miejscach parku. Podglądamy watahę wilków. Na widok rodziny rysi rozlega się przeciągły jęk zachwytu.

Wreszcie czas iść spać. Ruszamy do rozstawionych za dnia namiotów. Rozświetlone od wewnątrz czołówkami tworzą kolorowe obozowisko, kontrastujące z mrokiem nocy. Wchodząc do śpiwora, od razu odczuwam skutki swego lenistwa. Nie przyłożyłam się zbytnio do ubicia śniegu i wypoziomowania go. Przez cienką karimatę czuję każdą górkę i dołek. Na dodatek wilgotne powietrze powoduje, że odczuwalna temperatura jest niższa niż w rzeczywistości. – Niech ta noc skończy się jak najszybciej – mruczę pod nosem.

Jak przetrwać zimą w górach?

Poranek rozwiewa niewyspanie. Z sąsiednich namiotów słychać szum kuchenek – chyba nie tylko ja potrzebuję się rozgrzać. Powoli wraca energia. Najwyższy czas, bo zaraz rozpoczną się szkolenia. Na początek sprzętowe. Wojciech Grzesiok i Andrzej Życzkowski, doświadczeni wspinacze i instruktorzy, opowiadają krok po kroku, jakie wyposażenie jest niezbędne w warunkach zimowych. – Najlepiej nie chodzić w puchówkach. Lekki polar, na to goreteks – bo jak się ruszasz, jest bardzo ciepło. Dopiero na biwaku wyciągamy z plecaka kurtkę puchową – mówi Andrzej. – Albo na stanowisku, podczas asekuracji – dorzuca Wojtek. – Często zabieramy tylko jedną kurtkę na dwie osoby i wymieniamy się nią na zmianach prowadzącego. Zgodnie z trendem na odchudzanie sprzętu – śmieją się. – Rękawice zapasowe, tak jak czołówka, zawsze! One często się gubią. Warto je nosić pod kurtką, żeby były ciepłe. – Jak stosować podgrzewacze? – pyta jeden z uczestników. – Dobre pytanie – mówi Wojtek. – One potrafią oparzyć. Wkładamy je od góry buta, nie pod stopę.

Opowieści o sprzęcie płyną wieloma wątkami, co chwila przerywane anegdotami z licznych wypraw prowadzących szkolenie. A to o targowaniu się z tragarzami w Nepalu, a to o tym, jak skończyły im się zapasy jedzenia i paliwa pod McKinleyem i ratowały ich okoliczne ekspedycje. Słuchacze sami namawiają do dygresji, w końcu na co dzień takich opowieści się nie usłyszy. Na koniec zostajemy podzieleni na dwie grupy. Część idzie z Andrzejem uczyć się chodzić w rakach i posługiwać czekanem. Druga grupa rusza kopać jamę śnieżną. Uczy ich Wojtek, zwany Kanionem. Górską karierę rozpoczął w szkole średniej. Trafił na kurs do koła przewodników, potem zapisał się do klubu wysokogórskiego w Gliwicach. Jeździł w Tatry, następnie w Alpy, aż w końcu zamarzyło mu się coś większego. Po trzech latach prób, w 2007 r. udało mu się razem z siostrą zdobyć dziewiczy szczyt w Kirgistanie. – To była nauka na całe życie, że warto realizować marzenia. Nawet jak są trudności, bo one tylko upiększają naszą przygodę.

Rozglądam się wokół. Na jednym zboczu kilkanaście osób z zapałem wymachuje łopatą, pogłębiając jamę śnieżną. Dziś w nocy przetestują biwakowanie bez namiotu. Na drugim zboczu kolejna grupa wraz z ratownikami GOPR-u sonduje lawinisko w poszukiwaniu zaginionego. Kursanci pod schroniskiem budują punkt cieplny, by zapobiec wyziębieniu poszkodowanego.

Tak, na tym biwaku nie brak przygód.

Konno przez dolinę Viñales
Wyprawa tygodnia Konno przez dolinę Viñales

O poranku zostawiłam za sobą podniszczone kamienice Hawany i wyruszyłam na łono natury. Po opuszczeniu gwarnej stolicy, krajobraz zupełnie się zmienił. Ulicami ciągnęły stare ciężarówki, konne zaprzęgi, a nawet woły, które człapały z wolna.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.