POLSKA

Morze Bałtyckie: Mierzeja Helska – oswoić żywioły

Tekst i zdjęcia: Maria Brzezińska, 5.04.2016

Morze Bałtyckie: Hel

fot.: Maria Brzezińska

Morze Bałtyckie: Hel
Rybakom często wchodzi w paradę, ale dla kite- i windsurferów, których pełno na Półwyspie Helskim, jest sprzymierzeńcem. Bez współpracy z wiatrem wodne sporty nie miałyby szansy istnienia.

Czekają właśnie na ten moment. Na barometrze spada słupek ciśnienia. Nad Morze Bałtyckie nadciągają burzowe chmury – a oni muszą zdążyć na sztorm. Wybiegają zza korporacyjnych biurek, wsiadają do aut i ruszają w wyścig z czasem. Wszędzie na wybrzeżu powiewają czerwone flagi ostrzegające przed wejściem do wody. W Łebie, Karwi, Rowach czy innych popularnych spotach pojawiają się samochody z najróżniejszych miejsc w Polsce. Pada deszcz, wieje, a oni zrzucają garnitury, zdejmują deski z dachów, zakładają żagle i wchodzą w spienione fale. To tak jak na nartach, gdy dla niektórych przychodzi moment, że opuszczają bezpieczny stok i wyjeżdżają w puch poza trasę. Tak samo ci windsurferzy zdecydowali się któregoś dnia zostawić spokojne wody Zatoki Puckiej i przejść na drugą stronę półwyspu. Na Bałtyku bywa, że fale sięgają 3-4 metrów. Rozpędzają się na nich i wyskakują nawet na kilkanaście metrów, nieraz robiąc w powietrzu kilka obrotów, albo jadą z falą jak surferzy, tyle że szybciej, bo z żaglem.

NA TEMAT:

Miłość do deski

– To grupa wyjadaczy uzależnionych od adrenaliny i sprawdzania pogody – uśmiecha się Marcin Bocian, który sam aktywnie uprawia i promuje freestyle w polskim windsurfingu. – Wariaci, którzy czekają właśnie na sztorm. Są z różnych miast i środowisk: studenckich, biznesowych, sportowych. Wszyscy spotykają się w jednym miejscu, to prawdziwy ewenement.

Marcin przygodę ze sportem zaczął z tupetem: jako trzylatek zjechał z Kasprowego. Wkrótce pojawił się snowboard, a wraz z nim miłość do deski. – Windsurfingu nauczyłem się na jeziorach, potem przyjechałem nad zatokę. Trafiłem do Tomka Saciuka, jednego z prekursorów snowboardu i windsurfingu w Polsce. To od niego kupiłem pierwszą deskę, w dodatku zrobioną własnoręcznie. Z kolegami nieraz biwakowali na dziko w namiotach, codziennie przez godzinę lub dwie udzielali lekcji w szkółkach, żeby zarobić na jedzenie, a resztę dnia spędzali na wodzie. Dziś siedzimy w prowadzonej przez niego bazie WTS DeSki na kempingu numer 4 w Chałupach. Co roku organizuje tutaj obozy kite- i windsurfingowe oraz zawody King of Hell we freestyle’u.

Morze Bałtyckie, Półwysep Helski

W Chałupach jest kilka kempingów. Kiedy patrzy się na Półwysep Helski od strony zatoki, widać zieloną linię drzew, poniżej białą linię przyczep, a przed nimi kolorowe latawce na Bałtyku. Leżą na brzegu w oczekiwaniu na wiatr: wyglądają jak rozłożone skrzydła nietoperzy. Wystarczy, że przyjdzie pierwszy wyraźny podmuch, zaraz podrywają się surferzy i „kajty” idą w górę. Z daleka nie widać cienkich linek, a kolorowe czasze tworzą kolejną linię, ponad lasem.

Kempingi są w sezonie całkowicie zapełnione. W tej części Zatoki Puckiej panują idealne warunki do uprawiania kite- i windsurfingu. Woda jest płytka nawet do trzystu metrów od brzegu, a wszystkie kierunki wiatru dają możliwość pływania. – Półwysep Helski kiedyś był miejscem imprezowym, ale od 3-4 lat jest inaczej – opowiada Marcin. – Na Maszoperię w Jastarni przyjeżdża sporo poznaniaków, u nas na czwórce często są ludzie z Warszawy, Bydgoszczy, Torunia. Kiedyś mieliśmy tu beach bary, w których pojawiali się pseudosurferzy z okolicznych miejscowości, no i często były burdy, aż w końcu je zamknęli. Teraz jest niesamowity klimat, w przyczepach mieszkają ludzie, którzy często mogliby sobie pozwolić na kupno apartamentu z widokiem na Bałtyk, ale przyjeżdżają tu dla tej atmosfery. Sporo jest też rodzin z dziećmi, to spokojny kemping. Zresztą my tutaj pilnujemy bardzo, żeby nie pić alkoholu, nie przeklinać, bo mamy dzieciaki pod swoją opieką. Chcemy pokazać im zdrowy styl życia.

Początek Polski

Morze Bałtyckie

Turyści, który przyjeżdżają na Półwysep Helski, przynajmniej jeden dzień spędzają w samym Helu – żeby zobaczyć koniec Polski (choć miejscowi podkreślają, że to początek) i słynne helskie fokarium. Jadę i ja. Po drodze przejeżdżam przez Juratę, o której zawsze słyszałam, że jest jedną z najbardziej snobistycznych miejscowości nad Morzem Bałtyckim. W oczy rzuca mi się bistro Monique. Bakery & Wine – czyli piekarnia i wino. Idealnie wyglądałoby na... Placu Zbawiciela w Warszawie. Ciekawa jestem, czy w Helu też natknę się na wielkomiejskie klimaty. Nie jest to jednak knajpa, która po prostu nie pasuje do miejsca, ale smętne blokowisko. To pozostałość po czasach, kiedy wojskowi stanowili większość wśród mieszkańców Helu, a miejscowość od pozostałej części półwyspu oddzielały szlabany. Odkąd wycofano stąd jednostki militarne, mienie wojskowe jest stopniowo zagospodarowywane, ale to długi i żmudny proces. Uciekam więc jak najszybciej w stronę portu i głównej ulicy spacerowej Helu – Wiejskiej.

Maszoperia

Rzędem ciągną się ryglowe domki rybackie z XIX w. Najstarszy, z 1830 r., stanowi część restauracji Maszoperia. – Maszop to po kaszubsku rybak, a maszoperia była formą zrzeszenia, do którego należeli rybacy. Później zaczęto tak nazywać rybackie gospody, w tym i naszą. Mężczyźni chodzili tam po połowach na piwo – opowiada pani Janina, z którą rozmawiam w typowej checzy kaszubskiej, należącej do Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Rybacy mawiali, że idą „do pani Hani, na piwo z cycem”.

Pani Hania to Anna Chwirot, właścicielka helskiej Maszoperii i obfitego biustu. Wciąż ma się dobrze, choć prowadzenie gospody dawno oddała dzieciom. Pani Janina jest „rodowitą Kasziebką ze Swyrzywa [Swarzewa]”, jak sama mówi. Płynnie przechodzi z kaszubskiego na polski i opowiada mi, że w czasach PRL-u nie było tak łatwo. – Dzieci w szkole dostawały kary za mówienie po kaszubsku, nawet na przerwie. Język był zwalczany, a Kaszubi czuli się niepotrzebni. Odkąd przestano ich dyskryminować (dziś z kaszubskiego można nawet zdawać maturę), nabrali pewności siebie. Zaczęli manifestować swą obecność m.in. na dorocznych zjazdach. Kolorowych, z muzyką, śpiewami. – Już czujemy się u siebie – mówi pani Janina.

Lekcja windsurfingu

Kiedy ostatniego dnia znowu przyjeżdżam na kemping w Chałupach, też czuję się prawie jak u siebie. Przymierzam piankę – mój strój na dziś. Pierwszą rzeczą, jaką sprawdziłam rano, nauczona już co to znaczy dobra pogoda, był wiatr. Według Marcina dziś jest idealny na pierwszą lekcję windsurfingu. Niby coraz więcej osób wybiera kitesurfing ze względu na to, że szybkie pływanie w tzw. ślizgu zaczyna się po kilku godzinach nauki. Nauka podstaw windsurfingu zabiera dużo więcej czasu, ale przynajmniej wiem, że już na pierwszej lekcji popłynę. Dostaję dużą, stabilną deskę – idealną na początek. Na brzegu ćwiczę podstawowe ruchy, po czym wchodzimy z instruktorem do wody. Pierwsze próby są nieudolne, spadam z deski nawet przy wyciąganiu masztu z wody. W końcu wychodzi mi pierwszy zwrot, a chwilę później płynę na halsie całe kilkadziesiąt metrów. Zaczynam czuć wiatr! Godzina mija niezauważenie.

– Jak się schodzi z wody po całym dniu, nie wiadomo, dlaczego człowiek to robi. Na rękach ma odciski od trzymania bomu, leje się krew, ogólnie można to porównać do machania łopatą przez cały dzień – śmieje się Marcin. – Ale wlicza się to w koszty. Pływanie daje tak niesamowite uczucie, że wszystko inne przestaje się liczyć.

WSZYSTKIE TRZY PRZYKAZANIA INKÓW
Wyprawa tygodnia WSZYSTKIE TRZY PRZYKAZANIA INKÓW

Wielu Peruwiańczyków marzy, by posiąść więcej, niż tylko czas. Wielu ucieka z prowincji i osiedla się w coraz bardziej pęczniejącej stolicy. Tu dopiero doznają przebudzenia.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.