Profesjonaliści radzą

Praca związana z podróżami to twoje marzenie? Oto 7 zawodów w sam raz dla ciebie!

Grzegorz Dzięgielewski, 30.12.2016

Praca i podróże mogą iść ze sobą w parze

fot.: rysunek Tomasz Walenta

Praca i podróże mogą iść ze sobą w parze
Nowy Rok, wiosna, wakacje... Każda pora jest równie dobra na rewolucję w życiu – ważne, by się jej nie bać. Jeśli właśnie teraz postanowiliście zmienić pracę na ciekawszą albo więcej podróżować, podpowiadamy, jak połączyć przyjemne z pożytecznym i znaleźć pracę związaną z podróżami.

 

Kilka lat temu z szybkością sensacji dnia świat obiegła wiadomość o rekrutacji do „najlepszej pracy na świecie”. Do obowiązków służbowych należało opiekowanie się tropikalną wyspą w stanie Queensland w Australii, czyli nurkowanie na Wielkiej Rafie Koralowej, wycieczki kajakiem wzdłuż brzegów, leniuchowanie całymi godzinami, a także publikowanie relacji i swoich wrażeń na blogu. Zarządcy wysepki zaoferowano 150 tys. australijskich dolarów (ok. 500 tys. zł) za półroczny kontrakt. I elastyczne godziny pracy. Brytyjczyk, który dostał tę robotę, pokonał 35 tys. konkurentów z całego świata!

Liczba ta dowodzi, że nie tylko wszędzie jest mnóstwo chętnych na łatwe pieniądze, ale też, że dla wielu osób wymarzona praca to taka, która wygląda właściwie jak urlop. Blogowanie z tropikalnej wyspy za bajońskie sumy było jednorazową okazją, ale istnieje przecież niejedna praca związana z podróżami, której nieodłączną częścią są zwiedzanie i przemieszczanie się. Poza pracami dla wybitnych specjalistów znajdziemy także zajęcia, w których każda zdolna osoba może spróbować sił. W przypadku pilota wycieczek czy dziennikarza dużo cenniejsze od liczby ukończonych fakultetów są umiejętność pracy z ludźmi i kreatywność. Jednakże wędrowny fach to nie tylko beztroskie wożenie się po świecie, za które jeszcze nam płacą. Życie na walizkach wiąże się też z wyrzeczeniami. Ben Southall, patrolując swoją rafę został poparzony przez niebezpieczną meduzę, rzuciła go dziewczyna, która nie zgodziła się na tak długą rozłąkę, a sama praca okazała się bardzo wymagająca. Dlatego wszystkim, którzy rozważają porzucenie siedzenia za biurkiem od 8 do 16, prezentujemy historie osób, które zdecydowały się na pracę zwiazną z podróżami.

NA TEMAT:

1. Stewardesa

Kto chciałby budzić się co kilka dni na innym kontynencie, niech aplikuje do linii lotniczych. Najlepiej do tych dużych, bo od siatki połączeń zależy, czy latając zobaczymy przy okazji kawałek świata. W żargonie personelu pokładowego istnieją dwa rodzaje kursów. „Turnaround” jest typowy dla krótszych połączeń, kiedy samolot spędza godzinę na lotnisku docelowym i z nowymi pasażerami (ale tą samą załogą) wraca do bazy. „Layover” to sprawa przyjemniejsza, bo choć okupiony bywa nawet kilkunastogodzinnym lotem, to na miejscu ma się czas na regenerację sił, a czasem na parodniowy pobyt w fascynującym mieście, naturalnie na koszt pracodawcy. Z tego też względu wiele osób stara się o pracę w liniach arabskich. „To nieliczne z dużych linii, które zatrudniają również osoby bez wcześniejszego doświadczenia. Nie można narzekać na zarobki, a to w połączeniu ze zwiedzaniem świata i  życiem w egzotycznym kraju tworzy atrakcyjną mieszankę”, opowiada Ania Dziedzic [zaczynała w Centralwings, później pracowała w Qatar Airways i OLT, teraz lata w samolotach biznesowych]. „W Doha, stolicy Kataru, przywitał mnie upał, o jakim mi się nie śniło. W powietrzu piasek, jakby zawieszony i wilgoć, ogromna wilgoć. Łzy płynęły mi z oczu, nieprzyzwyczajonych do tej mieszanki słońca i pyłu. Ale w sercu czułam wielką ekscytację. Szkolenie minęło szybko, pierwszy grafik lotów drukowałam trzęsącymi rękoma. Firma wysłała mnie do Frankfurtu, Algieru, Pekinu, Kuala Lumpur i na Bali. Myślałam, że umrę ze szczęścia!”. Klimat pracy tworzy również obracanie się w międzynarodowym towarzystwie, szlifowanie języków obcych i brak monotonii. Oznacza on jednak życie bez ścisłego planu, bo wystarczy jeden opóźniony lot, by cały grafik uległ zmianie. Nie każdemu będzie odpowiadała praca w weekendy, w święta, nocą. Mimo tych mankamentów chętnych na latanie nie brakuje. Ania na rekrutację do Qatar Airways pojechała aż do Belgradu, gdzie 3 dni po kilka godzin dziennie trwały rozmowy sprawdzające predyspozycje do zawodu. „Potrzebna jest otwartość na świat, zgoda na prowadzenie nieuregulowanego trybu życia i duża odporność psychiczna. Znajomość języków obcych jest konieczna – im więcej (i bardziej egzotycznych), tym szanse są większe”. Mówi też, że tzw. szkoły stewardes to chwyt marketingowy, bo prawdziwe szkolenie przeprowadzają linie lotnicze po zrekrutowaniu kandydata. „Trening trwa od 4 do 10 tygodni (8 godzin dziennie) i kończy się uzyskaniem licencji (po zdaniu teoretycznych i praktycznych egzaminów oczywiście). Pracując w jednej firmie trzeba te uprawnienia cały czas odnawiać – co 12, 24 lub 36 miesięcy. Z Qatar Airways odeszłam po 3 latach, aby odpocząć i nabrać sił do dalszych wyzwań. Praca była ciężka, ale możliwość zwiedzania świata wynagradzała wiele”.

2. Pilot wycieczek

Turyści, którzy na wyjeździe obserwują, jak ich pilot z entuzjazmem opowiada o zwiedzanym kraju (a nie dostrzegają, że dyskretnie kontroluje logistykę wyprawy) podejrzewają, że taki ktoś ma non stop wakacje. Często zresztą pilotami zostają osoby, które chcą tanio zobaczyć egzotyczne miejsca. „Zostałem bardzo dawno temu pilotem, bo nie miałem własnych funduszy na zwiedzanie świata. Uznałem, że może się uda i udało się” – zwierza się Marek Śliwka [pilot i właściciel biura podróży Logos Travel Marek Śliwka]. Zaraz jednak dodaje: „Oczywiście, każdy wyjazd to drobiazgowe przygotowanie, chłonięcie literatury, wymiana uwag i doświadczeń z innymi podróżnikami”. Monika Witkowska [pilotka od ponad 20 lat i dziennikarka] przyznaje, że niewielki procent pilotów wytrzymuje w zawodzie dłużej niż 5 lat, bo praca choć związana z podróżami okazuje się ciężka i w ogóle nie przypomina wczasów. „Bywa przyjemnie, ale możesz też już pierwszego dnia mieć człowieka ze złamaną nogą” – dodaje.

Od kilku lat dla zostania pilotem nie jest już niezbędne ukończenie trzymiesięcznego kursu i zdanie egzaminu państwowego. Zresztą ono i tak nigdy nie gwarantowało otrzymania pracy w tym zawodzie, bo co innego zostać pilotem, a co innego naprawdę zacząć jeździć. „Biura pytają o doświadczenie, którego początkujący pilot zwykle nie ma. Chyba że sam dużo wcześniej podróżował, mieszkał w danym regionie lub studiował konkretną specjalizację i wtedy świat stoi otworem” – podpowiada Marek. Z kolei Monika radzi, by zaczynać w szczycie letniego sezonu, kiedy najłatwiej o zlecenie. „Na początku trzeba odrobić pańszczyznę np. na przejazdach do Warny, aby mieć jakiś punkt zaczepienia. Warto też uczynić swoim atutem znajomość niestandardowych języków, jak rosyjski czy francuski i pracować na swoją markę, bo dobrych pilotów klienci sami polecają. Potwierdza to Marek: „Doświadczeni piloci mają przeważnie grupy w każdym miesiącu”, ale dodaje też, że trzeba być świadomym, że w takim rytmie pracy spędza się większość czasu w drodze. „Zdarzało się, że byłem poza domem 8-9 miesięcy w roku. Córka dorastała prawie bez ojca, ale na niektóre wyjazdy jeździła razem ze mną, więc i ona chwytała bakcyla podróży. Sporo czasu pracowała później także jako pilot”. Monika poza wyzwaniami i interdyscyplinarnością swojej pracy ceni sobie liczne okazje do zobaczenia miejsc, gdzie ze względu na koszty sama by pewnie nie dotarła. Zaznacza jednak, że taka forma zwiedzania to bardziej zaliczanie krajów. „Jednak inspiruje mnie to, żeby wrócić tam już na własną rękę”.

3. Własne biuro podróży

Na pomysł założenia swojego biura podróży wpadła też Majka Szura [od kilkunastu lat pilot wycieczek, od 5 lat również właścicielka biura Polka Travel]. „Po urodzeniu córeczki chciałam z nią spędzać dużo czasu, nie będąc ograniczona 8-godzinnym dniem pracy, a że organizacją podróży zajmowałam się od 1993 r., więc bez wahania podjęłam wyzwanie”.

Naturalnie, firmą turystyczną nie kieruje się wyłącznie zza biurka. „Nie wyobrażam sobie oferowania tak egzotycznych wyjazdów jak u nas bez rzetelnej i aktualnej wiedzy na temat proponowanych miejsc, dlatego nieustannie sprawdzam bazę hotelową, testuję nowe trasy na własnej skórze jako pilot, biorę udział w targach międzynarodowych, co oznacza, że w jednym miesiącu np. z Wietnamu lecę do Finlandii, a następnie do Meksyku – mówi Majka, dodając jednocześnie, że bywa też odwrotnie, gdy wyjazdy prywatne wykorzystuje do swojej pracy. „Zdarzyło mi się także spontanicznie zdecydować 'tu zostaję kilka dni dłużej', wiedząc, że to będzie supermiejsce dla moich klientów. Wiele programów dodaję wtedy na stronie, poza katalogiem. Programy „Indie dla kobiet” czy „Podróż kulinarna do Barcelony” powstały podczas prywatnej podróży”.

Zapytana o bilans zysków i strat takiego zajęcia zaczyna od minusów:Telefon mam non stop włączony, na wszelki wypadek, bo daleko za granicą są nasi goście. Częste rozstania z rodziną, ciągłe zmiany stref czasowych i klimatu z tropikalnego na arktyczny, nieregularne jedzenie i spanie, wszystko to jest trudne do wytrzymania na dłuższą metę. Za to jak już jestem w kraju, całe dnie staram się spędzać z córką”. Podkreśla też, że absolutnie nie zmieniłaby pracy na inną niż związana z podróżami, bo one są jej pasją, a to jest w pracy najważniejsze. „Dlatego poddaję się temu szalonemu rytmowi i nie narzekam”.

4. Dziennikarka podróżnicza

Innym sposobem na zarobienie na podróżowaniu jest opisywanie swoich wypraw w książkach i artykułach prasowych. Tutaj również, choć istnieje kierunek studiów jakim jest dziennikarstwo, w praktyce bardziej przydatna okazuje się konkretna wiedza i smykałka do przelewania myśli na papier. Kasia Boni [publikuje w magazynach turystycznych, m.in. na łamach „Podróży”] kończyła kulturoznawstwo i psychologię społeczną. „Jeszcze na studiach zrobiłam krótki staż w stołecznym dziale „Gazety Wyborczej” i tylko utwierdziłam się w tym, że newsowe dziennikarstwo mnie nie interesuje. W ten świat weszłam jako zupełny laik, który nie wie, co to są prevki i jakimi zasadami rządzi się redakcja. Pierwszy tekst podróżniczy napisałam ponad pięć lat temu. O Pekinie. Opublikowano go później w „Turystyce” – dodatku do GW. Od razu wiedziałam, że nie piszę na zasadzie „a może coś z tego wyjdzie”. Moim celem było podróżowanie i pisanie o podróżach, a pisanie do gazet było tego dobrym początkiem”.

Kasia, tak jak wielu dziennikarzy podróżniczych, jest freelancerką, co pozwala jej łączyć pisanie z inną działalnością zarobkową  i dostosować intensywność podróżowania do swoich potrzeb. Dobrą strategią jest wybranie ulubionego obszaru zainteresowań i pracowanie nad statusem eksperta w danej dziedzinie. Specjalnościami Kasi są Azja i jedzenie. „Mówię o sobie, że jestem turystką spożywczą, bo po wylądowaniu w nowym miejscu od razu biegnę do supermarketu. Mieszkańców podpytuję o najlepsze restauracje (również te uliczne) i zawsze szukam kursów gotowania”. Innym przepisem na zainteresowanie swoją twórczością redakcji jest stworzenie bloga. Pod adresem www.katarzynaboni.pl znajdziecie wirtualne CV Kasi z jej dotychczasowymi publikacjami, zdjęciami i opisami zwiedzonych krajów. Jednak pisanie bloga szybko stało się jej hobby. „To dzięki niemu zapisałam się na kurs fotografii – zobaczyłam jak bardzo dużo brakuje moim zdjęciom”. Sposobów na doskonalenie warsztatu pracy jest więcej. „Kilka lat temu skończyłam Polską Szkołę Reportażu. Taki sposób pisania – powolniejszy, dokładniejszy, bawiący się formą jest mi znacznie bliższy. Bardzo lubię przekazywać moim pisaniem jakąś część tego, co widziałam. Sprawić, żeby choć przez sekundę czytelnik poczuł zapach sosu sojowego, zobaczył stoki zazielenione polami ryżowymi, usłyszał brzęczącą dżunglę”.

5. Nauczyciel angielskiego

Pisanie po tablicy i robienie dzieciakom kartkówek nie brzmi jak spełniony sen o podróżowaniu. Wystarczy jednak odrobina sprytu i odwagi, aby edukować młodzież w najbardziej egzotycznych miejscach świata. Uprzywilejowani są nauczyciele języków obcych, a zwłaszcza tych modnych, czyli przede wszystkim angielskiego. Kto w latach szkolnych opanował go biegle, będzie w stanie uczyć w podstawówce w niejednym pozaeuropejskim kraju. Taki pomysł na zakotwiczenie się w Azji wdrożył w życie Maciej Klimowicz [od 2011 r. nauczyciel angielskiego w Bangkoku, dziennikarz, autor blogawww.skokwbokblog.com]. „Zaczęło się od kilkumiesięcznej podróży po Azji, która zaowocowała uzależnieniem od tej części świata. Świetnie czułem się w tutejszym klimacie, odpowiadał mi ten chaos i zrelaksowana atmosfera. Dlatego kilka miesięcy po powrocie znowu spakowałem walizkę i wyjechałem do Bangkoku – tym razem na stałe”.

Wybór zajęcia narzucił się sam. „Nauczanie angielskiego to chyba najbardziej popularny i najprostszy sposób, by zostać w Azji na dłużej. W Tajlandii jedynym oficjalnym wymogiem stawianym nauczycielom z zagranicy jest posiadanie dyplomu uczelni wyższej (licencjatu) w dowolnej dziedzinie. Aby jednak znaleźć pracę, przydaje się certyfikat TEFL (TESOL, CELTA) – wiele szkół go wymaga”. Maciek dodaje też, że pomocny bywa europejski wygląd. „W tych stronach panuje pewne pomieszanie pojęć. Za native speakerów uznaje się wszystkich białych przybyszów z Zachodu. Szkoła, w której uczę, też szukała „Native Speakers Only”, a jednak pracę dostałem bez problemu. Znalezienie jej zajęło mi około miesiąca i wymagało wysłania setek CV i odwiedzenia dziesiątek szkół”.

Spośród zalet swojej pracy Maciek najbardziej sobie chwali ponad 2-miesięczne wakacje, które wykorzystuje na wojaże. „Jako nauczyciel w tajskiej szkole zarabiam lepiej niż jako dziennikarz w Polsce, a koszty utrzymania są o wiele niższe. Od kiedy tu zamieszkałem, byłem już w Indiach, Birmie, Indonezji, Kambodży, Laosie, zjeździłem kawał Tajlandii, a nawet wyskoczyłem na wakacje do Polski. Stała praca to też niepowtarzalna okazja, by głębiej poznać swój nowy kraj. „Tajlandia z perspektywy turysty jest rajem na ziemi – wszyscy są uśmiechnięci, pogoda jest świetna, a jedzenie pyszne i tanie. Pracując tu, przekonałem się, że te uśmiechy nie zawsze są szczere, mocno odczułem pewne różnice kulturowe. Obserwowanie Tajów, poznawanie wartości, jakimi się kierują jest fascynujące, ale dostosowanie się do tego stylu bywa frustrujące. Czasami irytuje mnie panujący tu bałagan, gra pozorów i styl pracy. Tajowie spędzają w niej strasznie dużo czasu. Wiele firm czynnych jest 6 dni w tygodniu, pracownicy pod biurkami trzymają poduszki, na których ucinają sobie poobiednie drzemki. Ja o 15:30 wstaję od biurka i kończę dzień pracy na dobre. Czasami myślę, by poszukać czegoś innego, bardziej ambitnego. Szybko jednak przekonuję się, że ciężko o pracę, która pozwoli mi na tak zrelaksowany styl życia”.

6. Reporter

Zapewne niejeden czytelnik relacji Ryszarda Kapuścińskiego z rewolucji w krajach Trzeciego Świata marzył o dotarciu do tych niesamowitych miejsc. Dla reportera jednak ważniejszy od samej wyprawy jest temat, który chce opisać. Zbadanie go wymaga czasu i wysiłku i to najbardziej odróżnia rasowy reportaż od literatury podróżniczej. „Trudniej jest nawiązywać głębsze relacje z ludźmi, a wiele reportaży tego wymaga. Większość książek podróżniczych to jednowymiarowe obrazki – tu zjadłem, tam wypiłem, a tam mnie wzięli na wódkę. Wiele z nich powstaje po kilkutygodniowych pobytach. W reportażu tak się nie da” – opowiada Witold Szabłowski [autor książek „Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji” i „Nasz mały PRL”, dziennikarz „Gazety Wyborczej”].

Choć istnieje Polska Szkoła Reportażu, w której studenci pracują pod okiem mistrzów gatunku, jej ukończenie nie zrobi z nikogo reportera. „Najważniejsza jest ciekawość świata i ludzi. I oczywiście rozwinięta umiejętność pisania. Studia czy kursy są kompletnie drugorzędne, choć na pewnym etapie pracy na pewno mogą pomóc” radzi Witold i dodaje jak to było z nim – „Od kiedy zaczął wychodzić Magazyn „Gazety Wyborczej” (dziś „Duży Format”) wiedziałem, że chcę tam kiedyś pracować. Udało mi się zainteresować redakcję swoją osobą, gdy pojechałem do Turcji i spotkałem się z rodziną Mehmeta Ali Agcy”. Witold jako reporter związany z jedną redakcją nie zawsze ma swobodę wyboru miejsc i tematów. „Czasem sam wymyślam temat, czasem redakcja – znając moje możliwości i zainteresowania – wybiera coś dla mnie. Najważniejsze są potem nasze dyskusje, jak go ugryźć. W odróżnieniu od freelancerów może za to liczyć na finansowanie swoich podróży. „W moim wypadku za wyjazdy płaci redakcja, choć czasem trzeba poszukać pieniędzy na zewnątrz. Jak człowiek jedzie przywieźć materiał, to choćby cały dzień pracował, samo przebywanie w pięknych okolicznościach przyrody jest wielkim luksusem. Nie jest to typowe podróżowanie, gdzie jest czas, by coś zwiedzić, ale i tak czuję się dzięki mojej pracy uprzywilejowany”.

7. Instruktor sportowy

Podróżowanie świetnie łączy się też ze sportowym hobby, które trudno uprawiać w Polsce, jak nurkowanie czy windsurfing. A początkującym potrzebny jest ktoś, kto wprowadzi w arkana dyscypliny. Franek Przeradzki [instruktor nurkowania i narciarstwa, współpracuje z dwoma centrami nurkowymi w Polsce] pracował już m.in. w Irlandii, na Florydzie, w Chorwacji, Egipcie. Jak mówi, każde miejsce jest inne i wymaga rozpoznania. „Instruktor jest też przewodnikiem. Nie da się więc przyjechać gdzieś i popracować tam np. dwa tygodnie. Typowe jest zatrudnienie na sezon – kilka miesięcy. Praca w centrum nurkowym to trzy etaty w jednym. Trzeba też pomagać w bazie, serwisować sprzęt, czasem także obsługiwać sklep nurkowy”.

U Franka wszystko zaczęło się od wakacji nad Bałtykiem, gdzie w masce z fajką próbował znaleźć najmniejszą chociaż rybkę. Pierwszy kurs nurkowy zrobił w wieku 15 lat. „Pięć lat później wyjechałem do Irlandii. Napełniałem butle, pomagałem kursantom, pracowałem na łódkach, a w zamian wyszkolono mnie na Divemastera – pierwszy zawodowy stopień nurkowy. Ścieżka kariery jest tu bardzo uporządkowana. Istnieje kilka międzynarodowych federacji nurkowych (np. PADI, NAUI, CMAS), które układają programy szkolenia. Ja mam stopnie w pięciu z nich i wcale nie jestem pod tym względem wyjątkowy”. Ze zwiedzaniem bywa różnie, ale zwykle udaje mu się coś zobaczyć. „Po sezonie zostaję w jakimś miejscu dłużej i wtedy wydaję zarobione pieniądze jak turysta. Z tą może przewagą, że znam tam już miejsce i sporo ludzi.” 

Karmøy - Siedziba Królów Wikingów
Wyprawa tygodnia Karmøy - Siedziba Królów Wikingów

Na brzegach Skandynawii zrodziła się jedna z najbardziej wojowniczych kultur – Wikingowie. Przez 300 lat pustoszyli oni Europę od Wysp Brytyjskich, przez Normandię, po Bliski Wschód, a nawet Amerykę budząc wszędzie strach i grozę.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.