BARBADOS

Barbados i Grenada, czyli wakacje na plaży i wycieczki na nieodkryte wyspy

Zuza Reda, 15.12.2016

Barbados, rajska plaża Bottom Bay

fot.: shutterstock.com

Barbados, rajska plaża Bottom Bay
Dwie wyspy to za mało, żeby poznać archipelag Karaibów, ale światowej sławy Barbados i zapomniana Grenada wystarczą, by skosztować egzotyki pod każdą postacią. Tu wakacje w tropikach smakują wybornie.

Na Barbadosie zatrzymuję się w drodze do Grenady. Tamta wyspa znana jest głównie z amerykańskiej inwazji; Barbados słynie ze sławy. Gdzież mógłby kupić swój wakacyjny dom Hugh Grant – ikona angielskiego dżentelmena – jeśli nie w Małej Anglii, czyli na Barbadosie właśnie? Geografia turystyczna wyspy jest lokalnym powtórzeniem globalnego wzoru. Zachód to enklawa ekskluzywnego wypoczynku: pola golfowe i do gry w polo, czarna obsługa w liberiach i nazwiska największych gwiazd w hotelowych księgach gości. Wyobraźcie sobie koncert orkiestry symfonicznej na brzegu morza, w blasku zachodzącego słońca – tak wyglądają prywatne przyjęcia na Zachodnim Wybrzeżu.

Ale dziesięć kilometrów dalej jest dziki, dziewiczy, nieokiełznany Wschód, o który rozbijają się fale Atlantyku. To już miejsce dla zapaleńców, przede wszystkim surferów połykających groźne fale. Mój status społeczny i upodobania każą mi na te kilka dni wybrać ubogie południe wyspy. Gwarne, tłoczne, roześmiane. Zadymione smażonymi w głębokim oleju latającymi rybami, rozkołysane w rytm reggae i calypso, przesiąknięte oparami rumu – tego, który wypito wczoraj, i tego, który leje się dziś.

NA TEMAT:

Bar nad morzem jak informacja turystyczna 

Taksówkarz przywozi mnie do Worthing i wysadza przed miejscowym barem. Mam taką przypadłość, że jak jestem nad morzem, chcę mieszkać nad morzem. Zwiedzam więc hotele opisane w przewodniku. Jedne to zawilgotniałe, ciemne portowe speluny, inne, choć drogie, pochwalić się mogą jedynie widokiem na restauracyjny klimatyzator. W końcu pomocna dłoń zapoznanego w barze Jamesa niesie mój plecak do uroczego, drewnianego, pomalowanego na zielono domku z jasnymi pokoikami i ogródkiem. Okazuje się, że miejscowy bar to najlepsza informacja turystyczna.

Barbados z lotu ptaka

Barbados z lotu ptaka, fot. shutterstock.com

To tu zapoznaję się z kulturą limin’, z której znane sa Karaiby, czyli po prostu delektowaniem się życiem i jego upływem, oddawaniem przyjemnościom i niezwracaniem uwagi na problemy. Reggae kołyszące biodrami barmanek jest nieodzownym elementem limin’ tak jak ciepłe morze, aksamitny piasek i linia horyzontu, w którą można wpatrywać się całymi dniami. Na plaży, która zaczyna się 20 metrów od moich drzwi, nie ma atmosfery kurortu; zamiast hotelowych parasoli cień zapewnia kilka niezatłoczonych barów. Obiad to latająca ryba z frytkami. Na bardziej wyszukane dania trzeba się wybrać do sąsiedniego, tętniącego życiem, kolorowymi szyldami, wabiącego dyskotekami i nocnym szaleństwem St Lawrence. Kiedy o zachodzie dryfuję jeszcze w spokojnej wodzie zatoki, mija mnie znajoma para z Wielkiej Brytanii. Wybierają się do restauracji w St Lawrence, na głowach niosą plastikowe torby z wieczorowymi strojami. „Join us!”, wołają.

Barbados od środka 

Rolnicze wnętrze Barbadosu to koniec beztroski, a raczej – by posłużyć się patosem – powrót do korzeni. Mijamy na rondzie pomnik czarnego mężczyzny, który unosi do niebios mocarne ręce w rozerwanych kajdanach. Bob Marley śpiewał: „skradziony z Afryki, przywieziony do Ameryki” – na Karaiby przywieziono ok. 5 milionów czarnych niewolników. Dla porównania do Stanów Zjednoczonych trafiło ich ok. 400 tysięcy. Mówiący wieloma językami Afryki Zachodniej niewolnicy byli pierwszymi na świecie pracownikami zarządzanych wielkich korporacji, uczestniczyli w pierwszym w historii globalnym przedsięwzięciu, jakim była produkcja i sprzedaż cukru, stali się pierwszymi ofiarami kapitalizmu. Średnia życia niewolnika pracującego na plantacji wynosiła siedem lat; na ich orce wzbogaciły się najznakomitsze angielskie rody. Zwiedzam jeden z najstarszych na Karaibach domów, St Nicholas Abbey. Podziwiam holenderskie kafle z XVII wieku, mahoniowe biurko, przy którym zasiadał z cygarem właściciel ludzi i ziemi. Piękne kolonialne meble, jest nawet angielski kominek – a za oknem szeleszczą łany trzciny cukrowej, z której produkuje się między innymi lokalny rum o wdzięcznej nazwie Kill Devil.

Surfing i zabawa

Po krótkiej sjeście ruszamy do Flower Forest, czyli lasu kwiatów, który mogę z czystym sumieniem polecić nie tylko wielbicielom botaniki – spacer w cieniu drzew i piękne widoki na najwyższe wzgórze Barbadosu wzdłuż smaganego wiatrem Wschodniego Wybrzeża. Bathsheba to kultowe miejsce na Wschodzie. Kultowe wśród surferów, bo nikogo więcej na Wschodnim Wybrzeżu nie spotkacie. Słona atlantycka bryza niszczy roślinność, kłuje w oczy. Wysokie klify, skaliste wybrzeża i śmiertelne prądy morskie, przed którymi ostrzegają tabliczki wbite w kilometry pustych plaż, to miejsce dla amatorów dzikiej przyrody, żywiołu oceanu albo wyczynowców, którzy co roku walczą tu o surferski puchar Barbadosu.

Barbados, wielka skała na Bathsheba Beach

Barbados, wielka skała na Bathsheba Beach, fot. shutterstock.com

Na wieczór jadę do Oistins na uliczną zabawę. W każdą sobotę to rybackie miasteczko zamienia się w najgorętsze miejsce na wyspie. Kramy z biżuterią i świecidełkami, grille, z których dymią tłuste ryby i skwierczą ośmiornice, aromatyczne curry zmieszane z zapachem ściśniętych w nylonowe odświętne koszule ciał. Ogromne ustawione na ulicy sound systemy, których moc potrafi wyrywać plomby z zębów, dudnią dancehallem. Jest również coś na słodko: kruszony lód zalany odblaskowym syropem. Dziewczyny wbijają swoje obfite ciała w zbyt obcisłe spódniczki, chłopaki na czarne torsy wkładają złote łańcuchy i rozpinają koszule. Jest zabawa, jest limin’.

Grenada – wyspa dla wtajemniczonych

Jeżeli nie macie w planach zakupu bezcłowych diamentów i szmaragdów, nie interesuje was historia angielskiej wojskowości ani sobotnie wyścigi konne, to śmiało możecie ominąć stolicę Barbadosu Bridgetown i zaoszczędzony czas poświęcić właśnie na karaibski limin’. Ale naszym celem jest przecież Grenada. Możecie o tym nie wiedzieć, ale mogliście już zetknąć się z tą wyspą przy okazji świąt i doprawiania piernika. Gałka muszkatołowa jest najsłynniejszym produktem eksportowym Grenady, jest na jej fladze i w każdej potrawie, o drinkach nie wspominając. Inwazji turystów wyspa uniknęła dzięki inwazji wojsk amerykańskich, które broniły jej przed czerwoną, komunistyczną zarazą. I dlatego, choć na to nie zasługuje, pozostała zapuszczoną z lekka prowincją turystycznych Karaibów. Jedyne duże, luksusowe hotele położone są nad jedyną znaną plażą, Grand Anse, którą od lotniska dzielą 4 km. W niespełna pół godziny po wylądowaniu  daję nura w krystaliczną wodę, a po wyjściu natychmiast serwowane mi są zimne napoje i szybki lunch, czyli roti – placek z warzywami lub kurą w sosie curry. Nie zdążyłam wyschnąć, a już jestem po obiedzie zakończonym miętowym cukierkiem wybranym z bogatej obnośnej oferty kulinarno-biżuteryjno-tekstylnej tej plaży.

Grenada, zachód słońca na plaży

Grenada, zachód słońca na plaży, shutterstock.com

Na noc wybieram hotel położony w sąsiedniej, równie uroczej, a bardziej kameralnej i dużo tańszej Morne Rouge Bay. Okolice stolicy są jedynym miejscem na wyspie z bogatą bazą noclegową. Rano budzi mnie śpiew gospel dochodzący z morza. W spokojnej o poranku wodzie kilkanaście starszych pań pławi się i śpiewa – to jeden z tych małych podarunków od losu, w które obfituje Grenada. Na tej wyspie nie ma atrakcji turystycznych; ona sama w sobie jest atrakcją. Zamiast zabytków są jej dwa miasta, wilgotne, przeżarte rdzą, śmierdzące rybami i pachnące gałką muszkatołową, którą ręcznie sortują i pakują dziewczyny o urodzie miss Karaibów; zamiast cudów natury jej pełne grozy brzegi, opustoszałe drogi wijące się z niezmąconym spokojem i soczystymi mango na straganach. W niedzielę, zaraz po mszy, w rajskich zatoczkach rozsiadają się panie w koronkowych kapeluszach, nylonowych rajstopach i świecących falbaniastych sukniach. Do wieczora popijają fruit punch z rumem, chichoczą, raz po raz wznosząc świąteczny okrzyk: „O Lord!”. Skoro już jesteśmy przy rumie, warto zwiedzić najstarszy na Karaibach młyn wodny w destylarni River Antonie Rum Destillery. Działa on podobno nieprzerwanie od 1785 roku i chyba jedynie plastikowe wiadra i konewki, którymi tutejsze pracownice rozlewają trunek do butelek, unowocześniły ten zabytkowy zakład monopolowy.

W poszukiwaniu raju

Prom wyruszający z najpiękniejszego portu Karaibów, jakim jest Carenage w stolicy Grenady, zabiera nas na malutką wysepkę Carriacou. Tutaj nie ma już nic do zobaczenia ani do zwiedzenia (poza sąsiednimi wysepkami Grenadin, które prześcigają się w bajkowej urodzie), dlatego turystów też właściwie brak. Zostaje samo życie i limin’ w lokalnym towarzystwie. Zamieszkam w L’Esterre, jest to najbardziej swojska i urodziwa z tutejszych plaż. Jedyny hotel jest zamknięty, ale przy plaży można wynająć karaibski domek.

Grenada, odludna wyspa Carriacou

Grenada, odludna wyspa Carriacou, fot. shutterstock.com

Za kuchenką mieszka szczur i codziennie z ogródka przeganiam stado świń sąsiada. Poza tym reggae, woda, słońce i ludzie, którzy po jednym dniu wydają się starymi znajomymi. To oni pomogą ci wynająć pokój albo domek na plaży, zorganizują wycieczkę na sąsiednią wyspę i zaproszą na zabawę. Jest Thomas, który gotuje pyszne calallo – zieloną zupę z liści, a na jednej z plaż pokazuje mi jaja żółwi; jest Fresh, marihuanowy potentat; Scooby, dumny właściciel najszybszej łodzi na wyspie (trochę mnie oskubał), i Jo, który ręką wyławia z mangrowców najlepsze na świecie ostrygi i opowiada o duchach. Tych, które z przodkami przybyły tu z Afryki. Jest jeszcze wielu, wielu innych, ale ich poznacie już na miejscu.

Nazywa się Pico del Teide
Wyprawa tygodnia Nazywa się Pico del Teide

By wejść na sam brzeg krateru, na 3718 m npm potrzebne jest zezwolenie z dyrekcji Parku Narodowego. To jest wydawane bezpłatnie w wielu biurach turystycznych na wyspie.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.