FRANCJA

Prowansja to nie tylko lawenda. Co jeszcze zobaczyć w Prowansji

Anna Olchowik, 31.01.2017

Turyści kojarzą Prowansję głównie z lawendą, choć region oferuje znacznie więcej

fot.: www.shutterstock.com

Turyści kojarzą Prowansję głównie z lawendą, choć region oferuje znacznie więcej
Choć uwielbiam zapach lawendy, to nie dla niej od lat tu przyjeżdżam. Przez cały rok tęsknię za łagodnymi krajobrazami, pachnącą ziołami kuchnią, cichymi kamiennymi miasteczkami, za otwartością i życzliwością ludzi – i wiem, że Prowansja to miejsce na Ziemi.

Poniedziałek, siódma rano. Słońce już wstało; jego pierwsze promienie obiecują piękny i ciepły dzień. W Bedoin, leżącym u stóp Mont Ventoux – prowansalskiego olbrzyma, policjanci rozstawiają na głównej ulicy barierki z napisem deviation [fran. objazd]. Aż do 14:00 ruch w tym niewielkim miasteczku będzie wstrzymany.

Na pierwszy rzut oka jest niezły bałagan – w cieniu platanów rozstawiane są stoliki i skrzynki. Pochłonięci przygotowaniami kupcy witają się dość wylewnie ze swymi „sąsiadami” – ściskają się, całują, wykrzykują radosne bonjour. Wszystko odbywa się sprawnie, ale bez śladu pośpiechu, jakby owe uprzejmości i wspólnie spędzane chwile były wpisane w scenariusz tego widowiska. Na koniec przynoszą świeże croissanty z czynnych już od dobrych paru godzin piekarni, pełnych cudownie pachnących, ciepłych bagietek i słodkich bułek. Inni urywają się na moment, żeby przy barze wypić poranną kawę i trochę poplotkować. To ostatnie wolne chwile, zanim dookoła zacznie się kłębić tłum kupujących.

NA TEMAT:

Specjały Prowansji

Po 8:00 przy stoiskach z warzywami, serami i wędlinami pojawiają się pierwsze gospodynie, pragnące zaopatrzyć się w zapasy na cały tydzień, bez pośpiechu, zanim zrobi się tłoczno.

Z każdą chwilą robi się coraz głośniej i gwarniej. Ze wszystkich stron zaczynają schodzić się ludzie, w większości zaopatrzeni w kosze plecione z trawy – nieodzowne w tym miejscu atrybuty. Pojedynczo, parami, w małych grupkach i... znów powitania, całusy, salut! Ca va? Z radosnym klepaniem po plecach, z salwami gromkiego śmiechu, bo targ to tutejsza miasteczkowa tradycja i święto.

Co tydzień ci sami kupcy i ci sami klienci; niektórzy z nich są starymi przyjaciółmi, dla których to okazja do cotygodniowego spotkania i umówienia się na wieczorny l’aperitife. Ktoś cmoka, próbując oliwki a la provencal, ktoś inny zajada się jeszcze ciepłym chlebkiem fougasse z rozmarynem. Turyści kupują pachnące mydła i lawendę w woreczkach, które, gdy już wrócą do domów, pozwolą im znów przenieść się w to magiczne miejsce.

Moją uwagę przyciągają wyroby z drewna oliwkowego, duma lokalnych rzemieślników. Kuszą pięknymi, naturalnymi, nieregularnymi wzorami. Dalej lśnią w słońcu stosy ceramicznych misek, miseczek, butelek na oliwę i dzbanków. Pod drzewem, na długim stole piętrzą się suszone na wietrze kiełbasy, różnych wielkości i z rozmaitymi dodatkami. Naprzeciwko ktoś zachwala oliwę z okolic Les Baux – prowansalskiego zagłębia oliwkowego. Tak jak najlepsze wina, posiada ona apelację A.O.C., swoisty certyfikat najwyższej jakości.

Obok sprzedawca kozich serów z Banon częstuje nas kawałeczkami białego, kremowego, lekko kwaskowatego sera. Pycha! Małe okrągłe serki, poubierane w liście kasztanowca i przewiązane włóknami rafii lub pokryte popiołem bądź czerwonym pieprzem, są specjalnością Mont Ventoux.

Fougasse na targu w Prowansji
Fougasse na targu w Prowansji, fot. Shutterstock.com

Prowansalskie przyjemności

Lekkie burczenie w brzuchu przypomina, że jest już południe i czas pomyśleć o lunchu. Godziny posiłków to dla Francuzów rzecz święta, a w Prowansji szczególnie daje się to odczuć. Od czci i wiary odsądzani są ci, którzy nie zamykają swych sklepów chociaż na 2 godziny. Oczywiście nie dotyczy to rozmaitych kawiarni, barów, restauracji i oberży – te muszą być otwarte w oczekiwaniu na amatorów lekkiego południowego posiłku, z obowiązkową lampką rose.

Lunch zwykle poprzedzony jest szklaneczką likieru anyżkowego (pastis), który, podany w szklance z lodem i odrobiną wody, lekko mętnieje. Innym sposobem na okołopołudniową przekąskę, zwłaszcza dla zmotoryzowanych turystów, jest piknik.

Piknik na zboczach Mont Ventoux

Jak w całej Prowansji, również na zboczach Mont Ventoux, wznoszącego się nad Bedoin, pełno jest wygodnych miejsc, by rozłożyć koc na trawie, i stolików z ławeczkami, umiejscowionych w najbardziej malowniczych punktach. Z koszem piknikowym nie trzeba się wysoko wspinać, by móc podziwiać przepiękne widoki.

My zatrzymujemy się w pół drogi, ale przed ambitnymi jeszcze spory kawałek – góra ma 1912 m. Asfaltówka pnie się serpentynami przez 21 km. Ścieżkami jest krócej, ale i tak trzeba poświęcić na to około 5 godzin, a wtedy pora lunchu niebezpiecznie się przesuwa – co nie jest tu dobrze widziane. Lepiej więc pogodzić się z mniej rozległą perspektywą.

Legenda głosi, że prekursorem pieszych wypraw na szczyt był renesansowy poeta Francesco Petrarka. Dziś można m.in. wybrać się na szczyt z przewodnikiem, na wyprawę z pochodniami, by ujrzeć wschód słońca nad Prowansją. W lecie wychodzi się przed północą, aby około 6 rano z wierzchołka podziwiać pierwsze promienie słońca.

Niezapomniany widok

Jakkolwiek się dostaniemy na szczyt, jest tego wart. Skalisty, kamienny wierzchołek wygląda jak pokryty śniegiem, a widok z niego zapiera dech w piersiach. Przy dobrej pogodzie można podziwiać piękne serce Prowansji. Gdy patrzę na południe, po prawej stronie mam mieniące się wody Rodanu, rzeki wyznaczającej od zachodu granice Prowansji, wraz ze strzegącym jej obrzeży, majestatycznym Awinionem, po lewej zaś rozpościerają się Alpy. Te bliższe, wchodzą w skład regionu Provence Alps Cote d’Azur (PACA), a dalsze, to już te słynne, wysokie, z Mont Blanc na czele.

Na południe od wysokich szczytów, rysuje się linia wąwozu rzeki Verdon. Jego najbardziej malowniczy odcinek ma długość około 20 km, a głębokość kanionu w niektórych miejscach dochodzi do 700 metrów. Wody rzeki niosą wypłukiwany ze skał wapień i wpadają do jeziora Sainte Croix, które dzięki temu zachwyca turkusową barwą.

Lawendowy raj

Obok zarysu wąwozu rozpościera się płaskowyż Valensole – raj dla amatorów lawendy. W lipcu to miejsce zamienia się w intensywnie pachnący, fioletowy dywan, jak wachlarz poprzetykany żółtymi polami kwitnących słoneczników i złotymi smugami dojrzewających zbóż.

Lawenda najpierw czaruje swoim widokiem i zapachem, potem dzięki rojom pszczół biesiadujących w jej kwiatach nadaje smak miodowi lawendowemu, a na końcu, po przekwitnięciu, jest ścinana dla cennych, aromatycznych olejków. Kiedyś odbywało się to ręcznie, przy pomocy sierpów, dziś w tej ciężkiej i żmudnej pracy wyręczają ludzi kombajny.

Valensole
Valensole to raj dla miłośników lawendy, fot. Shutterstock.com

Serce Prowansji

Serce Prowansji, między Mont Ventoux i wzgórzami Luberon, to kraina pełna uroczych miasteczek, pól dzikich ziół, starych traktów porośniętych wiekowymi platanami, rozległych winnic i gajów oliwnych. Pamiętające kilka wieków prowansalskie, kamienne domy, zwane tu mas, były rozbudowywane sukcesywnie wraz z rosnącymi potrzebami powiększających się rodzin.

Uwagę przyciąga miejsce, gdzie pośród zieleni połyskują rude plamy. To miasteczko Roussillon, zbudowane na jednym z największych złóż ochry na świecie.

Owe złoża mają duży wpływ na wygląd Prowansji. Zgodnie z lokalnym zarządzeniem, kolor elewacji prowansalskich domów ma nawiązywać do odcieni ochry (kolory i odcienie są ściśle określone). To samo dotyczy też drzwi i okiennic, które muszą zmieścić się w kanonie barw pasujących do elewacji (błękity, fiolety). Dzięki temu swoistemu kolorystycznemu rygorowi zabudowy i przyroda, i zabytki zyskują dodatkowo na atrakcyjności.

Budynki w Roussillon mają chyba najintensywniejszy z odcieni ochry w całej Prowansji. Wystarczy przejść się ścieżką poniżej skał, żeby zobaczyć, jak trwały to barwnik, w jak wielu odcieniach występuje i jak mu do twarzy z zielenią strzelistych sosen. Na spacer lepiej nie zakładać białych skarpetek ani jasnych tenisówek, chyba że chcecie je skutecznie przefarbować na rdzawy pomarańcz.

Gordes i Fontaine de Vaucluse

Nieopodal Rousillon, na zboczu kremowych, wapiennych skał, usadowiło się Gordes, pamiętające jeszcze czasy rzymskie, z labiryntem uroczych uliczek i dumnie wyglądającym renesansowym zamkiem na szczycie.

Będąc tu, nie można nie zajrzeć do cysterskiego klasztoru Senanque. Wijąca się górska droga ma szerokość zaledwie paru metrów i żeby się minąć z nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem, trzeba czekać na specjalne mijanki. Jednak widok ukrytego między wzgórzami, XII-wiecznego klasztoru na tle kwitnącego pola lawendy, wynagradza trudy dojazdu. Popołudniami budowla rozbrzmiewa pięknymi dźwiękami gregoriańskich nieszporów.

Niewiele dalej kryje się Fontaine de Vaucluse. Miasteczko wybudowano przy tajemniczym źródle rzeki Sorgue, które wybija z niezwykle głębokiego skalnego otworu. Latem i jesienią lustro wody jest tak nisko, że ledwo je widać, wiosną zaś woda bije do góry z siłą wodospadu. Dna tej naturalnej studni szukał nawet legendarny Jacques Cousteau. Ostatnie badania wskazują, że jej głębokość na pewno sięga powyżej 318 m, zaś woda, która z niej wypływa, pochodzi z wyżej położonej równiny Vaucluse i, zanim się pojawi w źródle, płynie podziemnymi korytarzami długości 20-30 km.

Prowansalska Wenecja i pływający targ

Podążając z nurtem rzeki, znajdziemy się w miasteczku Isle sur la Sorgue, zwanym prowansalską Wenecją. Jego domy zbudowane są na wyspach na rzece.

Miejsce to, pełne małych i większych mostków i wciąż obracających się kół młyńskich, słynie z handlu antykami – w każdą niedzielę w sezonie letnim. Można zaopatrzyć się nawet w kredens z XIX wieku czy szczotkę do włosów, pokrytą masą perłową.

Z kolei w pierwszą niedzielę sierpnia odbywa się tu pływający targ, podczas którego można kupić wszystko, ale tylko z pływających po rzece i kanałach łodzi.

Galeria w kamieniołomie

Pośrodku mieniących się w słońcu wierzchołków białych skał – Chaine des Alpilles – wyrasta miasteczko Les Baux de Provence. Malownicze maleństwo, którego dzieje sięgają IX wieku. Niestety nie może poszczycić się zbyt chlubną historią. Jego właściciele często korzystali ze strategicznego położenia warowni, podporządkowując sobie sąsiednie wsie. Oprócz wspaniale zachowanych ruin zamku i kamienic, przyciąga jeszcze jedną atrakcją – dawnymi kamieniołomami, obecnie znanymi jako galeria Carrieres de Lumieres.

W wielkich, wysokich na kilkanaście metrów grotach, pozostałych po wydobyciu kamienia, w latach 70. utworzono galerię obrazu i dźwięku. W sezonie sto projektorów wyświetla na ścianach, sklepieniach i posadzkach obrazy na określony temat; podczas trwającego 30 minut seansu można się przenieść w zupełnie inny świat. Spektaklom towarzyszy zawsze specjalnie skomponowana muzyka.

Prowansja się bawi

Z Chaine des Alpilles niedaleko do ukochanego miasta Van GoghaArles – odkrytego jeszcze przez Rzymian, którzy pozostawili po sobie monumentalną arenę i pamiętające dawną świetność ruiny teatru antycznego.

Na arenie w sezonie letnim odbywają się korridy, podczas których – w przeciwieństwie do hiszpańskich – nie leje się bycza krew. Podczas course camarguaise (tak nazywa się ta sportowa gra) dwie drużyny ubranych na biało mężczyzn walczą o to, która pierwsza zdejmie bykowi zawiązaną na rogach przepaskę z dwoma frędzlami. Pełen życia spektakl daje kolejną okazję do długiego i radosnego świętowania.

Zresztą wystarczy poczytać ogłoszenia na słupach i tablicach, by odnieść wrażenie, że Prowansja jest miejscem niekończącej się zabawy. Kulturę i urok regionu przybliżają liczne festyny, obchody świąt lokalnych i narodowych, festiwale muzyczne, artystyczne i wreszcie jarmarki kulinarne, których jest chyba najwięcej – związane z dojrzewaniem najważniejszych warzyw, poświęcone lokalnym serom, kiełbasom, oliwie, tapenadzie, lawendzie, miejscowym truflom czy też hucznie świętowane winobrania.

Podobnie jak cotygodniowe targi, takie imprezy dają możliwość prawdziwego poznania Prowansji, jej mieszkańców i ich zwyczajów oraz tego, co tutaj najważniejsze – regionalnej kuchni, jej kolorów, intensywności zapachów i smaków.

Karmøy - Siedziba Królów Wikingów
Wyprawa tygodnia Karmøy - Siedziba Królów Wikingów

Na brzegach Skandynawii zrodziła się jedna z najbardziej wojowniczych kultur – Wikingowie. Przez 300 lat pustoszyli oni Europę od Wysp Brytyjskich, przez Normandię, po Bliski Wschód, a nawet Amerykę budząc wszędzie strach i grozę.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.