Wasze wyprawy

Bieszczadzkie opowieści

Tuż po burzy

fot.: Olita

Tuż po burzy
Kiedy rum zaszumi w głowie... Choć właściwie trunek nie ma tu znaczenia. Może być i herbata z sokiem ze słodkich malin. Ważni są przecież ludzie, to wtedy cały świat nabiera treści, a człowiek chętnie słucha bieszczadzkich opowieści.

Biały koń i księżniczka

Hoss miał nową chustkę. Fioletową, w czarną kratę z lekko postrzępionymi frędzlami, rozrzuconymi na mocno znoszonej kurtce. Brązowy, skórzany materiał był poprzecierany i zabrudzony. Osiadł na nim kurz wielu bieszczadzkich wieczorów, które Hoss spędził nad kuflem piwa w przydrożnym barze. Zwykle pewnie siedział w cieniu rozłożystych drzew, skutecznie maskujących nadgryzione zębem czasu ławki i wypłowiałe parasole. Dziś przysiadł się do nas. Nie miał już chyba na piwo, które i tak mocno szumiało mu  w głowie. Pewnie od rana, a może i od wczorajszej potańcówki w remizie. Mimo późnego popołudnia plotki i opowieści z minionego wieczoru nie milkły, a część barowych gości, zamiast zwyczajowego bursztynowego płynu, sączyła niemrawo ledwie zimną oranżadę. Władek kończył już drugą butelkę. Był sołtysem wsi. Zadziornym, uśmiechniętym, o nieprzeciętnych gabarytach i ciętym aż do bólu języku. Wpadliśmy na siebie przy ladzie. – No no, kogo ja widzę! – krzyknął Władu, łapiąc nas w swoje przepastne objęcia. Towarzyszącej nam Ali, która była tutaj po raz pierwszy, uścisnął tylko dłoń i puszczając do niej oko dodał – Jak poprzyjeżdżasz w Bieszczady jeszcze z dziesięć lat, to wtedy może zasłużysz na uścisk!

Rozmieszałam różową słomką malinowy sok na dnie kufla i dosiadłam się do reszty. Hoss skupił na nas trochę zamglony i rozbiegany wzrok, rozpromienił się swoim niekompletnym uśmiechem i rzekł - Piękne jesteście! Jak księżniczki! Aleeeż bym was porwał! Na białym koniu! – Tylko skąd ty weźmiesz tego konia Hoss? – roześmiał się Jasiek, właściciel miejscowej stadniny hucułów, który zajechał pod bar swoim ubłoconym Land Roverem i zmierzał właśnie w naszym kierunku. – Jasiu, Jasiu obiecałeś mi przecież białego konia! – Ale u nas białych nie ma! - teraz śmiał się już na całego, puszczając do nas oczko– Jak ja bym miał tego konia! Wywiózłbym Was hen daleko – kontynuował Hoss – Jak księżniczki… A skąd wy właściwie jesteście!? – Jak to skąd!? Z najwyższej komnaty w najwyższej wieży! – odparłyśmy. Hoss jednak jakby nie dosłyszał naszej odpowiedzi, rzucił tylko – Piękny masz zgryz...

Hoss mieszkał za wsią w drewnianej przyczepie. Zawsze pachniał drzewnym dymem, tanimi papierosami i przetrawionym alkoholem. Słynął z opowiadanej każdemu, kto chciał słuchać, historii o spotkaniu z niedźwiedziem, który poharatał mu prawy bok. Ponoć była to prawda, choć wersje opowieści różniły się z imprezy na imprezę, z miesiąca na miesiąc i w zależności od ilości pustych butelek po alkoholu. Hossa znali wszyscy, a najłatwiej było go spotkać w barze ,,U Żyda”, który tak naprawdę nazywał się zupełnie inaczej. Nikt się tym jednak nie przejmował. Wiadomo było, że ,,u Żyda” toczy się wioskowe życie. Kiedyś podobno stał tu bar ,,U Wojtka”, dziś kilka stolików, drewniany barak, kolorowe parasole, zielona zjeżdżalnia dla dzieci i … wielki plastikowy żubr. To nie jest zwykły bar. Tu potrafi dziać się magia, tutaj jest centrum wszechświata. Hoss wyrwał się z chwilowego odrętwienia – Książniczki! Przewiozę was na żubrze! Hen daleko pojedziemy…

Pilnując gęsi w dniu urodzin

Pojechałyśmy. 50 km dalej. Zaczynało się właśnie wczesne popołudnie, gdy podziurawiona z obydwu stron asfaltowa droga, wyprowadziła nas na niewielkie wzniesienie. Pasmo Graniczne zostawiłyśmy za plecami, po lewej minęłyśmy zakład karny i zielony niczym wiosenny groszek sklep spożywczy. Na rondzie pojechałyśmy pod prąd, bo przecież nikt nie patrzył, a dalej droga się skończyła… Był szary pył zawieszony w ciepławym powietrzu, świeżo nawieziony gruz i żółte kaczeńce. Obrastały brzegi skrytej pod koronami olsz rzeki i płytkie zagłębienia terenu tuż za mrocznym i wilgotnym tunelem. Zaraz za nim, kwadratowy zegar na podrdzewiałej nodze w dalszym ciągu wskazywał godzinę siódmą. Tutaj też czas się zatrzymał. I to wiele lat temu. Z zaniedbanego budynku dworcowego płatami schodził żółtawy tynk, zza zakratowanych okien wyzierała pustka, a blaszany rozgrzany słońcem przystanek stał samotnie przy torowisku, zaraz za zamkniętą budką dróżnika. Ten przystanek był dla mnie synonimem beztroskiego szczęścia. Ktoś kiedyś zapytał mnie, jakie najszczęśliwsze momenty z mojego życia jestem w stanie przywołać. Od razu pomyślałam o nim. O jednym upalnym sierpniu sprzed paru lat i siatce słodkich jak miód śliwek węgierek, którą trzymałyśmy na kolanach. Plotkowałyśmy i plułyśmy pestkami tak daleko, by dosięgnąć podrdzewiałych szyn. To było szczęście w czystej postaci. Dziś znów byłyśmy tu razem. Podjechałyśmy jeszcze kawałek dalej, tam gdzie kończyła się droga. Wyjęłyśmy z bagażnika piwo i obowiązkowe ptasie mleczko dla gospodarzy, wyszperane w sklepiku w Cisnej. Drewniany dom z bali tonął w zieleni i czerwieni zadbanych pelargonii. Piękniał z każdym rokiem i tylko, budujący tu swoje miejsce na ziemi, Kasia z Andrzejem wiedzieli ile serca i ciężkiej pracy mieściło się w każdej z belek. Tyle samo ile w stadzie niewielkich hucułków pasących się zwykle na rozległych łąkach tuż za domem. Teraz jednak wszędzie panował błogi spokój. Konie były na jeździe. Jedynie cichy dźwięk podskubywanej przez gromadkę żółtych gęsi trawy, burzył wszechobecną ciszę. Pan Zygmunt rozpromienił się na nasz widok, podobnie jak jego żona Ela siedząca na podniszczonym wiklinowym krześle. Dobrze jest mieć  miejsce na końcu świata, do którego przyjeżdża się jak do domu. – Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! – zaczęłyśmy śpiewać wyciągając w kierunku Pana Zygmunta piwko. – Wieści szybko się rozchodzą! Wiemy, że ma Pan dziś urodziny! – A niech was dziewczyny! – widać było jednak, że niespodzianka sprawia mu dużo radości – No i nie ma wyjścia, trzeba będzie wieczorem zrobić imprezę! – Haha, właśnie na to liczyłyśmy!

Imprezować zaczęliśmy jeszcze zanim zaczęło się ściemniać. Po domu roznosił się obiecujący zapach dochodzących w piekarniku słodkości, wino od ,,wujaszka” już było odkorkowane, a rozmowy płynęły wartkim i pełnym śmiechu potokiem. Czego chcieć więcej? Tylko kolejnego przyjaciela do kompletu! – Mery pisze, że idzie już drogą od Karpackiej, jedźmy po nią! W środku bieszczadzkiej, ciemnej jak smoła nocy w budynku dworca, w pojedynczym oknie paliło się światło. Przypomniała mi się opowieść Andrzeja i Kasi o ich zimie spędzonej w jednym ze stacyjnych pokoików w trakcie budowy wymarzonego domu. Każde miejsce w Bieszczadach pełne jest opowieści. Trzeba tylko szukać, słuchać, a przede wszystkim przeżywać samemu. Jak tylko Mery wsiądzie do samochodu zaczniemy wspominać nasze. W ciągu trzynastu lat nazbierało się ich trochę…

Wyprawa po stół

Znad Horodków nadchodziły głuche pomruki wiosennej burzy. Planowałyśmy wybrać się nad Jeziorka Duszatyńskie, ale ostatecznie poszłyśmy po… stół. Był drewniany, ręcznie robiony i ciężki. Stał na tarasie, przez który jak zazwyczaj przetaczały się podmuchy spływającego z przełęczy wiatru. Nie było sensu dać się mu przewiać. Powód do wyprawy po stół był oczywisty i nie podlegał żadnym dyskusjom – przyjechała Agata. Gdy w jej ręku pojawiła się butelka czerwonego, półsłodkiego wina, spojrzałyśmy tylko wymownie na siebie, wybrałyśmy miejsce w ogrodzie z widokiem na wiosenne pastwisko, a z kuchni doniosłyśmy resztki wczorajszego sernika i murzynka w czekoladowej polewie. Agata mieszkała w nieodległym Łukowym, słynęła z przepysznych własnoręcznie robionych serów i frywolitkowej biżuterii. Znałyśmy się od dawna, ale nie widziałyśmy wieki. Dobrze było znów pogadać, posłuchać o planowanym sierpniowym ślubie w cerkwi w Łopience i dzierganej z mozołem białej sukni. Dobrze było widzieć ją szczęśliwą. Było nas sześć i dobrze było być w to majowe popołudnie razem. - Kaśka, a ile ty masz właściwie teraz tych koni? – spytała Agata spoglądając na pasące się nieopodal hucułki – Eee, jak mi się urodzą jeszcze cztery, to będzie ich 19! – Czyli 15 na chwilę obecną! – To dużo! – powiedziałyśmy chórem – Noo, więcej niż sama się spodziewałam… Bo chyba żadna z nas się nie spodziewała, że będzie w takim momencie życia, w jakim była w tamtej chwili. Gdy się poznawałyśmy było zupełnie inaczej, teraz jest inaczej i pewnie jeszcze będzie. Bylebyśmy się mogli spotykać na tym naszym końcu świata bez końca i słuchać bieszczadzkich opowieści.

Majowe hucułki
Majowe hucułki
W stronę tunelu
W stronę tunelu
Tam gdzie można przysiąść i posłuchać bieszczadzkich opowieśći
Tam gdzie można przysiąść i posłuchać bieszczadzkich opowieśći
Azory- Pomiędzy dwoma Światami.
Wyprawa tygodnia Azory- Pomiędzy dwoma Światami.

Gdzieś na środku Oceanu Atlantyckiego, pomiędzy Lizboną a Nowym Yorkiem, znajdują się Azory - archipelag dziewięciu portugalskich wysp o wulkanicznym rodowodzie.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.