Wasze wyprawy

Biuletyn Lankijski

Latarnia morska w Galle

fot.: DrogiSmak

Latarnia morska w Galle
Na Sri Lankę pojechaliśmy szukać smaków, podsłuchiwać i podglądać. Przeklinać upał, brud i robactwo. Zachwycać się, dziwić, zapamiętywać i chłonąć. A potem to opisać.

Poniedziałek, 28.03.2016
Kolombo - Bentota

Samolot podchodzi do lądowania na lotnisku w Kolombo. Patrzę przez okrągłe okienko i widzę las palm. Czuję ukłucie w żołądku. Ogarnia mnie lekkie podniecenie przed nieznanym, przed przygodami czekającymi nas przez najbliższe trzy tygodnie. Za każdym razem, gdy docieramy do nowego kraju jestem wzruszona i nie dowierzam, że znalazłam się w miejscu, o którym czytałam w książce do geografii, kiedy byłam dzieckiem.


Lotnisko jest niewielkie. Przypuszczam, że kiedy zostało oddane do użytku (na oko kilkadziesiąt lat temu) musiało być luksusowe. Teraz widać jedynie ślady dawnej świetności. Poszarzałe ściany, duże zdjęcie prezydenta w zdobionej ramie powieszone frontem do przybyszów, wyślizgane od dotyku rąk kontuary z pożółkłego, sztucznego tworzywa, za którymi siedzą kobiety w narodowych strojach. Spod zwojów kolorowej tkaniny widać ich nagie brzuchy. Lotnisko okala piękny ogród. Połacie soczystozielonej trawy i kaskady różowych i białych kwiatów prawie wlewają się do wnętrza przez olbrzymie szyby w hali przylotów. Wiem już, że przyroda tej wyspy bardzo mi pasuje. Nie wiem jeszcze czy tak samo będzie z ludźmi.

Poznawanie mieszkańców obcego kraju z perspektywy podróżnika - bywalca hoteli - daje nieprawdziwy obraz tubylców. Z reguły obsługa hotelowa, restauratorzy, kelnerzy, taksówkarze, przewodnicy i inni zatrudnieni w przemyśle turystycznym są nastawieni na zysk. Łapią jednorazowego klienta, chcą sprzedać jak najwiecej się da.  Nie zawsze są szczerze życzliwi. Ocenianie całego narodu przez pryzmat tej grupy jest krzywdzące. Ale jednak to z jej przedstawicielami turysta ma najwiecej do czynienia. Wiele zatem zależy od tego, czego przybysz doświadczy. Pierwsze wrażenie robi się tylko raz. Nasz pierwszy raz przypada na parking przy lotnisku. To tam próbujemy złapać taksówkę do Bentoty. A może to taksówka, a raczej taksówkarz, próbuje złapać nas. Uściślając nie taksówkarz, a taki taksówkowy sutener. Kojarzy pasażerów z kierowcami zabierając niemal połowę opłaty za kurs. Ot sprawiedliwość.


Taksówka wiezie nas w upale w stronę Bentoty. Większą część drogi pokonujemy autostradą. Oddano ją w 2012 roku. Jest płatna, ale wydatnie skraca czas podróży. Kierowca kilkakrotnie myli drogę, błądzi. Jesteśmy zdziwieni. Okazuje się, że taksówkarzem jest od trzech tygodni. Wcześniej był kelnerem. Wiezie nas prawie nową toyotą, z głośników płynie nowoczesna muzyka klubowa. Ta sama, którą słychać w warszawskich lokalach. Zmęczona podróżą usypiam w samochodzie. Budzę się gdy przejeżdżamy przez małe miasteczko. 

Rejwach. Kanonada klaksonów. Ścieki płynące poboczem, gdzieniegdzie tylko zakryte betonowymi płytami. Żebracy siedzący na krawężniku przy dworcu autobusowym. Niezliczone ilości straganów z torebkami, butami, kokosami, naleśnikami oraz przenośnych budek z losami na narodową loterię. Kupki zgarniętych z ulicy śmieci pod murami domów i sklepów, jeszcze więcej nieczystości porozrzucanych bezładnie dosłownie wszędzie. Bezpańskie psy śpiące na ulicach i chodnikach. Chaos i żar lejący się z nieba odczuwalny jest nawet przez szyby klimatyzowanego samochodu. Mam nadzieję, że to jeszcze nie cel naszej podróży. Ale po przejechaniu kilku kilometrów dojeżdżamy na miejsce. Wysoka, metalowa brama rozsuwa się z chrzęstem ukazując krajobraz jak z katalogu biura podróży. Zen, spa, bali czy jakoś tak. Prosta konstrukcja ze szlifowanego betonu, symetryczne filary, niskie kanapy w odcieniach szarości, duże przestrzenie, wielki hall wychodzący na rajski ogród z turkusowym basenem. Obsługa w strojach narodowych. Piękna nagroda po meczącej podróży. Oaza luksusu na pustyni biedy. Kontrast piekący w oczy jak dym z ogniska. 

Ale to trzy dni. Trzy dni, które nam się "należą", tłumaczę sobie. Bez dalszego poczucia winy rozpakowujemy się i idziemy na obiad do hotelowej restauracji. Kuchnia lankijska należy do najostrzejszych na świecie. Zamawiamy ryż z krabowym curry i miejscowe piwo - "Lion". Kelner przynosi dwa talerze, paterę z ugotowanym ryżem i chyba z dziesięć małych miseczek. Curry z krabami w pancerzykach to tylko jedna z pozycji. Są także ananas, łodygi lotosu, mango oraz inne owoce i warzywa gotowane w mleczku kokosowym i przyprawach. Jest także mieszanka płatków kokosowych z chilli, szalotką i limonką, rodzaj ostrego dodatku do dania głównego. Jemy z apetytem w promieniach popołudniowego słońca, które wzmaga działanie piwa. Idziemy jeszcze na hotelową plażę. Leżaki powoli pustoszeją, fale oceanu mocno biją o brzeg. Piękne powitanie wakacji.

 

Czwartek, 31.03.2016

Bentota - Galle

Jedziemy do Galle. Siedzimy na dworcu. Mamy pociąg za dziesięć dwunasta. Jednak już wiemy, że ma spóźnić się dwadzieścia minut. Niemała zmiana po zeszłorocznych doświadczeniach z punktualnym co do milisekundy japońskim Shinkansenem.

Mały chłopiec staje za mną gdy wstukuje ten tekst w ekran telefonu. Przygląda sie uważnie. Czuję jego wzrok. Potem podchodzi do swojej mamy, uśmiecha się i szepce jej coś na ucho. Widzę to i ogarnia mnie smutek. Wiem, że może tylko pomarzyć o takim telefonie, który w Europie nie robi żadnego wrażenia. M. wyjmuje z plecaka portfel. Wyciąga złotówkę i wręcza ją chłopcu, który zawstydzony kryje się pomiędzy starszymi kobietami stojącymi na peronie. M. tłumaczy mu, że to moneta z Polski. Chłopiec z zakłopotaniem bierze ją w dłoń. Jego twarz się rozpromienia. Obraca pieniądz w palcach, jest dumny. Kobiety śmieją się, przekazują sobie monetę z rąk do rąk, spoglądają z zainteresowaniem. Przez dłuższą chwilę skupiają się na niecodziennym prezencie. Mam nadzieję, że ten drobiazg rozbudzi jego ciekawość świata. Że może kiedyś sam podaruje monetę dziecku z dalekiego kraju. Nie jako jałmużnę, a zachętę do odkrywania.

Jedziemy z Bentoty do Galle. Jesteśmy w pociągu. Druga klasa. Bilet kosztował sto rupii od osoby, niecałe trzy złote. Wagon nie ma szyb w oknach, jest zaniedbany. Podwieszony na zagrzybionym suficie  brudny wiatrak sprawiedliwie rozdziela orzeźwiajacy podmuch wsród podróżnych. Skład pozostawiony tu przez kolonialistów nie wygląda na modernizowany w ciagu ostatnich dziesięcioleci. Naszym wagonem podróżują niemal wyłącznie obcokrajowcy. Trzecia klasa oblepiona jest tubylcami o hebanowej skórze. Nie mieszczą się we wnętrzu i dosłownie wylewają się przez drzwi i okna.

W upale przemierzamy wybrzeże. Plecy przyklejają się nam do foteli obitych czymś, co przypomina ceratę. Za oknem szybko przeskakują widoki. Gdzieniegdzie prześwitują fragmenty plaży i widać turkusowy ocean odcinający się linią białych, spienionych fal od miodowego piasku. Mijamy domy kryte czerwoną dachówką i małe świątynie z posągami Buddy schowane wsród zagajników.

Docieramy do Galle. Na sporym dworcu kolejowym witają nas tłumy oferujących swoje usługi tuk-tukowców. Postanawiamy iść piechotą do hotelu. Ciągniemy w upale swoje walizki na kółkach. Tym razem zabraliśmy je zamiast plecaków. I trzeba to przyznać - to wielka wygoda. Należy tylko do tego dojrzeć i zrozumieć, że wybór walizki nie umniejsza podróżniczej duszy.

Hotel okazuje się być pensjonatem. Prowadzony jest przez rodzinę w kolonialnym, piętrowym domu w środku fortu, starej części miasta. Fort zbudowali Europejczycy. Przechodził z rąk do rąk pomiędzy Portugalczykami, Holendrami i Anglikami. Dostajemy niewielki pokój na poddaszu. Prosty wystrój, wiatrak i klimatyzacja. Mała łazienka. I dużo mrówek, które ewidentnie chcą załapać się na podróż do Polski wchodząc do walizek.  

Postanawiamy rozejrzeć się po okolicy. Przechodzimy wąskimi uliczkami wzdłuż których stoją rzędy kolonialnych willi otwartych na oścież. Możemy bez trudu zajrzeć do środka i zobaczyć proste i bardzo eleganckie wnętrza.  

Zjadamy obiad w pobliskiej burgerowni. Kilku młodych chłopaków otworzyło lokal na zachodnią modłę. Niestety jakość jedzenia pozostawia wiele do życzenia. Magda Gessler rzucałby talerzami i wymownie wąchałaby mięso, z którego zrobione są kotlety. My jednak pokornie przyjmujemy, że jest ono wymieszane z marchewką i dziwnie pachnie. Popite imbirowym piwem o piekącym smaku pozwala się przełknąć. Choć do wieczora nie czujemy się najlepiej. Burgery jemy na małym balkonie, z widokiem na ulicę. Po jej drugiej stronie jest kancelaria adwokacka. Pani mecenas Fathima Nathdiya zajmuje parter i piętro bardzo wąskiego domu wciśniętego pomiędzy jubilera i sklep z ubraniami. Na dole, w poczekalni, ustawiła się widoczna z ulicy przez otwarte drzwi, kolejka klientów. Na piętrze stoi biurko oraz prosty, metalowy regał na akta. Pracownica biura ma na sobie kolorowe sari odkrywające część brzucha.

Po posiłku idziemy na spacer. Obchodzimy fort wzdłuż murów. Mijamy dzieci w szkolnym autobusie, które żywo do nas machają. Dziewczęta w wieku gimnazjalnym ubrane na biało idą parami wzdłuż ulicy. Każda ma zaplecione warkocze, przewiązane czerwoną kokardą.  

Wieczór spędzamy na tarasie luksusowego hotelu w stylu kolonialnym popijając drinki, które rujnują nasz budżet, ale zbawiennie wpywają na samopoczucie po południowej porcji lankijskich burgerów. Wokół nas siedzą pięknie ubrani zachodni turyści, palą cygara i głośno się śmieją. Pani w wytwornej, jedwabnej sukni z dykretnym niesmakiem spogląda na moją pogiętą, przewiewną tunikę i krótkie spodenki M. Gra muzyka na żywo. Jest gwarno. Przypomina mi to scenę z jakiegoś filmu. Wiem, że zaraz wróimy do pokoju, w którym czekają na nas mrówki. I cieszy mnie ta myśl, bo lubię poznawać obce kraje bez barier, jakie tworzą wysokie mury resortów.

 

Siedem odsłon Malty
Wyprawa tygodnia Siedem odsłon Malty

Niewiele jest takich państw na świecie, które pomimo niewielkiej powierzchni jaką zajmują, mogą zaoferować całe mnóstwo atrakcji nawet najbardziej wymagającemu podróżnikowi. Malta kusi bogactwem kulturowym, urokliwą architekturą i błękitnymi lagunami.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.