Wasze wyprawy

Biuletyn Lankijski cz. 2

owoce morza na plaży w Mirissie

fot.: DrogiSmak

owoce morza na plaży w Mirissie
Na Sri Lankę pojechaliśmy szukać smaków, podsłuchiwać i podglądać. Przeklinać upał, brud i robactwo. Zachwycać się, dziwić, zapamiętywać i chłonąć. A potem to opisać.

Piatek, 1.04.2016

Galle - Mirissa

Mirissa to Władysławowo Sri Lanki. Jedna, główna ulica pełna straganów ciągnących się po obu jej stronach. Za nimi są wejścia do hoteli i pensjonatów. Przekrój obiektów jest pełen. Tuż obok eleganckich resortów usytuowane są tanie hostele dla hipisowskiej młodzieży oferujące wieloosobowe pokoje i wspólne łazienki. Dziesiątki restauracji, barów i przydrożnych knajpek kuszą bannerami reklamowymi. Główna ulica jest ruchliwa, pełna samochodów, tuk-tuków prowadzonych przez szalonych kierowców, lokalnych autobusów i motocykli. Wszyscy trąbią klaksonem i wyprzedzają, na tzw. "trzeciego", wolniej jadące pojazdy.

Nasz tuk-tuk dowozi nas do hotelu. Okazały budynek pomalowany jest na soczystą żółć. Dostajemy pokój na trzecim piętrze. Z widokiem na ocean. Albo chociaż na jego skrawek, widoczny spomiędzy palm. Ale i tak dobrze. Jest klimatyzacja i taras. Dopiero gdy na niego wychodzimy, dostrzegamy, że na dole jest sadzawka pełna śmieci. Puszki po konserwach, foliowe torebki, zgniłe łupiny orzechów kokosowych. Cała Azja... Trochę śpimy zmęczeni podróżą. Gdy wstajemy idziemy do pobliskiego spa ajurwedyjskiego, którego ulotka jest w naszym pokoju. Wybieramy refleksologię stóp. Stopy są kluczowe w podróży. Należy im się odrobina uwagi. Ładne, młode Lankijki zabierają nas osobno do bambusowych chatek usytuowanych w przestronnym ogrodzie. Gdy kładę się na stole do masażu zerkam jeszcze na liście bananowca zaglądające przez okno pod sufitem do chatki, czuje zapach jaśminowego olejku i odpływam. 

Po masażu trafiamy do knajpki przy plaży, dosłownie na przeciwko. Jesteśmy odprężeni, zamawiamy piwo i tuńczyka z sałatą. Mamy wspaniały widok na ocean oraz niewielki, skalisty cypel porośnięty palmami.

Po południu idziemy na plażę zabierając hotelowe ręczniki. Leżaki przy restauracjach są darmowe dla gości, zamawiamy więc dzbanek kawy. Kawa na Sri Lance nie jest najlepsza. W XIX wieku uprawy kawowców zniszczyła zaraza i to właśnie wtedy Lankijczycy zajęli się uprawą herbaty, co wychodzi im do dziś doskonale. W przeciwieństwie do parzenia kawy.

Wieczorem plaża zamienia się w wielką restaurację serwującą owoce morza. Każdy lokal oferuje stoliki bezpośrednio na piasku. Na stołach palą się lampiony. Szukamy dobrego miejsca by usiąść. M. zamawia dla nas lokalną rybę i homara. Na talerzach lądują także niezamawiane frytki i kapusta polana majonezowym sosem. Jako spuścizna po brytyjskich kolonizatorach. Pierwszy raz jemy homara. Ma delikatny, słodkawy smak. Popijamy wszystko - choć możliwe, że to profanacja - zmrożonym, lokalnym piwem "Lion". Na plaży gra muzyka i jest gwarno. Jest piątek i wyraźnie wyczuwalna jest atmosfera zabawy. My jednak mamy inne plany. Rano trzeba wcześnie wstać...

 

Sobota, 2.04.2016

Mirissa


O świcie przyjeżdża po nas tuk-tuk. Wiezie nas do portu, w którym czeka kilka stateczków wycieczkowych.Każdy z nich należy do innego przedsiębiorstwa, ma inne barwy, różną wielkość i ilość plastikowych krzesełek przytwierdzonych do pokładu. Wszystkie łączy cel podróży (poszukiwanie wielorybów) oraz stan techniczny. Jednostki są hybrydowe. Są bowiem hybrydą wielu rożnych stateczków, łodzi, fragmentów dachów oraz innych urządzeń, które kształtem, kolorem, materiałem i proweniencją nie pasują do reszty. Mamy wypłynąć taką łodzią na ocean. Wsiadam, zapinam kamizelkę ratunkową i przeżegnuję się. Zrelaksowany członek załogi podaje mi kawę w filiżance. Jest bardzo słodka i lurowata.

Wypływamy. Silnik brzmi niepewnie, stukocze jak w małej motorynce. Żałuję, że nie wzięłam żadnego alkoholu. Pozostałe stateczki zostawiły nas daleko w tyle. Płyniemy prawie dwie godziny zanim po prawej burcie widzimy delfina. Dwa delfiny. Całą rodzinę. Kilkanaście a może kilkadziesiąt. Z M. siedzimy na swoich miejscach, podczas gdy cała reszta pasażerów rzuca się do burty by zrobić zdjęcia, przechylając jednocześnie łódź tak, że na pokład prawie wlewa się woda.

Ocean ma wspaniały, głębokoniebieski kolor. Widzę jak tuż przed dziobem frunie latająca ryba. Nikomu nie mówię, bo znów gotowi byliby zatopić łódź dla zdjęcia. 

Płyniemy już niemal trzy godziny, a wciąż nie widać wielorybów. Zastanawiam się, czy to nie kolejny trik miejscowych, żeby wyciągnąć trochę grosza z turystów. Może wcale ich tu nie ma? Zresztą - myślę - jak mieliby znaleźć wieloryba w takim wielkim oceanie? Ok, jest duży. Ale ocean jest bezkresny, a my siedzimy na jego powierzchni jak małe okruszki w łupince orzecha. Pod nami dwa kilometry wody. Jestem już zmęczona i trochę zła, że daliśmy się nabić w butelkę, gdy słyszę krzyk i łódka zaczyna się przechylać na lewą stronę. To turyści z aparatami. Rozglądam się i widzę w oddali znikający w morskiej toni ogon. Duży ogon. Po chwili z wody wyłania się śliski grzbiet, z którego wystrzeliwuje charakterystyczny gejzer... To on. Wieloryb. Zapiera mi dech. To fantastyczne. Łódź gwałtownie manewruje i wraz z innymi jednostkami chcą podpłynąć bliżej zwierzęcia, które jednak juz dawno jest pod powierzchnią wody. Po kilkunastominutowym oczekiwaniu znów widzimy walenie. Tym razem jest ich klika i przepływają niedaleko nas. Widać je jak na dłoni. Ich szara, mokra skóra błyszczy w porannym słońcu. Wynurzając się z wody rozbryzgują morską pianę. Są piękne i wzruszająco duże. Większe niż na filmach. Możemy już wracać. Misja spełniona! 

Przypływamy do portu. Czeka już na nas poranny tuk-tukowiec. Ma odwieźć nas do hotelu. Prosimy go by zatrzymał się po drodze. Na straganie kupujemy niewielkiego, owalnego arbuza, dwie marakuje, kiść bananów i dojrzałe mango. Lunch jemy na tarasie, który zalany jest popołudniowym słońcem. Siedzimy na wysokości koron drzew palmowych. W oddali majaczy niebieska plama oceanu. Jemy łapczywie. Owoce są dojrzałe i soczyste, gorące - przepyszne. Sok spływa nam po brodach i rękach. Proste przyjemnosci potrafią cieszyć najbardziej.

 
Idziemy na plażę, by złapać ostatnie promienie słońca. Wypożyczamy deski do surfingu. Takiego niby surfingu. To tzw. bodyboarding. Mierzymy się z falami. Ale okazują się znacznie potężniejsze od nas. Jedna z nich, niespodziewanie, tak mocno uderza nas oboje, że zostajemy wbici w piasek. Potłuczeni wychodzimy z wody i wcale nie chcemy już tam wracać.Siadamy przy plastikowym stoliku i zamawiamy zimne piwo.


Restauratorzy powoli rozstawiają kramy z owocami morza ułożonymi elegancko na kruszonym lodzie. Turyści zaczynają schodzić się na kolację. I my ulegamy tej tendencji. Po szybkim prysznicu w hotelu wracamy na plażę. Do tej samej restauracji co dzień wcześniej. Zamawiamy dwa red snappery, ryby o czerwonym ubarwieniu. Bardzo soczyste, lekkie, w smaku podobne do dorady, lecz nieco słodsze. Popite "Lionem" na rozgrzanym, pomimo zmroku i rozgwieżdżonego nieba, piasku, smakują wybornie.

Jemy obserwując parę młodych Japończyków przy sąsiednim stoliku. Odkąd przyszli każde wpatrzone jest w ekran swojego smartfona. Fotografują przyniesione przez kelnera dania i napoje od razu publikując zdjęcia na Facebook'u. W międzyczasie piszą smsy i czatują w oknie komunikatora. Jesteśmy z M. zdruzgotani tym widokiem i przez dłuższy czas dyskutujemy o tym, co widzimy. Znak czasu, ok. Ale tych dwoje w ogóle nie zawraca na siebie uwagi. Są na rajskiej plaży, na kolacji przy świecach i nie zamieniają ze sobą ani słowa. Za to w czasie rzeczywistym setki ich znajomych w Japonii wiedzą co aktualnie jedzą, piją i w którym miejscu się znajdują. Przygnębiające.

 

Siedem odsłon Malty
Wyprawa tygodnia Siedem odsłon Malty

Niewiele jest takich państw na świecie, które pomimo niewielkiej powierzchni jaką zajmują, mogą zaoferować całe mnóstwo atrakcji nawet najbardziej wymagającemu podróżnikowi. Malta kusi bogactwem kulturowym, urokliwą architekturą i błękitnymi lagunami.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.