Wasze wyprawy

Biuletyn Lankijski cz. 3

Góry wokół Elli

fot.: DrogiSmak

Góry wokół Elli
Na Sri Lankę pojechaliśmy szukać smaków, podsłuchiwać i podglądać. Przeklinać upał, brud i robactwo. Zachwycać się, dziwić, zapamiętywać i chłonąć. A potem to opisać.

Niedziela, 3.04.2016

Mirissa - Ella


Kolejny dzień z rzędu wstajemy o świcie, by wyruszyć do Elli - niewielkiej miejscowości położonej w górach. Jesteśmy umówieni z pracownikiem hotelu, że pożyczy samochód od szefa i za  jedenaście tysięcy rupii zawiezie nas na miejsce. Kierowca jest punktualny. Gdy schodzimy z góry z bagażami już na nas czeka. Pakujemy walizki do hybrydowej toyoty, bardzo tu popularnej, i wyruszamy. 

Dla nas prawdziwa podróż rozpoczyna się klika kilometrów od Mirissy, kiedy ostatnie - jeszcze pozamykane - stragany, sklepy i punkty usługowe ustępują miejsca sielskiemu, wiejskiemu krajobrazowi. Wszędobylskie psy śpią jeszcze na drogach, gdzie najwyraźniej jest im chłodniej. Kierowca używa klaksonu, ale nie robi to na zwierzętach żadnego wrażenia, leniwie podnoszą łby i zapadają w dalszą drzemkę. 

Zatrzymujemy się na śniadanie w małej knajpce dla lokalsów. Kierowca wchodzi z nami. Serwowany jest właśnie "bufet śniadaniowy". Dostajemy talerze wyłożone liśćmi bananowca. Na długiej ladzie ustawione są gliniane naczynia z jedzeniem. W pierwszej z mis wyłożony jest ryż, w drugiej  tzw. string hoppers, czyli małe, okrągłe placuszki z nitek makaronu ryżowego. Mają bladofioletowy kolor. Reszta naczyń wypełniona jest rożnymi rodzajami wegetariańskich curry, zaś w kilku małych miseczkach leżą kawałki makreli ugotowane w mleczku kokosowym. W rogu lokalu stoi metalowa umywalka, myjemy ręce przed jedzeniem. Nakładam kilka placuszków z makaronu na talerz. Sa bardzo cienkie, ułożone jeden na drugim trzęsą się jak galaretka. Polewam ostrożnie makaron odrobiną bladożółtego, wegetariańskiego curry. Siadamy we troje przy stoliku, kierowca pokazuje nam jak należy jeść. Nabieram w palce prawej ręki niewielki kawałek placuszka, dokładnie mieszam - cały czas spoglądając na kierowcę, który robi to z wprawą - z sosem formując małą kulkę. Wkładam ją palcami do ust. Przez chwilę czuję się jak dziecko, znów mogę jeść rękoma, i to w miejscu publicznym. M. robi to samo, tylko w wersji z ryżem, co jest trudniejsze, bo ziarenka nie są tak pokorne jak makaron. Jedzenie jest naprawdę pyszne, choć niezwykle proste. Kelner przynosi nam po szklance wody z kranu. Pije jedynie kierowca. 

Wyruszamy w dalszą drogę. Jeszcze spory kawałek przed nami, na szczęście jest wczesny, niedzielny ranek i nie ma zbyt dużego ruchu. Krajobraz za oknem gwałtownie staje się górzysty. Samochód zaczyna wspinać się po szosie, która jest coraz węższa i bardziej kręta. Zmienia się roślinność. Palmy ustępują miejsca drzewom liściastym, nie widać już tak dużo bananowców, jak na wybrzeżu. Wysokie góry wyrastają nagle, bez ostrzeżenia. Widać je całkiem blisko, za najwyżej kilkoma pagórkami. Wjeżdżamy wyżej, po jednej stronie drogi jest strome zbocze porośnięte drzewami. Zaczynam się cieszyć, że na Sri Lance obowiązuje ruch lewostronny i nasza toyota bezpiecznie przytula się do skał po przeciwnej stronie drogi. Po dłuższym czasie zatrzymujemy się przy wodospadzie. To Rawana Falls. Dwadzieścia pięć metrów wysokości. Wychodzimy z M. z samochodu i idziemy w górę po śliskich, omszałych kamieniach. Chcemy zrobić sobie zdjęcie. Ale jest zbyt niebezpiecznie. Mam w pamięci niezliczone przypadki "śmiertelnych selfie" opisywanych szeroko w mediach. Nie chcemy się narażać i zawracamy. Zdjęcie z dołu też jest ładne. No i na dole siedzą małpy. Korzystają z tego, że turyści zatrzymują się przy wodospadzie i kupują przekąski od miejscowych handlarzy. Gotowana kukurydza w kolbach prosto z parującego garnka, soczyste mango. Mało kto oprze się błagalnemu spojrzeniu tych uroczych zwierząt. Jeśli zaś ono nie pomoże, małpy mają inne sposoby na zdobycie pożywienia, z agresywnym domaganiem się włącznie. Wyciągamy z plecaka kilka czerwonych bananów, które zabraliśmy na drogę i dajemy niewielkiej małpce siedzącej na murku. Niespodziewanie nadbiega duży samiec i odbiera jej owoc. Zręcznie dobiera się do miąższu i pożera banana w kilkadziesiąt sekund. Chce jeszcze. Ponieważ biegnie w naszą stronę rzucamy mu jedzenie i uciekamy do samochodu, skąd już od dłuższej chwili woła nas kierowca.

Wjeżdżamy do Elli. To malownicza miejscowość położona na wysokości około tysiąca metrów nad poziomem morza. Jest tu znacznie chłodniej niż na wybrzeżu, gdzie w ciagu dnia upał był nie do wytrzymania. Temperatura w Elli jest bardzo przyjemna. Dojeżdżamy do hotelu, który osobiście zarezerwowałam dzień wcześniej, z uwagi na znakomite recenzje odnośnie lokalizacji. Hotel nie jest hotelem. To dwa małe bungalowy położone na kilometr za granicami wsi. Podstawowe wyposażenie, brak klimatyzacji. Plusem jest piękny widok na dolinę pokrytą ryżowymi polami, bujna roślinność wokół domku i duże okno wychodzące na taras. Słychać pianie kogutów i niezliczoną ilość ptasich głosów z koron drzew. Na pewno jest to idealne miejsce dla miłośników przyrody.


Po krótkim odpoczynku idziemy na wycieczkę. Chcemy wspiąć się na szczyt tzw. Little Adam's Peak. Zdobywamy go bez dużego wysiłku, nie jest wysoki i wspinaczka zajmuje nam około godziny razem z zejściem. Na szczycie robimy kilka zdjęć. Roztacza się stamtąd przepiękny widok na okoliczne góry i oddalone o wiele kilometrów, słabo widoczne przez warstwy zmętniałego powietrza, równiny.


Obiad jemy w niewielkiej restauracji przy głównej ulicy. Zamawiamy coś na wskroś lokalnego. Kottu. Czyli naleśniki pocięte w paski grubości tagliatelle smażone z kapustą, marchewką, cebulą, porem i mięsem lub jajkiem. Wybieram wersję wegetariańską. Danie jest smaczne. Mocno przyprawione, podane z pikantnym sosem przypominającym smakiem i wyglądem gulasz węgierski. Wypijamy też zimne piwo z wysokich szklanek. Korzystając z wi-fi planujemy następny dzień. Chociaż jesteśmy zmęczeni wracamy do bungalowu na piechotę, idziemy pośród herbacianych pól pokrywających niemal każdy skrawek czerwonawej ziemi. Słońce chowa się za górami, powietrze staje się bardziej rześkie. Siadamy na drewnianych leżakach stojących na naszym tarasie. Otwieramy zimne piwo i słuchamy odgłosów dżungli. Zapada zmrok, M. Zapala żarówkę pod sufitem tarasu. W mgnieniu oka zlatują się chrabąszcze, skrzydlate mrówki, komary, muszki i wiele innego robactwa. Wpadają we włosy, brzęczą nad uchem, obsiadają nas. Tego jest dla mnie za wiele. Nie jestem chyba aż taką miłośniczką przyrody, za jaką się miałam. M. przynosi od właściciela bungalowów świeczki. Gasi żarówkę i zapala knoty. Owady dają nam spokój. Światła świeczek są wątłe i słabo rozpraszają mrok wokół nas. Dopiero teraz dostrzegamy, że przed nami, pomiędzy koronami drzew tańczą świetliki. Jeden z nich podlatuje do nas, jest na wyciagnięcie ręki. Nigdy wcześniej nie widziałam świetlików i jestem zachwycona. Dżungla wyglada magicznie. 

Dopijamy piwo i szczelnie zamykamy nasz domek. Rozpościeramy moskitierę nad łóżkiem i zasypiamy kamiennym snem. 

 

Siedem odsłon Malty
Wyprawa tygodnia Siedem odsłon Malty

Niewiele jest takich państw na świecie, które pomimo niewielkiej powierzchni jaką zajmują, mogą zaoferować całe mnóstwo atrakcji nawet najbardziej wymagającemu podróżnikowi. Malta kusi bogactwem kulturowym, urokliwą architekturą i błękitnymi lagunami.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.