Wasze wyprawy

Biuletyn Lankijski cz. 5

figury w jaskini w Dambulle

fot.: DrogiSmak

figury w jaskini w Dambulle
Na Sri Lankę pojechaliśmy szukać smaków, podsłuchiwać i podglądać. Przeklinać upał, brud i robactwo. Zachwycać się, dziwić, zapamiętywać i chłonąć. A potem to opisać.

Środa, 6.04.2016

Kandy - Dambulle

Wyjeżdżamy z Kandy po śniadaniu. Kierowca już czeka przed hotelem. Plan na dziś jest taki, że jedziemy do Dambulle, gdzie znajduje się złota świątynia Buddy. Tam też nocujemy. Po trzech godzinach jazdy po wyboistej drodze, która przyprawia mnie o chorobę morską, jesteśmy na miejscu. Hotel jest tuż obok świątyni, więc najpierw jemy obiad i odpoczywamy. Czekamy aż zelżeje upał.


Po południu postanawiamy w końcu wybrać się na zwiedzanie, choć nadal jest bardzo gorąco. Idziemy zapylonym skrajem drogi. Obok nas przejeżdża z dużą prędkością wiele samochodów, motorów, autobusów i tuk-tuków. Bardzo uważamy, bo kierowcy na Sri Lance są nieobliczalni i nietrudno o wypadek. 

Świątynię widać z daleka. Ogromną, złotą figurę Buddy widać chyba z kosmosu. Gdy podchodzimy bliżej okazuje się, że Budda siedzi na postumencie ze skały opleciony warkoczem z plastikowych paneli koloru różowego, imitujących płatki lotosu. Skaczą po nich małpy. Stajemy i patrzymy z niedowierzaniem na tą esencję kiczu. Ale Sri Lanka taka jest. Pełno tu przydrożnych kapliczek z posągami Buddy podświetlanymi, migocącymi, różnokolorowymi światełkami led. To jednak tylko współczesna fasada. Prawdziwy skarb jest bardzo stary i znajduje się na szczycie ogromnego, kamiennego monolitu pośrodku równiny pokrytej dżunglą.

Jesteśmy wykończeni. Od kilku dni wstajemy przed świtem, dużo chodzimy, także po górach. Ale musimy tam wejść.  Zaczynamy wspinaczkę po schodach. Ubrania kleją się nam do spoconych ciał. Wszędzie wokół nas jest bardzo dużo małp. Jedzą resztki pozostawione przez turystów, iskają się lub bawią. Niektóre siedzą na gałęziach i rezolutnie przyglądają się turystom. Kilka razy przystajemy i odpoczywamy. Kończą się schody i wchodzimy wprost po stromej skale. W końcu, wyczerpani, docieramy na szczyt skały, oddajemy buty do przechowalni i wchodzimy na dziedziniec. Gorące kamienie parzą nam stopy. Wzdłuż skały ciągną się podcienie, z których wchodzi się do pięciu jaskiń. Każda z nich mieści figury Buddy. Leżące i siedzące. We wszystkich są - na ścianach i sklepieniach - malowidła przedstawiajace bóstwa. Pospiesznie oglądamy te skarby i opuszczamy zabytek by udać się z powrotem do hotelu. 

Po drodze widzimy krowy po obu stronach drogi. Jedzą pożółkłą od słońca trawę i ani myślą się ruszyć. Omijamy je ostrożnie lawirując pomiędzy nimi, a szybko przejeżdżającymi samochodami. Nagle orientujemy się, że jedna z krów niewątpliwie jest.. bykiem. Przyspieszamy, prawie biegniemy i niemal potykamy się o ogromnego legwana, który wychodzi z zarośli na jezdnię. M. robi zdjęcia i zachwyca się wielkością zwierzęcia. Ja martwię się, że coś biedaka rozjedzie więc zaczynam klaskać, by szybciej przebiegł przez drogę. Całkiem już zapominam o byku, który i tak nie wydawał się zainteresowany naszą obecnością. Udaje się. Legwan bezpiecznie oddala się w kierunku dżungli, my zaś w kierunku hotelowego basenu, gdzie spędzamy resztę popołudnia.


Czwartek, 7.04.2016

Dambulle - Kolombo

Piąta dziesięć pobudka. Chcemy jak najwcześniej być w Sigiriyi, by uniknąć upału i tłumów. Otwierają o siódmej. Wyjeżdżamy z hotelu. Jedziemy przez centrum Dambulle. Wszystko jeszcze pozamykane. Nie żałuję, że wczoraj zostaliśmy w hotelu. Nie ma tu nic ciekawego. Rzędy budek skleconych z płyty paździerzowej i eternitu pozmykane na kłódki. Tylko kolorowe szyldy nad wejściami zdradzają, co sprzedaje się w środku. Zwracam uwagę na wąską, brudną budkę z napisem "White Palace". Trzeba mieć tupet, by tak szumnie nazwać stragan. Ale Lankijczykom nie brakuje tupetu. Często żądają za swoje usługi - nawet niezamawiane - horrendalnie wysokich wynagrodzeń. Jeden z ulicznych sprzedawców w Galle zażyczył sobie za białą, bawełnianą sukienkę z haftem przy szyi dla półtorarocznej siostrzenicy M. równowartość sześciuset osiemdziesięciu złotych. Gdy usiłowałam mu wytłumaczyć, że prawdopodobnie się pomylił, obraził się i krzyknął, że my turyści, wszystko chielibyśmy za darmo.

Dojeżdżamy na miejsce. Stajemy jako pierwsi przed, jeszcze zamkniętą, budką z biletami. Otacza nas rozległy park, obok nas jest sadzawka pełna kwitnących kwiatów lotosu. Wszędzie kręcą się tłumy psów. Drapią się, są wychudzone, a niektóre z nich maja rany na grzbietach. Z głośników wyje głośna, ludowa muzyka. Gdy tylko wybija siódma metalowa roleta w okienku kasy podnosi się z chrzęstem. Kupujemy przepustkę do ósmego cudu świata.

Po chwili, w towarzystwie psów, które wyczuwają jedzenie w naszym plecaku, idziemy przez park u stóp wielkiego głazu pośrodku dżungli. To Sigiriya. Na jej szczycie znajdował się niegdyś pałac królewski. Zostały jedynie omszałe fundamenty. Droga prowadzi ścieżką, która przeradza się w kamienne schodki. Im wyżej się wspinamy, tym stopnie stają się coraz węższe, stopy trzeba stawiać na ukos. Słyszymy brzęczenie. Po lewej stronie szlaku stoi tablica informująca, że w razie ataku os należy stać spokojnie i nie robić hałasu. Pot leje się z nas strumieniami, wspinamy się po stromych schodach, atak os to ostatnia rzecz, której bym pragnęła. Milknę więc, tak na wszelki wypadek.

Schody stają się metalowe i ażurowe. Wiszą w powietrzu przytwierdzone jedynie śrubami od strony skały. Psy już za nami nie idą. Zaczynam odczuwać lęk wysokości i kurczowo trzymam się barierki, która sprawia wrażenie przyczepionej "na słowo honoru" i zrobionej z przypadkowych elementów. Schodki zamieniają się w kamienny chodnik. Teraz idziemy blisko skały. Napisy uprzedzają, że nie można jej dotykać. Gdy wychodzimy zza zakrętu patrzę w górę i naprawdę się boję. Przed nami ostatnie podejście przed szczytem. U podnóża stoją rzeźbione w kamieniu, gigantyczne lwie łapy, pomiędzy którymi są schody. Powyżej pyszni się wielka, pionowa skała opleciona wstążką wiszących, metalowych stopni. Za nami znajduje się budka oznaczona jako punkt medyczny. Zastanawiam się czy często się przydaje.

Ze wzrokiem wlepionym w schody wspinamy się ostro w górę. Staram się nie patrzeć w bok, w przepaść. Czasem się nie udaje i wtedy widzę bezkres dżungli rozciągający się u stóp wzniesienia, gdzieniegdzie tylko poprzecinany lśniącymi w słońcu nitkami rzek. W oddali majaczy gigantyczna, śnieżnobiała figura Buddy ukryta pośród drzew. Jesteśmy mokrzy. Pot wlewa się nam do oczu. Ubrania przyklejają się do ciała. Pniemy się szybko w górę. Jest wpół do ósmej, słońce jest bardzo mocne. Rozgrzane, metalowe barierki parzą nam dłonie. Nie chcę sobie nawet wyobrażać  jak gorąco musi tu być w południe. 

Wykończeni docieramy na szczyt. Widać pozostałości kompleksu pałacowego. Fundamenty, murki, schodki a nawet niewielkie jeziorko. Z pewnością była to okazała budowla. I trudna do zdobycia przez najeźdźców! Odpoczywamy chwilę, robimy kilka zdjęć i wracamy na dół. Ostrożnie stawiamy kroki na stopniach wiszących nad przepaścią. Na wysokosci punktu medycznego droga się rozwidla. Schodzący idą oddzielnie od wchodzących. Nasza ścieżka prowadzi teraz przez las i w wielu miejscach przecinają ją szlaki mrówek z daleka wyglądających niczym czarne, falujące wstążki.

Schodzimy na parking po godzinie od wyjścia. Kierowca już czeka, ale jest zdziwiony, że tak szybko wróciliśmy, chwali nas za kondycję. Proszę M. byśmy oddali nasze hotelowe pakiety śniadaniowe głodnym psom. Porusza mnie ich los. M. stanowczo odmawia, ale po chwili mięknie i sam idzie zanieść im nasze śniadanie. Kierowca patrzy na nas jak na pogan. M. otwiera styropianowe opakowanie i kładzie je na ziemi. Wokół zbierają się psy. Wtem, nie wiadomo skąd pojawia się niewielka małpa, która podbiega, zamyka karton, chwyta go pod pachę i ucieka z nim na drzewo. Jesteśmy nieco źli. Ale nie można odmówić jej inteligencji i sprytu. Wyjeżdżając ze wsi widzimy jeszcze słonie leżące w rzece. Wieśniacy myją zwierzęta szczotkami o twardym włosiu. Robimy kilka zdjęć i wyruszamy w drogę do Kolombo...

Siedem odsłon Malty
Wyprawa tygodnia Siedem odsłon Malty

Niewiele jest takich państw na świecie, które pomimo niewielkiej powierzchni jaką zajmują, mogą zaoferować całe mnóstwo atrakcji nawet najbardziej wymagającemu podróżnikowi. Malta kusi bogactwem kulturowym, urokliwą architekturą i błękitnymi lagunami.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.