Wasze wyprawy

Polska: Sandomierz - Rzymowi równy

Tysiąc lat historii, ponad sto zabytków najwyższej klasy, podziemia, położenie na siedmiu wzgórzach. Z powodzeniem może konkurować z włoskimi miastami.

Wspaniale prezentuje się od strony rzeki, ale nie mniej ciekawie wygląda ze szczytu gotyckiej Bramy Opatowskiej, skąd obok Starego Miasta z renesansowym ratuszem, katedrą i zamkiem podziwiać możemy okoliczne wzgórza i dolinę Wisły.

Sandomierz: Miasto o ponad tysiącletniej historii malowniczo położone na lessowych wzgórzach na wysokiej skarpie Wisły, w miejscu gdzie wpada do niej San. Już w X wieku był tu gród na szlaku z Pragi przez Kraków do Kijowa. Miasto zniszczone zostało w XIII wieku przez najazdy tatarskie. Odbudowane, był stolicą księstwa i aż do XIX wieku stolicą województwa.

Do Sandomierza nie jest łatwo trafić - główna droga omija miasto i nie każdy wie, że wystarczy z niej zboczyć kilka kilometrów, aby znaleźć się na uroczym sandomierskim rynku otoczonym rzędem kamieniczek, u stóp renesansowego ratusza uważanego za jeden z najpiękniejszych w Polsce.

Latem i jesienią miasto żyje - w czerwcu odbywa się festyn Truskawkowa Niedziela, później przybywa tu król Władysław Jagiełło, żeby wziąć udział w turnieju o miecz Zawiszy Czarnego, miłośnicy piosenki wodniackiej spotykają się na przeglądzie Szantomierz, a w środowe wieczory melomani przybywają do katedry na koncerty organowe.

W sierpniu i we wrześniu są tu festiwale tańca i muzyki, a sezon kończy październikowy jarmark odpustowy na św. Wincentego. Wszystkie, choćby nawet najciekawsze imprezy są jednak tylko dodatkiem do historii, której ślady są widoczne na każdym kroku.

Muzea i kościoły
Zwiedzanie zaczynam od Muzeum Diecezjalnego mieszczącego się w gotyckim Domu Długosza. Ma ono fascynujące zbiory, a ja lubię obcować z eksponatami na wyciągnięcie ręki. Dumą muzeum jest obraz Łukasza Cranacha Starszego przedstawiający Matkę Bożą z Dzieciątkiem, jeden z najciekawszych, jakie mamy w polskich muzeach, oraz romańska figura Matki Bożej z pobliskich Goźlic.

Z ciekawostek muszę wymienić czerstwą bułkę z czasów potopu szwedzkiego, pukiel włosów Napoleona i rękawiczki królowej Jadwigi z białej koźlej skóry. Według legendy podróżująca saniami królowa utknęła w zaspach. Uratowali ją chłopi ze wsi Świątniki, za co Jadwiga wykupiła ich z poddaństwa, a wójtowi ofiarowała swoje rękawiczki.

Ponad Domem Długosza góruje surowa budowla z czerwonej cegły o zaskakująco ozdobnym wnętrzu. To katedra. Wzrok przyciągają kolorowe bizantyjsko-ruskie freski na ścianach prezbiterium namalowane z polecenia króla Jagiełły. Gigantyczne malowidła w drewnianych ramach pokrywające ściany naw bocznych niezwykle realistycznie pokazują wyrafinowane tortury i śmierć zadawane chrześcijańskim męczennikom. Jeden z obrazów na tylnej ścianie świątyni przedstawia żydowski mord rytualny.

Od lat trwają spory, czy lepiej obraz zdjąć, czy wyjaśnić, że przedstawiona nań sytuacja jest nieprawdziwa. Inny pokazuje zamordowanie przez Tatarów w kościele św. Jakuba 48 sandomierskich dominikanów z przeorem Sadokiem, a kolejny - wysadzenie przez Szwedów sandomierskiego zamku w chwili, gdy wkraczają doń zwycięscy Polacy. Wybuch zabił kilkuset żołnierzy i przerzucił na drugi brzeg Wisły Jakuba Bobolę wraz z koniem. Ponoć obaj przeżyli! Brrr... Od tych okropieństw odechciewa mi się dalszego zwiedzania.

Wracam na rynek, żeby ochłonąć przy kuflu zimnego piwa na tarasie kawiarni "Kordegarda". Stąd mam najlepszy widok na salon Sandomierza - piękny, pulsujący życiem. Żałuję tylko, że do piwa nijak nie pasuje podawanana ciepło gigantyczna szrlotkaz górą bitej śmietany, malinami i smugą czekolady.

Spacer do Jakuba

Ruszam dalej, bo obowiązek wzywa. Ze wspomnianych już ponad stu zabytków chcę zobaczyć chociaż te najciekawsze. Idę ulicą Zamkową przez Furtę Dominikańską w dawnych murach obronnych, nazywaną też Uchem Igielnym, i dalej przez łąkę.

Cienisty wąwóz lessowy wyprowadza wprost na najciekawszy obiekt Sandomierza - romański kościół św. Jakuba, kto wie, czy nie najstarszą ceglaną świątynię w naszym kraju.

Z zachwytem podziwiam unikalny podwójny portal ozdobiony glazurowanymi cegłami. Surowe wnętrze jest ascetycznie skromne i chłodne niezależnie od pory roku. To tu prawie osiem wieków temu rozegrała się tragedia sandomierskich dominikanów. W zupełnie pustym kościele widać tylko smugi światła wpadające przez małe okienka. Wyczuwa się obecność Boga.

Świątynię otaczają stare lipy o poskręcanych gałęziach. Legenda głosi, że właściciel tego terenu powiedział, że owszem, odda plac dominikanom, jak drzewa wyrosną korzeniami do góry. Święty Jacek Odrowąż wsadzi lipy "do góry nogami" i modlił się tak długo, aż się przyjęły. Podczas ostatniej wojny potężny pocisk artyleryjski spadł obok jednej z wiekowych lip. Drzewo wzięło na siebie siłę eksplozji i osłoniło kościół przed odłamkami.

Gałązka tej lipy wsadzona w ziemię przyjęła się i dziś jest już pięknym drzewem. I jak tu nie wierzyć w możliwości świętego Jacka... Miał on zresztą też inne zasługi. Przywiózł z Italii orzechy włoskie, które znakomicie się przyjęły w sandomierskiej ziemi i rodzą wielkie i smaczne orzechy nazwane na jego cześć "jackami". Zajadał się nimi ponoć sam król Kazimierz Wielki.

Miasto pełne jest legend i niesamowitych opowieści, wśród których najbardziej przemawia do wyobraźni ta o "człowieku, który zapadł się pod ziemię". Historia wydarzyła się w połowie lat 60. XX wieku. Mężczyzna kupujący w kiosku gazetę wpadł w głęboką szczelinę, czym mocno przestraszył kioskarkę.

Sprowadzeni górnicy stwierdzili, że cały stary Sandomierz stoi na lessowym wzgórzu przypominającym dobr gatunkowo ser szwajcarski. Okazało się też, że gdy do lessu dostanie się woda (na przykład z nieszczelnej kanalizacji), zaczyna się on upłynniać i grozi zawaleniem stojących na nim budynków. Przez kilkanaście lat górnicy zabezpieczali sandomierskie podziemia, podpierając fundamenty, obudowując ściany piwnic oraz wypełniając podziemne pustki piaskiem i szkłem wodnym. Przy tej okazji powstała Podziemna Trasa Turystyczna, jedna z atrakcji miasta.

Przy wejściu do sandomierskich podziemi jest fresk przedstawiający córkę wójta Halinę Krempiankę. Jej ojca zamordowali Tatarzy. Dziewczyna postanowiła się zemścić. Poszła do tatarskiego wodza, opowiadając mu o krzywdach, jakich niby doznała od mieszkańców Sandomierza, i zaproponowała, że przeprowadzi Tatarów lochami do miasta. Kiedy ci weszli z nią do podziemi, obrońcy miasta zasypali wejście. Dzielna Halina zginęła, ale Sandomierz ocalał.

Schodzę i ja do podziemi. Na szczęście wyłożone cegłami korytarze są oświetlone i nikt nie zasypuje za mną wejścia. Wędruję kilkusetmetrowymi korytarzami - schodzącymi miejscami 12 metrów poniżej poziomu ulicy przez dawne składy kupieckie i piwnice z wielkimi beczkami na wino, niestety - pustymi. Mijam pomieszczeni o intrygujących nazwach: Chodnik Straceńców, Komora Znalezisk czy Sala Katowska - w tej ostatniej jest nawet topór, choć nigdy nie wykonywano tu żadnych egzekucji. Trochę zawiedziony wychodzę na powierzchnię, tuż przy wejściu do ratusza.

Uroda przyrody
Nie, to jeszcze nie koniec atrakcji Sandomierza. W krypcie pod kościołem św. Józefa spoczywa zmarła w 1698 roku 18-letnia wojewodzianka, Teresa Izabela Morsztynówna. Przez szybkę zobaczyć można zmumifikowane zwłoki panienki, które mimo uływu ponad 300 lat prawie nie uległy rozkładowi. Ponoć czynione są starania, żeby Teresę wynieść na ołtarze. Jak widać, niewiele potrzeba, żeby w Sandomierzu zostać świętym.

A atrakcje przyrodnicze? Proponuję spacer do Wąwozu Królowej Jadwigi, przyrodniczej osobliwości Sandomierza. Strome lessowe ściany półkilometrowego jaru są oplatane przez korzenie drzew, których korony tworzą zielony tunel.

Ale największą atrakcją przyrodniczą i krajobrazową Sandomierza są znajdujące się na północ od miasta Góry Pieprzowe. "Pieprzówki" to odsłaniające się w skarpie Wisły wychodnie mocno pofałdowanych skał kambryjskich powstałych około pół miliarda lat temu.

Jest to rezerwat geologiczno-przyrodniczy, gdzie rośnie kilkanaście gatunków dzikiej róży, głogi, tarniny, dzikie grusze i roślinność stepowa oraz żyje kilkanaście gatunków chrząszczy. Naukowe opracowania twierdzą, że nazwa gór pochodzi od brązowego koloru skał kojarzącego się z barwą pieprzu, ale miejscowi mają inne skojarzenia. Wiedzą, że jest to tradycyjne miejsce spacerów i spotkań sandomierskiej młodzieży.

Wędrówka po Sandomierzu zawsze wzmaga apetyt. Za radą Michała Leszczyńskiego, miejscowego przewodnika i dziennikarza, wybrałem się do zajazdu "Pod Ciżemką" na smakowitą porcję smażonego mięs z ziemniakami i surówką, pod mało poetycką nazwą "smażącha drobiowa" (jest także wieprzowa). Danie było wielkie, smaczne i niedrogie. Jeśli ktoś ma ochotę na coś lżejszego, proponuję pyszne naleśniki i najlepszą w Sandomierzu kawę w sympatycznej kafejce "Café Mała" na ulicy generała Sokolnickiego, tuż za rogiem.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.