Wasze wyprawy

Słodka Sri Lanka

W  drodze do Ella - najbardziej malownicza trasa świata!

fot.: Mariolla

W drodze do Ella - najbardziej malownicza trasa świata!
Dzięki temu, że pracuję dla dubajskiej linii lotniczej, mam szansę swoją podróżowanie nazywać swoją pracą. Tym razem zabieram Was w podróż na Sri Lankę – za krótką, bo atrakcji Cejlonu wydaje się nigdy nie być dość!
Pociąg w drodze do Ella
Pociąg w drodze do Ella
Ruiny świętego miasta Polannaruwa
Ruiny świętego miasta Polannaruwa

 

Od kiedy pamiętam, zawsze idealnym pomysłem na życie wydawało mi się powiązanie pracy z podróżowaniem. Gdy przez jakiś czas pracowałam w hostelu w centrum Krakowa, na co dzień czułam się poniekąd „w podróży”, dzięki temu, że non stop obcowałam z ludźmi podróżującymi na mniejszą lub większą skalę. Myślałam, że zyskuję najlepsze, co dostaje się w trakcie wyjazdów, bez ruszania się z domu. Poznawanie nowych ludzi, otwieranie się na ich kompletnie inne i nieprzewidywalne pomysły na życie, kosztowanie nowych potraw, które ze sobą przywozili, stawanie się częścią ich podróżniczej opowieści, życie w nieco odrealnionym świecie podróżniczego absurdu. Gdy jednak pojawiła się szansa, by przenieść się na przeciwny biegun i tę swoistą stabilność zamienić na pełnoetatowe życie w podróży, postanowiłam skorzystać. Dzięki koleżance z pracy dowiedziałam się, że dubajska linia lotnicza prowadzi rekrutację w Krakowie, zgłosiłam się i po kilku tygodniach wiedziałam już, że wyjeżdżam do Dubaju. Spełniło się jedno z moich marzeń, od tej chwili podróżowanie i codzienna zmiana stały się moją pracą.

Od tego czasu nauczyłam się powolne podróżowanie, do jakiego byłam przyzwyczajona, zamienić na intensywne 24-godzinne layovery w nowo odwiedzanych miejscach. Spróbuję zaprezentować miejsca, w które latam „z pracą”, jak też i te, w które udaję się w ramach dni wolnych.

Zacznę od mojego ostatniego, kilkudniowego pobytu na Sri Lance.

Sri Lanka, choć jest wyspą o stosunkowo niewielkim rozmiarze, ma podróżnym mnóstwo do zaoferowania. Od zalanych słońcem plaż, poprzez porośnięte krzewami herbacianymi zbocza wzgórz, ruiny starożytnych miast i po dziś dzień odwiedzane świątynie, do parków narodowych zamieszkiwanych przez słonie i leopardy…nie sposób wymienić wszystkiego! Szybko zorientowałam się, że w trakcie tygodniowego pobytu, na który udałam się wraz ze swoją przyjaciółką Kasią, nie uda nam się zakosztować wszystkiego. Postanowiłyśmy, że będziemy decydować o tym, co robimy, dzień po dniu, chcąc jak najbardziej realnie ocenić szanse tego, co możemy kolejnego dnia zrobić. Najpierw jednak oddałyśmy się błogiemu relaksowi – spacer po plaży, gdzie wywołałyśmy zainteresowanie lokalnej ludności, zwłaszcza paradująca w bikini wśród nawet kąpiących się w ubraniach Lankijczyków, poparty zjedzonymi na obiad świeżymi owocami morza i wieczornym masażem. Sri Lanka to przecież stolica ajurwedy, pochodzącej sprzed kilku tysięcy lat indyjskiego systemu nauki o zdrowiu. Kolejnego dnia ruszyłyśmy do miejscowości Dambulla, aby zwiedzić znajdujący się tam buddyjski kompleks świątynny. Kierowca tuk tuka szybko zgarnął nas z autobusu, którym przyjechałyśmy z Negombo. Autobusy, jakimi jeździ się na Sri Lance, zasługują chyba na osobny wpis. Są tanim i stosunkowo prostym sposobem przemieszczania się po wyspie. Siatka połączeń sięga każdego kąta wyspy, autobusy kursują całą dobę i odjeżdżają/przyjeżdżają dość regularnie. Wygląda zachęcająco? – owszem, jeśli weźmie się poprawkę na prędkość strzały, z jaką mknie kierowca, zwłaszcza (ale nie tylko!) jeśli droga jest pusta. Na szczęście, nieświadomie upodobałyśmy sobie miejsce z tyłu pojazdu, tuż przy otwartych na oścież drzwiach (otwartych po pierwsze aby wietrzyć autobus w upale, po drugie – by drobni handlarze, wsiadający na różnych przystankach, gdy autobus zwalnia, ale niekoniecznie się zatrzymuje, mogli w momencie gdy pojazd przyspiesza na czas z niego wyskoczyć i zniknąć wydawałoby się pod kołami innego autokaru). Dzięki temu nie bardzo przejmowałyśmy się prędkością, z jaką mknęła po szosie maszyna, i oszczędziłyśmy sobie wiele nerwów. Nieprzyjemnie było tylko spać w nocnym, pustym autobusie, który pomimo że dzięki wielu pustym siedzeniom wydawał się do snu zapraszać, szarpał jeszcze gorzej, więc by móc zasnąć, należało dobrze się zaprzeć, tak, by nie spaść z fotela przy najbliższym zakręcie.

Po pysznym jedzeniu w lokalnej knajpce, do której zaprowadził nas nasz kierowca, pojechałyśmy zwiedzać świątynię. Niech nie zmyli nas mieniąca się złotem stupa, czyli charakterystyczna buddyjska forma świątynna w kształcie dzwonu, ani spoglądający z górskiego zbocza ogromny, złoty Budda – to nie one są tu najważniejsze. Cel wędrówek wiernych kryje się na szczycie wzgórza, gdzie znajdują się jaskinne świątynie. Po wdrapaniu się po opanowanych przez małpy schodach, pierwsze, na co zwraca się uwagę, to przepiękny widok rozpościerający się ze szczytu. Po chwili przypominamy sobie, po co ta wspinaczka. Kompleks kilku jaskiń skrywa wiele rzeźb Buddy, ale także przepiękne malowidła, którymi pokryte jest sklepienie każdej jaskini. Jak dla mnie, to jest najciekawszym elementem świątyń.

Z Dambulli pojechałyśmy do Polonnaruwa, miejsca, gdzie miałyśmy spędzić kolejnych kilka nocy. Polonnaruwa to przede wszystkim starożytne miasto, które przez jakiś czas było stolicą lokalnego imperium. Za radą gospodarza naszego pensjonatu, nie wyruszyłyśmy wczesnym świtem kolejnego dnia. Papa, jak kazał się nazywać nasz gospodarz, niemalże doradził nam pieszą wycieczkę, jednocześnie bukując nam na wczesne popołudnie słonie safari. Szybko zorientowałyśmy się, że bez tuk tuka się nie obejdzie, na szczęście równie szybko znalazłyśmy sobie przyjaciela Anterabante, który był miejscowym kierowcą rikszy. Dzięki jego ogarnięciu i bezpardonowości zdążyłyśmy wrócić na czas do pensjonatu, a komendy, którymi porozumiewał się z nami Anterabante, dość szybko przylgnęły do naszego wakacyjnego słownika. Starożytne ruiny w Polonnaruwa wpisane są na listę dziedzictwa UNESCO, podobnie jak skalne jaskinie w Dambulla. Zdecydowanie godne są zobaczenia. Ciekawostką jest to, że nawet ruiny świątyń traktuje się wciąż z szacunkiem godnym każdej innej świątyni – wchodząc na teren czegoś, co z pozoru dawno temu było świątynią, należy zakryć nogi i ramiona i zdjąć buty, co jest ściśle egzekwowane.

Popołudnie spędziłyśmy oglądając słonie. Być na Sri Lance i nie widzieć słonia się nie godzi. Sposobów, by to zrobić, jest jednak wiele – my zdecydowałyśmy się na odwiedzenie jednego z parków narodowych. Inną opcją jest wizyta w słonim sierocińcu, najsłynniejszy z nich to Pinnawala. Choć postanowiłyśmy tam nie jechać, więc jedyne informacje o tym, jak wygląda tam życie słoni mogę czerpać z drugiej ręki, to, co słyszałyśmy, nie było zbyt przyjemne. Słonie i słoniątka zakute w kajdany i wypuszczane tylko na czas kąpieli w pobliskiej rzece, gdzie i tak strzegą ich uzbrojeni strażnicy… W słonim sierocińcu byłam kiedyś przy okazji lotu do Nairobi, ale tam słoniątka, których rodzice zginęli z rąk kłusowników, na porę karmienia i błotnych kąpieli zaganiano z pobliskiego buszu, i nie było mowy o żadnych łańcuchach czy życiu na uwięzi. Na Sri Lance również udałyśmy się w miejsce, gdzie słonie żyją w gąszczu krzaków, do rezerwatu Kaudulla. Okazało się, że trafiłyśmy na najlepszy okres w roku, gdyż w okolicach sierpnia słoni jest tam najwięcej – poziom wody pobliskiego jeziora jest na tyle niski, że rezerwat jest wówczas rajem dla przybywających doń słoni i przylatujących ptaków – co ciekawe, udało nam się zobaczyć nawet bociany!

Wędrujące słonie, zbierające się w małych grupach i pilnujące, by nikt nie zbliżył się do nich zanadto robią wrażenie. Na nas największe wywarła jednak ciężarna słonica, przywódczyni małego stadka, które obserwowaliśmy, gdy rozjuszona pogoniła naszego jeepa, oceniając jego odległość na zagrażającą jej grupie.

Następnego dnia udałyśmy się do Kandy. Otoczone przez góry miasto, mimo że nie jest może samo w sobie zbyt urokliwe, przyciąga właśnie rozpościerającymi się stamtąd widokami. Za radą naszego gospodarza, do jednej z największych atrakcji Kandy, Świątyni Zęba Buddy, poszłyśmy wieczorem. Dzięki temu mogłyśmy zobaczyć przyprawiające o ciarki rytualne modlitwy okraszone rytmicznym biciem w bębny.

Kandy znalazło się na naszej liście dlatego, że wiedze stamtąd kolejowa trasa do Ella. Trasa, która prowadzi przez góry, doliny i hebaciane pola, i nazywana jest jedną z najbardziej malowniczych traktów kolejowych na świecie. Bilety na pociąg najlepiej kupować z wyprzedzeniem, a ponieważ nam nie udało się tego zrobić z dnia na dzień, Volly, szef pensjonatu, w którym się zatrzymałyśmy, poradził byśmy wsiadły w pociąg na podmiejskiej stacji Peradeniya. Mimo że tam również nie udało nam się wykupić miejscówek, to dojeżdżający do okolicznych wiosek ludzie dość szybko zaczęli wysiadać, tym samym zwolniły się miejsca siedzące, z których mogłyśmy skorzystać – choć prawdę mówiąc, to nasze pierwotne miejsce, w otwartych drzwiach wagonu, z najlepszym widokiem, było moim ulubionym. Pociąg z Peradeniya jedzie do Ella tą samą trasą co ten odchodzący z Kandy, ale się w nim nie zatrzymuje, ale mało kto o nim wie. Przepiękny szlak prowadzący przez wzgórza porośnięte herbacianymi krzewami nie bez powodu zyskał sobie światową sławę!

Choć na mapie Ella może wydawać się małą mieściną, i w rzeczywistości nie jest wielkich rozmiarów, to klimat panuje tam międzynarodowy. Ella wydaje się być zalążkiem przyszłej mekki backpackersów. Już teraz ma lekko hipisowski charakter, czemu sprzyja powstawanie coraz to nowych miejsc utrzymanych w podobnym charakterze. Ale urokliwe położenie miasteczka skłania także do wielu pieszych wędrówek – my wybrałyśmy się na szczyt Ella Rock. Główny, oficjalny szlak wiedzie początkowo wzdłuż torów kolejowych, dopiero po chwili należy zboczyć w polną drogę. Naczytawszy się ostrzeżeń innych podróżnych na temat lokalnych „przewodników”, którzy prostą skądinąd trasę usiłują urozmaicić, najpierw błędnie kierując turystów w gąszcz herbacianych krzaczków i kukurydzy, po to, by w momencie gdy stracą oni orientację, zaoferować im – odpłatne – wyprowadzenie na główny szlak. Niestety, same padłyśmy ofiarą tego niecnego procederu, głównie dlatego, że szlak nie jest w żaden sposób oznakowany, więc ciężko jest samemu się dobrze pokierować. Na szczęście, jeden z mieszkańców przyszedł nam bezinteresownie z pomocą, bo gotowe byłyśmy raczej zgubić się na amen w buszu niż skorzystać z oferty pseudoprzewodników. Mimo że podejście na szczyt do najprostszych nie należało, zdecydowanie warto było się najpierw zmęczyć, bo widoki rekompensowały w pełni podjęty wysiłek.

Czas, jaki spędziłyśmy na Sri Lance, wypełniłyśmy po brzegi. Mimo że nie starczyło nam go na beztroskie planowanie czy lekcje surfingu, mamy dzięki temu powód, by powrócić.

Słonie w Kaudulla
Słonie w Kaudulla
Pola herbaty na drodze do Ella
Pola herbaty na drodze do Ella
Kasia na plaży Negombo
Kasia na plaży Negombo
Siedem odsłon Malty
Wyprawa tygodnia Siedem odsłon Malty

Niewiele jest takich państw na świecie, które pomimo niewielkiej powierzchni jaką zajmują, mogą zaoferować całe mnóstwo atrakcji nawet najbardziej wymagającemu podróżnikowi. Malta kusi bogactwem kulturowym, urokliwą architekturą i błękitnymi lagunami.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.