Wasze wyprawy

Szwajcaria. Europejska stolica sztuki cz. 1

Zurych, widok na Grossmunster, jeden z czterech głównych kościołów reformowanych w mieście

fot.: Kora17

Zurych, widok na Grossmunster, jeden z czterech głównych kościołów reformowanych w mieście
W trakcie naszej pierwszej podróży po Szwajcarii nastawiamy się z Mamą na obcowanie ze sztuką, co tutaj na pewno nie będzie nastręczać trudności. Zaczynamy od Bazylei, następnie trasa poprowadzi przez Zurych, Lucernę, Berno, Altdorf, Lozannę i Genewę.

Zachwycam się już w samolocie – Bazylea położona jest dość wysoko, na granicy Szwajcarii, francuskiej Alzacji i niemieckiego regionu Baden, co sprawia, że widok miasta o zachodzie słońca z kilku kilometrów nad ziemią to szczególny powód do szczęścia. Miasto ma rzymskie korzenie, do których nawiązują murale (współczesne, lecz stylizowane na antyczne) obecne w kilku miejscach w centrum: w 44 r. p.n.e. na tych terenach założona została rzymska osada nazwana Augusta Raurica. W XI wieku Bazylea znalazła się na terenie imperium germańskiego, aby w późniejszych latach (1501 r.) dołączyć do Konfederacji Helweckiej (z której następnie powstała Konfederacja Szwajcarska), przyjąć hugenotów uciekających przed represjami religijnymi we Francji w XVI wieku oraz stać się domem dla jednego z największych myślicieli Odrodzenia – Erazma z Rotterdamu, który pochwany jest w tutejszej katedrze. Jedną z wersji jego słynnego portretu autorstwa Hansa Holbeina Młodszego można podziwiać w Kunstmuseum Basel. Muzeum posiada największą na świecie kolekcję prac artysty, uznawanego za najwspanialszego portrecistę XVI wieku. Henryk VIII utrwalił się w masowej pamięci właśnie tak, jak przedstawiał go Holbein, będący nadwornym malarzem angielskiego króla. Realistycznego portretu psychologicznego nauczył się zapewne od ojca, Hansa Holbeina Starszego, którego prace również można podziwiać w Muzeum, podobnie jak dzieła jego drugiego syna, Ambrosiusa, malarza i grafika. Długo można by wymieniać pozostałych artystów, których dorobek składa się na kolekcję Kunstmuseum; sztukę szwajcarską reprezentują między innymi urodzony w Bazylei Arnold Böcklin i Ferdinand Hodler (z którymi w trakcie tej podróży spotkamy się jeszcze wielokrotnie), bogata jest także kolecja sztuki dwudziestowiecznej: wczesne prace Braque'a i Picassa (z okresu, kiedy ramię w ramię tworzyli podstawy kubizmu, a ich płótna były nie do rozróżnienia), Fernanda Légera, Maxa Ernsta czy Giorgio de Chirico. Z łatwością przychodzi nam zrozumieć, dlaczego to właśnie w Bazylei odbywają się jedne z najbardziej prestiżowych targów sztuki na świecie: Art Basel przyciąga rocznie około 100,000 miłośników sztuki i kolekcjonerów. Wszystko zaczęło się w latach 70. ubiegłego stulecia dzięki inicjatywie marszanda i kolekcjonera Ernsta Beyelera. Jego własną imponującą kolekcję można podziwiać w Fondation Beyeler, położonej w Riehen pod Bazyleą, gdzie z centrum można dostać się autobusem w kilkanaście minut. Warto, gdyż poza ciekawymi wystawami czasowymi (teraz – fotografie Wolganga Tillmansa), muzeum prezentuje rotacyjnie wybrane prace artystów kalibru van Gogha, Picassa (sporo go w Szwajcarii) oraz Warhola. Jak zwykle w przypadku prywatnych muzeów na obrzeżach miast, budynek położony jest w sporym ogrodzie, gdzie również znalazło się miejsce dla sztuki: spacer od Alexandra Caldera do Ellswortha Kelly'ego zostawiamy sobie na deser. 

Zbliżamy się do Bazylei – już jest pięknie!
Zbliżamy się do Bazylei – już jest pięknie!
White Curves, autor: Ellsworth Kelly, Fundacja Beyeler
White Curves, autor: Ellsworth Kelly, Fundacja Beyeler

Jeśli zaś już mowa o deserach, typowo bazylejskim przysmakiem jest läckerli, dla polskiego podniebienia mający znajomy smak i wygląd pierniczków. Raczej twarde ciastka z wyczuwalnym aromatem przypraw korzennych, dodatkiem miodu i orzechów, to tylko jedna z wielu propozycji tutejszych cukierni, choć szwajcarskie lody Mövenpick mogą spokojnie konkurować z wyrobami cukierniczymi. Już pierwszego dnia detronizują u mnie wcześniej ulubione Häagen-Dazs, a że, podobnie jak amerykańska marka, porcje Mövenpick skromne nie są, wdrapanie się na wieże (obydwie!) bazylejskiej Münster staje się okazją do spalenia nadmiaru kalorii. Widok wynagradza wysiłek, z wież katedry ogląda się bowiem trzy kraje jednocześnie, w tym oddzielone od siebie Renem Francję i Niemcy. Czyste i szerokie wody Renu służą zresztą miejscowym jako kąpielisko: ze zdumieniem przyglądamy się dziesiątkom pływającym w rzece w samym centrum miasta. Tym razem nie starczy czasu na poznanie uroków rzecznej kąpieli, ale to tylko kolejny powód, aby na pewno do Bazylei powrócić.

Zakup kart Swiss Travel Pass okazuje się być strzałem w dziesiątkę: przez prowadzoną po polsku stronę swisstravelsystem.pl można zakupić 3-, 7- lub 15-dniowe bilety na nieograniczoną liczbę przejazdów koleją oraz komunikacją miejską w całym kraju; ponadto, Pass-y zapewniają też bezpłatne wejścia do większości muzeów. Punktualność szwajcarskich pociągów nas nie dziwi, za to częstotliwość odjazdów już owszem: pociągi z Bazylei do Zurychu odjeżdżają średnio co pół godziny; jak się później okaże, taki wybór połączeń jest normą praktycznie na każdej trasie.

Zurych, stolica szwajcarskich finansów, nie ustępuje Bazylei miejsca pod względem sztuki. Tutejszy Kunsthaus mieści okazałą kolekcję prac Alberto Giacomettiego, szwajcarskiego rzeźbiarza, którego smukłe, prawie niemające szerokości popiersia i stojące postaci zapewniły mu sławę już za życia. Są tu także prace tworzącego w nurcie fotorealizmu Franza Gertscha, Amerykanów Cy'a Twombly'ego, Roberta Rauschenberga oraz Jaspera Johnsa, najbardziej chyba znanej surrealistki (i Szwajcarki!) Méret Oppenheim, nie wspominając o sporej kolekcji prac Hodlera i Böcklina. Lista ciągnie się dalej, do czego powoli zaczynamy się przyzwyczajać, przyznając, bez cienia wątpliwości, że Szwajcaria to jedna wielka kolekcja sztuki. Widac to także we Fraumünster, czyli jednym z głowych kościołów ewangelickich w mieście, gdzie podziwiać można witraże autorstwa Augusto Giacomettiego (ojca Alberto) oraz... Marca Chagalla. Historia Fraumünster udowadnia, że czasem wystarczy poprosić: pięć prawie monochromatycznych witraży przedstawiających sceny biblijne powstało dzięki inicjatywie ówczesnego pastora kościoła, Petera Vogelsangera, który w 1967 r. zaproponował Chagallowi stworzenie dzieła. Artysta zgodził się, przyozdabiając Fraumünster pełnymi pasji witrażami, na których postaci zdają się unosić na wietrze; znalazło się też miejsce dla kóz, obecnych na prawie każdym płótnie artysty.

W Zurychu czeka na nas także dość nietypowa atrakcja, jaką jest zwiedzanie tutejszych biur Google'a. Jako jeden z największych oddziałów tej firmy w Europie, Google w Zurychu zatrudnia kilka tysięcy pracowników stałych i stażystów, wśród nich mojego kolegę Grzegorza, który zaprosił nas na oprowadzanie po siedzibie firmy. Niech wstydzą się ci, co myśleli, że oglądanie biura to nic ciekawego – w Google'u ciekawe jest wszystko! Od tematycznych mikrokuchni na każdym piętrze (można pić kawę w pokoju w stylu Jamesa Bonda, Gwiezdnych Wojen, w mini dżungli i wielu innych), po dwa rodzaje pokoi drzemkowych (co wolicie – Baśnie z tysiąca i jednej nocy czy też drzemkę w ciemnym pokoju z akwarium?) i trzy restauracje, które trzy razy dziennie przyprawiają googlowców o zawrót głowy: co wybrać na śniadanie, lunch i kolację? Kuszą dania kuchni tajskiej, śródziemnomorskiej... Należy też wspomnieć o kilku siłowniach, ściance wspinaczkowej, korcie do squasha (trzeba dbać o formę), gabinecie masażu (ale też się relaksować) czy też budkach telefonicznych, skąd można bezpłatnie dzwonić wszędzie na świecie (i utrzymywać kontakt z rodziną, choć najlepiej nie wychodząc z biura). Prawdą jest, że w Google'u do pracy nikogo nie trzeba zmuszać: nikt nie trafia tu przypadkowo, tutaj wszyscy kochają to, co robią. Google ma więc wszelkie powody, aby kochać swoich pracowników i trzeba przyznać, że uczucie pokazuje z klasą.

Wizyta w Zurychu nie może obejść się bez spaceru do Cabaret Voltaire, klubu artystycznego założonego w 1916 r. przez poetę Hugona Balla, jego żonę Emmy Hennings oraz ich przyjaciół artystów, między innymi Hansa Arpa i Sophie Taeuber-Arp. To tutaj narodził się dadaizm, odbywały się występy i przedstawienia. Sam kabaret szybko zakończył działalność, magazyn o tym samym tytule przetrwał jednak dłużej. Obecnie Cabaret... to sympatyczny bar/kawiarnia na górnym piętrze i sklep pamiątkowy na dole, choć wychodzi się stamtąd z poczuciem niedosytu – aż prosi się o muzeum z prawdziwego zdarzenia. Dalszy spacer pozwala nam ujrzeć kolejną ciekawostkę miasta: Polybahn, czyli kolejkę linowo-szynową (to samo, co kijowski funikular) łączącą centrum z położonym wyżej kompleksem Politechniki. Zapewne w takim rozwiązaniu nie byłoby nic dziwnego gdyby nie to, iż kolejka wjeżdża i wyjeżdża z... kamienicy. Pierwszy odcinek trasy pokonuje się dosłownie pod czyimś mieszkaniem, aby następnie znależć się przed Politechniką Federalną i móc cieszyć się widokiem na centrum miasta.

Polybahn dosłownie wjeżdża do kamienicy
Polybahn dosłownie wjeżdża do kamienicy

Lucerna, nasz kolejny przystanek, zdecydowanie wygrywa w zestawieniu najpiękniejszych szwajcarskich miast. Malowniczo położona nad rzeką Reuss i Jeziorem Czterech Kantonów, jest ponoć dziesiątą najpopularniejszą destynacją turystyczną na świecie! To początkowo może dziwić (Lucerna to nieduże, liczące 60,000 mieszkańców miasto), szybko jednak przestaje: zaraz po opuszczeniu Dworca Kolejowego wychodzimy naprzeciw Kapellbrücke, czyli XIV-wiecznego krytego mostu drewnianego na rzece Reuss, zza którego widać także rząd kawiarni i restauracji położonych tuż nad rzeką. Widok jest tak malowniczy, że nic dziwnego, iż jedno zdjęcie tego miasta potrafi przyciągnąć tłumy z całego świata. Nad rzeką co sobotę odbywa się targ, gdzie można zaopatrzyć się w świeże warzywa i owoce, jak również wyborne słodkości, dla których konkurencją pozostają jedynie producenci szwajcarskiej czekolady. Lindt to bowiem tylko wierzchołek góry czekoladowej: kroku dotrzymują mu Läderach, Sprüngli czy też Bachmann. Akurat trwa The Blue Balls Festival, impreza muzyczna godna KKL-u, czyli wybudowanego w 1998 roku centrum kongresowo-kulturalnego, słynącego wśród melomanów na całym świecie z rewelacyjnej akustyki. My wybieramy się na koncert gitarzysty José Gonzaleza (o argentyńskich korzeniach, ale urodzonego w Szwecji) i jesteśmy zachwycone! Fakt, że to stan, o którym w naszym przypadku dość łatwo, ale José Gonzaleza i KKL można spokojnie polecać nawet wybrednym znawcom muzyki. A sztuka? Satysfakcję w tym względzie gwarantuje Kolekcja Rosengart, zgromadzoną przez marszanda Siegfrieda Rosengarta i jego córkę Angelę, udostępniona jako muzeum w 2002 roku. Jest to nie lada atrakcja dla miłośników ekspresjonisty Paula Klee (ponad 120 rysunków) oraz Picassa: całe pierwsze piętro zajmują jego liczne szkice, ceramika i obrazy olejne, na drugim natomiast znajduje się ponad 170 (!) fotografii przedstawiających artystę i jego ostatnią żonę, Jacqueline Roque, wykonanych przez przyjaciela Picassa, Davida Douglasa Duncana. Artysta miał szczęście do fotografów wojennych: wszyscy znają chyba zdjęcie przedstawiające jego, Françoise Gilot (malarkę i partnerkę Picassa w latach 1943-1953) oraz siostrzeńca Pabla, Javiera Vilató, wykonane przez Roberta Capę. To on właśnie przedstawił Picassowi swojego kolegę po fachu, Davida, który jako jeden z nielicznych dostał zaproszenie do posiadłości Picassa w Mougins. Zdjęcia są niezwykle, głównie dlatego, że przedstawiają bardzo zwyczajne sytuacje i czynności: widzimy Picassa bawiącego się z psem, w trakcie wizyty lekarskiej czy też żartobliwie imitującego baletowe ruchy, które pokazała mu żona. Ujęcia Duncana są zabawne i świeże, pozwalają zobaczyć Picassa-człowieka.

Oszołomione sztuką, idziemy zobaczyć Pomnik Lwa: mająca 9m długości rzeźba przedstawia ugodzone włócznią zwierzę. Wydający ostatnie tchnienie lew to dzieło słynnego rzeźbiarza neoklasycystycznego Bertela Thorvaldsena i upamiętnia bohaterstwo Gwardii Szwajcarskiej, która broniła pałacu królewskiego w Tuileries w czasie rewolucji francuskiej. W trakcie szturmu na pałac w 1792 r. zamordowano ponad 850 szwajcarskich żołnierzy. Pomnik Lwa był pomysłem jednego z nielicznych, którzy przeżyli.

Słynny kryty most drewniany w Lucernie
Słynny kryty most drewniany w Lucernie
Pomnik lwa, autorstwa Bertela Thorvaldsena, to hołd złożony szwajcarskim gwardzistom
Pomnik lwa, autorstwa Bertela Thorvaldsena, to hołd złożony szwajcarskim gwardzistom

Waleczności szwajcarskich gwardzistów podważać nie sposób, wątpliwości budzi jednak postać Wilhelma Tella. Do miejscowości Altdorf wybieramy się właśnie ze względu na niego: to tutaj bohater dramatu Schillera miał odmówić złożenia hołdu cesarzowi austriackiemu, za co spotkała go okrutna kara. Cesarski namiestnik, Gessler, nakazał, aby Tell ustrzelił jabłko z głowy swego syna. Będąc wybitnym łucznikiem, Tell trafił, co nie uchroniło go przed aresztowaniem. W drodze do więzienia zdołał jednak uciec, po czym zabił Gesslera, rozpoczynając bunt trzech kantonów założycielskich Szwajcarii (Uri, Schwyz i Unterwalden), który doprowadził do powstania Konfederacji. Tak, w sporym uproszczeniu, brzmi historia Tella, którą na pamięć zna każdy Szwajcar. Niestety, w Muzeum Wilhelma Tella w nieodległym Bürglen spotyka nas pierwsze w trakcie tej podróży rozczarowanie: narodowy szwajcarski bohater... nie istniał! Schiller, a później Rossini, który stworzył operę o dzielnym łuczniku, połączyli fragmenty lokalnych legend i opowieści. Stworzony przez nich prototyp bojownika o wolność tak się przyjął, że dziś mało kto w ogóle pamięta, iż jest to postać, której właściwie nie było. Cóż, jedno jest pewne: żaden współczesny marketingowiec by tego lepiej nie wymyślił.

Atoklinten - święta góra Samów
Wyprawa tygodnia Atoklinten - święta góra Samów

Jest w górach coś niezaprzeczalnie pięknego i kojącego. Jakaś tajemnicza siła, która pcha nas na sam szczyt, pomimo że ciało odmawia już posłuszeństwa i błaga o odrobinę odpoczynku. Góry niezależnie od swojej wysokości przyciągają jak najlepszy magnes.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.