Tatry: Rzeczypospolitej szczyt najwyższy

Wielki Żabi Staw Mięguszowiecki. Na dalszym planie Grań Baszt z Szatanem

fot.: Piotr_S

Wielki Żabi Staw Mięguszowiecki. Na dalszym planie Grań Baszt z Szatanem
Wejście na Rysy było od dawna jednym z moich turystycznych marzeń – w końcu to najwyższy szczyt naszego kraju.

Podczas wcześniejszych wypraw stacjonowałem w Zakopanem i nie posiadałem własnego samochodu, zatem rozpoczęcie wyprawy było znacznie opóźnione, ponieważ trzeba było czekać na odjazd pierwszego busa z centrum na Polanę Palenica. O próbie zaatakowania góry od strony słowackiej już w ogóle mowy nie było, bo czas wydłużyłby się jeszcze bardziej. Bardzo ważnym czynnikiem jest pogoda, która też nie rozpieszczała. Istotne znaczenie miał fakt, że uparłem się, aby wejść i zejść z Rysów tego samego dnia, co nie stwarzało pola na jakiekolwiek opóźnienia.
W sierpniu 2007 roku, jako miejsce wakacyjnego wypoczynku wybrałem domek w miejscowości Nova Lesna, kilka kilometrów od Starego Smokovca w stronę Popradu. Pojechałem tam własnym autem, co dało mi niezależność komunikacyjną – a to duży komfort. Pewnego dnia postanowiłem, że nazajutrz zaatakuję Rysy od strony słowackiej, bo lepsza okazja mogła się długo nie trafić. Brak aklimatyzacji i przygotowania kondycyjnego, poza regularnymi wizytami na siłowni nie stanowił problemu: wola walki i serce w moim przypadku zawsze okazywały się wystarczające. Tak miło być i tym razem.
Pobudka o czwartej rano miała zagwarantować spokojny marsz, bez konieczności kontrolowania czasu i wynikającego z tego faktu stresu. Gdy opowiadałem to po powrocie znajomym, nie mogli się nadziwić, że istnieją takie osoby, które podczas urlopu są w stanie z własnej woli wstać tak wcześnie. Mały posiłek, toaleta, przygotowanie manatków i pora ruszać. Nigdy nie chodzę po górach z dużym plecakiem, zawsze biorę tzw. „szkolny plecak”, w którym mieszczą się: bluza z długim rękawem, 1,5 l butelka wody, jedzenie, mapa, telefon i aparat. Być może nie jest to oznaką profesjonalizmu, ale dzięki temu mniej męczę się podczas wędrówki. Po Tatrach zawsze chodzę w sprawdzonym już obuwiu sportowym, którego podeszwa, jak się okazało była bardziej odporna na ślizganie niż podeszwa obuwia typowo górskiego. Czyżby było ono przereklamowane?
Był to 16 sierpnia, środek ciepłego lata. Temperatura o 4 rano nie była zbyt wysoka, lecz postanowiłem rozpocząć marsz w krótkich spodenkach i w bluzie. Dodam jednak, że jestem osobą wyjątkowo odporną na zimno, normalnym ludziom polecam cieplejszy ubiór. Po wyjściu z domu spojrzenie w niebo i krótka ocena sytuacji: ani jednej chmurki, mnóstwo bardzo dobrze widocznych gwiazd – jest dobrze. Z Novej Lesnej przez Stary Smokovec pojechałem do Strbskego Plesa, najwyżej położonej osady w Tatrach Słowackich. Ruch na trasie był znikomy. Końcowy - płatny, jak się później okazało - parking znajduje się tuż przy stacji pociągu „Popradske Pleso” na wysokości 1246 m.n.p.m. Melduję się na nim o piątej rano, jest jeszcze ciemno. Wokół nie ma żywej duszy. Do szczytu już „tylko” 1253 metry przewyższenia, co to dla mnie...
Początkowa część trasy – niebieskim szlakiem - prowadzi biegnącą zawijasami asfaltową drogą wśród lasu. Bazując na takim opisie, można onieść wrażenie, że wygląda to podobnie jak droga z Polany Palenica do Morskiego Oka, lecz tak nie jest. Ruch jest tu nieco mniejszy w „godzinach szczytu”, ale i droga węższa. Widoki z trasy na Morskie Oko chyba ciekawsze. Po półtorej godziny dociera się do schroniska przy Popradskim Plesie na wysokości 1500 m.n.p.m. Schronisko o tej porze jest zamknięte.
Tuż przed zejściem do schroniska znajduje się skręt na drugą część szlaku prowadzącego na Rysy i Koprovsky Stit. Obok znaków kierunkowych znajduje się niewielki skład materiałów i żywności, którą wolontariusze mogą wnieść na własnych plecach do schroniska pod Rysami. Wszelkie materiały docierają tam tylko i wyłącznie w taki sposób. Można wziąć cokolwiek – od cebuli, przez beczkę, po szczapę drewna. Z racji braku miejsca ja nie biorę nic, może następnym razem... Po około pół godziny dochodzi się do Razcestie nad Zabim Potokom (1620 m.n.p.m.) – stąd można iść dalej niebieskim szlakiem na Koprowy Wierch lub obrać szlak czerwony na Rysy.
O ile wcześniejszy fragment trasy – do schroniska przy Popradskim Plesie – nie zachwycał, o tyle tutaj, a jeszcze lepiej w okolicy niewielkiego, drewnianego mostka przerzuconego nad Żabim Potokiem, warto na chwilę przystanąć. W tym miejscu Mięguszowiecka Dolina staje się coraz węższa, a na szczególną uwagę zwraca znajdujący się po lewej ręce Satan (Szatan, 2422 m.n.p.m). Krajobraz jest tu bardzo urozmaicony: Żabi Potok spływa z półki skalnej – przez którą notabene prowadzi czerwony szlak – po porozrzucanych w nieładzie głazach; wokół króluje intensywna, ciemna zieleń niskiej kosodrzewiny, a na dalszym planie coraz wyższe, nagie szczyty.
Kolejny etap wspinaczki – i tego słowa śmiało mogę już użyć – prowadzi na półkę skalną, na której znajdują się Mały i Wielki Staw Mięguszowiecki. Na krótkim odcinku trzeba pokonać około 300 m przewyższenia po trudnym terenie. Za każdym razem, gdy już wydawało mi się, że zaraz zobaczę jeziorka, okazywało się, że odnosiłem błędne wrażenie i nie pozostało nic innego, jak drałować dalej. Gdy już w końcu udało się pokonać granicę 1900 m.n.p.m i dotrzeć w okolice Mięguszowieckich Stawów, oczom ukazał się zupełnie inny widok, niż wcześniej: krajobraz przypominał inną planetę lub Księżyc; o godzinie 7:00 promienie słoneczne nie dochodziły jeszcze w te okolice, co sprawiało, że przeważały brązowo-szare kolory. Nagie skały i rumowiska kamieni; gdzieniegdzie małe pola niskiej trawy i mchu, które w tym świetle nie wyróżniają się zielenią – zupełnie inaczej wygląda to po południu. Ciekawy kontrast dawała oświetlona Grań Baszt, z najwyższym Szatanem. W okolicy jezior spostrzegłem dopiero drugą osobę na szlaku. Brak turystów, cień rzucany przez groźne szczyty i zimno kreują atmosferę grozy.
W pewnym momencie pojawia się ruch na ścianach po prawej stronie – na wysokości 2100-2150 m.n.p.m. hasały sobie kozice. Te zwierzęta są niesamowite, warto pooglądać, z jaką lekkością potrafią poruszać się w tak trudnym terenie. Kolejnym przystankiem będzie najwyżej położone w Tatrach schronisko, znajdująca się na wysokości 2250 m.n.p.m. Chata pod Rysmi. Ten odcinek, jako jedyny na całym szlaku jest we fragmencie ubezpieczony łańcuchami. Łańcuchy zostały umieszczone w celu bezpiecznej wspinaczki wielkimi, płaskimi płytami skalnymi, z których bardzo łatwo się ześlizgnąć. Nie jest to jednak według mnie fragment szczególnie trudny technicznie, wystarczy zachować ostrożność. Z płyt wchodzi się znowu na rumowisko głazów, ułożonych na szlaku w stopnie i po niedługim czasie dociera się do schroniska. Tuż przed schroniskiem do skał przytwierdzono drewnianą, rzeźbioną tablicę z napisem „Slobodne Kralostvo Rysy” (Wolne Królestwo Rysy).

Schronisko, zburzone w nieodległej przeszłości przez lawinę śnieżną czynne jest tylko w sezonie. Budynek jest bardzo niewielki, zasadniczo parterowy z niewielkim poddaszem. Zameldowałem się tam około godziny 8.00, całkowicie zmarznięty. Wnętrze bardzo przytulne, przyjemne i co najważniejsze: ciepłe! Postanowiłem nabrać trochę sił przed końcowym odcinkiem drogi prowadzącym na szczyt. Kupiłem duży kubek herbaty, która wyjątkowo mi smakowała, pewnie przez zmęczenie i zjadłem śniadanie. Szersza wzmianka należy się toalecie, która jest do dyspozycji turystów: nie znajduje się ona w samym budynku schroniska, lecz jakieś 5 minut drogi specjalnym szlakiem. Parę metrów przed ubikacją umieszczono tablicę: „STOP! Intimna zona”. Drewniana zabudowa toalety ulokowana została na specjalnym drewnianym podeście zamontowanym na skalnej ścianie. Z zewnątrz, na deskach namalowany został wesoły rysunek przedstawiający górski krajobraz. Dopiero po otwarciu drzwi spotkała mnie największa niespodzianka – momentalnie parsknąłem głośnym śmiechem. Otóż, po zajęciu miejsca na sedesie, konstrukcja wychodka umożliwia podziwianie górskich krajobrazów poprzez dużą szybę znajdującą się przed siedzącym – czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Pewnie nie powinienem tego mówić, ale z perspektywy szlaku, gdy obserwator znajduje się w okolicy Żabich Stawów, widać te „nie-ustronne” miejsce i jeżeli ktoś podziwia widoki przez lornetkę z takiej perspektywy, to jego oczom może ukazać się w pewnym momencie zaskakujący widok...
Według znaków, wędrówka na szczyt powinna potrwać jeszcze godzinę, jednak przy moim tempie oceniłem ją na 45 minut – trafnie zresztą. Najbliższe okolice Chaty pod Rysmi to morze większych lub mniejszych głazów i – co było jednak dla mnie pewną niespodzianką – gdzieniegdzie płaty brudnego, starego śniegu, 16 sierpnia... Największe wrażenie robi widok na Wysoką (2547 m.n.p.m.), której kształt – patrząc z perspektywy drogi powrotnej z Rysów, przypomina szwajcarski Matterhorn, tyle, że nie jest pokryty śniegiem.
Mniej więcej po połowie wspinaczki dociera się do przełęczy Waga na wysokości 2340 m.n.p.m. Stąd już niedaleko do szczytu. Ostatni odcinek to dość stroma ścieżka, co do której przebiegu można mieć wątpliwości. Radzę uważać, bo jest bardzo stromo i łatwo zjechać po kamieniach w dół, a to przyjemne nie będzie. Brak łańcuchów.
Tuż przed szczytem mijam tablicę informującą o tym, że przekraczam przejście graniczne Rysy-Rysy. Na tablicy pełno polskich wlepek, co bardzo mnie denerwuje. Niektórzy ludzie chyba nigdy nie będą zdolni do uszanowania czegokolwiek. Jestem w Polsce. Około godziny 9:45, przy idealnej pogodzie – czyste niebo - docieram na szczyt (2499 m.n.p.m.), na którym już urzęduje około 15 osób (czyli niewiele). Panorama powala na kolana! Znakomite widoki w każdą stronę. Patrząc na polską stronę, duże wrażenie robią Czarny Staw i Morskie Oko, a z racji, że wszystkie góry po polskiej stronie są niższe, panorama jest bardzo rozległa; wrażenie jest takie, jakby człowiek podziwiał to z okien samolotu. Co innego widok na słowacki obszar Tatr – tutaj piętrzą się kolejne pasma, których końca nie widać. Bardzo interesujący wydał mi się kolor nieba na tej wysokości – był wyraźnie coraz ciemniejszy, niemalże granatowy. Patrząc na linię horyzontu, bardzo dobrze widoczna była biała warstwa atmosfery na styku niebieskiego nieba i lądu – czeoakiego nie zaobserwowałem wcześniej, podziwiając widoki z ponad dwutysięcznych szczytów – niesamowite wrażenie. Śmiało mogę powiedzieć, że była to najpiękniejsza panorama, jaką w życiu widziałem...
Nie każdy wie, że Rysy mają dwa wierzchołki: graniczny, polski (2499 m.n.p.m) oraz wyższy, słowacki (2503 m.n.p.m), na który szlak nie prowadzi. Jako, że oba wierzchołki dzieli około pięciu minut drogi, postanowiłem przypuścić atak na wysokość przekraczającą 2,5 kilometra ponad poziomem morza. Oczywiście, należy zachować szczególną ostrożność! Teoretycznie, najprościej iść po najmniejszej linii oporu, czyli najkrótszą drogą, ale też i niebezpiecznie stromą, prawie pionową, na którą nawet ja się nie zdecydowałem. Ja polecam w miarę bezpieczną, lekko okrężną trasę intuicyjną. Wejście nie stanowi problemu, szczególnie dla wysokiej osoby, jak ja, gorzej z zejściem, tu trzeba uważać, bo stopnie skalne są wysokie i niewygodne. Na słowackim wierzchołku zasiadłem sam, ale nie odniosłem wrażenia, że jestem wyżej od turystów siedzących nieopodal na granicznym. Wielka satysfakcja – sam wszedłem ponad 2500 m.n.p.m.
Na szczycie było ciepło i zaczęło zbierać się coraz więcej ludzi. Po zejściu do schroniska trudno było znaleźć miejsce siedzące. W końcu udało się i zamówiłem gulasz. Muszę powiedzieć, że jedzenie jest wyśmienite i za niewygórowaną cenę. Nie pamiętam dokładnie, ile zapłaciłem, ale byłem pod wrażeniem. Tam powinno być strasznie drogo, bo zaopatrzenie donoszone jest na nogach przede wszystkim tragarzy, rzadziej turystów. Mimo tego, ceny były bardzo przystępne. Zakupiłem dodatkowo kilka pocztówek i podbiłem je pieczątkami ze schroniska, na dowód, że tam rzeczywiście byłem.
Wypada wspomnieć w kilku zdaniach o tragarzach. Ci ludzie są niesamowici! Z powodu regularnych treningów na siłowni, uważam się za osobę obdarzoną większą siłą niż przeciętny zjadacz chleba, ale tragarze są lata świetlne do przodu. Na specjalnych stelażach potrafią wnieść ciężar do 100 kg, co w górskim terenie wymaga nie lada umiejętności. Dwóch z nich widziałem podczas schodzenia z Rysów, a ich zadanie było o tyle utrudnione, że nie mogli poruszać się częścią szlaku z łańcuchami – było tam zbyt niebezpiecznie – lecz ścinali szlak po głazach, nieprawdopodobne... Wielki szacunek dla tych ludzi.
Droga powrotna przebiegała bez pośpiechu, a na szlaku mijałem coraz więcej osób i robiło się tłoczno. Jak to bywa w Tatrach, wraz z upływem czasu przybywało chmur na niebie. Na parkingu melduję się około 18.00. To był bardzo udany dzień, jedna z najbardziej udanych wycieczek. Chciałbym kiedyś wrócić na Rysy, ale tym razem zaliczę podejście od polskiej strony – te bardziej wymagające.

Konno przez dolinę Viñales
Wyprawa tygodnia Konno przez dolinę Viñales

O poranku zostawiłam za sobą podniszczone kamienice Hawany i wyruszyłam na łono natury. Po opuszczeniu gwarnej stolicy, krajobraz zupełnie się zmienił. Ulicami ciągnęły stare ciężarówki, konne zaprzęgi, a nawet woły, które człapały z wolna.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.