Wasze wyprawy

Trekking do Ghorepani i Poon Hill

Ciężka i wilgotna mgła w drodze na Ponn Hill.

fot.: Asia_Jokiel

Ciężka i wilgotna mgła w drodze na Ponn Hill.
Trekking na Poon Hill w rejonie Annapurny jest świetną alternatywą dla długich wypraw z plecakiem. W trzy dni można dojść do jednego z najwspanialszych punktów widokowych w Himalajach.

Nie każdy kto w Nepalu ma ochotę wybrać się w góry musi od razy wyruszać na kilkunastodniową wyprawę. Region Annapurny cieszący się od wielu lat największą popularnością wśród przyjezdnych, obfituje w wielość tras zarówno dla tych bardziej i mniej przygotowanych turystów. Jedną z najpopularniejszych krótkich, bo zaledwie kilkudniowych, wycieczek w regionie jest szlak prowadzący do Ghorepani i dalej na Poon Hill – jeden z najsłynniejszych punktów widokowych w całych Himalajach.

Z Poon Hill, którego najwyższy punkt to 3200 m n.p.m., rozciąga się niczym nieprzesłonięty, panoramiczny widok na Dhaulagiri oraz cały masyw Annapurny z wyraźnie zaznaczonymi szczytami. Poon Hill jest łatwo osiągalne. Wystarczy z Pokhary, największego po Kathmandu miasta w Nepalu, dojechać taksówką lub lokalnym autobusem do Naya Pul lub Birthenati, by w niecałe trzy dni spaceru znaleźć się na miejscu. Znajdująca się pod szczytem osada Ghorepani oferuje szeroki wybór zakwaterowania. Znajdziemy tu zarówno proste schroniska, jak i ogromne hotele przypominające komunistyczne koszmarki z Zakopanego. Sama trasa jest raczej prosta, aczkolwiek zawiera wymagające podejście po niekończących się kamiennych schodach, których jest na pewno kilka tysięcy. Nie mniej, jeśli jesteśmy w Nepalu tylko przez kilka tygodni i nie mamy zbyt wiele czasu, trasa do Ghorpani i Poon Hill będzie idealną namiastką dłuższej wyprawy.

 

Oto zapis mojej wycieczki na Poon Hill dzień po dniu.

 

Startujemy w Birthanti, dokąd dojeżdżamy autobusem z Pokhary. Jest to niewielkie, ale bardzo żywe miasteczko. To tutaj zaczynają się i kończą najważniejsze trekkingi w regionie. Już na samym początku musimy zarejestrować swoje bilety oraz karty turysty w specjalnym punkcie kontrolnym. Takich punktów po drodze będzie wiele: władze Parku Narodowego dzięki temu na bieżąco monitorują bezpieczeństwo turystów  Małe kamienne domki i wąskie uliczki wyłożone kamieniem sprawiają wrażenie, jakby czas zatrzymał się tutaj dawno temu, pewnie aż w średniowieczu. Pierwsze kilometry są bardzo przyjemne. Pogoda jest piękna, świeci słońce i mamy nadzieję, że to najgorsze uderzenie monsunu, które przez ostatnie dziesięć dni zatrzymywało nas w Pokharze, być może już się skończyło. Jest początek sierpnia, nie oczekujemy od pogody cudów, ale jednak żywimy nadzieję, że będzie dobrze (sucho). Prewencyjnie na pierwszą noc zatrzymujemy się w Sudami, niecałe trzy godziny drogi od Birthanti.  Zaczyna padać, a mokre buty już pierwszego dnia trekkingu działają niezwykle demotywująco. Wynajmujemy niewielki pokoik, którego balkon niemalże zwisa nad rzeką. Dwa proste łóżka i niewielki stoliczek to całe wyposażenie, za to z niewielkiej restauracji przez przeszklone ściany roztacza się cudowny widok na dolinę.

Następnego dnia pogoda nie zachwyca, ale spragnieni wrażeń i tak ruszamy w drogę. Powietrze jest niezwykle wilgotne, wszędzie unosi się para i pomimo, że nie pada, to w kilka minut jesteśmy cali mokrzy. Przez Hille (1510 m), niewielkiej osady w środku lasu, docieramy do Tikhedhunga (1540 m), które jest jedną z najpiękniejszych miejscowości górskich jakie widziałam w życiu. Cała wioska zawieszona jest na skałach nad rwącymi wodami rzeki Bhurungdi Khola i jej dopływami. Wszędzie słychać huk spadającej wody, a główne drogi we wsi to w większości podwieszane mosty. Styl tutejszych budyneczków –  ich spadziste dachy, rzeźbione ramy w niezliczonej ilości okien, ozdobne framugi -  nie wiem dlaczego, ale przypomina mi nasze rodzime Sudety. Bardzo nam się podoba, ale jako że jest wcześnie rano ruszamy dalej. Czytam w przewodniku Lonely Planet, że przed nami ponad 3300 kamiennych stopni do Ulleri (2080 m), które znajduje się w połowie podejścia do Ghorepani. Przestraszona liczę parokroki  przez całą drogę na górę i faktycznie – zgadza się. Przez cały czas pada tak strasznie, że na miejsce docieramy przemoczeni do suchej nitki, an gdyby nie przeciwdeszczowe poncza chroniące nasze plecaki – nic by się nie uratowało. Kamienne schody zamieniają się w wodospad. O dziwo nie ma pijawek, chociaż wszyscy nas przed nimi przestrzegali. Pijawki w Nepalu to pewnego rodzaju legenda, którą straszy się naiwnych turystów, opowiadająca o ich żarłoczności.

Jako że Ulleri okazuje się być uroczym miejscem, aczkolwiek nieco wymarłym poza sezonem, zostajemy tam kolejny dzień przygotowując się psychicznie do dalszej wspinaczki do Ghorepani (2750 m).  Ulleri zamieszkane jest przez lud Magar, który stanowi około 8% populacji mieszkańców Nepalu. Maja oni tybetańsko-birmańskie korzenie i zamieszkują  zachodnie i południowe stoki Dhaulagiri, oraz obszar na wschód od rzeki Gandaki. Ich wioski łatwo rozpoznać po niskich, dwukondygnacyjnych domkach pokrytych czerwoną gliną.          

W dalszej część szlaku krajobraz zmienia się całkowicie, pola uprawne ustępują rododendronom, a cały las ma w sobie bajkowy charakter. Unosi się mgła, ciemna zieleń spowija nas lekkim mrokiem, wszędzie rosną mchy i paprocie. Nad rzeką w okolicach Nangathanti pijemy herbatę w niewielkiej herbaciarni (tea house), jak nazywa się maleńkie, drewniane przydrożne budki, w których podawane jest proste jedzenie i herbata. Pijemy doskonałą masala tea przygotowaną przez małżeństwo osiemdziesięcioletnich staruszków mieszkających na tym odludziu, wśród szumu rzeki i tysięcy ptaków. Jest cicho, nie ma żadnych innych turystów, pogoda monsunowa odstrasza większość, co daje nam unikatową szansę obcowania z tą dziką przyrodą sam na sam. Masala tea jest pyszna jak nigdy. Jest to herbata zaparzona w gorącym mleku, z ogromną ilością cukru i dodatkiem indyjskiej mieszanki przypraw – masali, która zawiera wszystkiego po trochu: od cynamonu, przez kardamon, na czarnym pieprzu skończywszy. Jest słodka, ostra, tłusta od świeżego mleka i pachnąca, dodaje energii i krzepi lepiej niż niejeden batonik. To jest moje codzienne menu: na śniadanie smażony na głębokim oleju tybetański chleb z miodem i dżemem, w południe jakaś pożywna zupa, wieczorem tradycyjny napalski dal bhat składający się z różnych rodzajów curry, pikli i ryżu, a do tego morze masala tea przez cały dzień. Jem jak miejscowi i może dlatego jestem w stanie z uśmiechem na ustach wytrzymać te paskudną pogodę. Ciągle pada. Wbrew mojej cichej nadziei pojawiają się pijawki. Na szczęście nie ma ich zbyt wiele, a my idąc po wielkich płaskich kamieniach jesteśmy w stanie dostrzec je w sama porę.

Kiedy wreszcie docieramy do Ghorepani nic nie widać. Nawet wspinaczka o kolejne sto metrów do Upper Ghorepani (2870 m) nie wydobywa nas spomiędzy gęstych chmur. Zamiast obiecanych widoków na masyw Annapurny, głębokie doliny i strzeliste szczyty, widać jedynie białą jak mleko mgłę, która spowija wszystko. Jest to niezwykle deprymujące i zamiast ruszać od razu na pobliskie Poon Hill, odległe zaledwie o godzinę drogi od Ghorepani, postanawiamy poczekać na lepszą pogodę, najlepiej o świcie – wiadomo przecież, że w monsunie wcześnie rano niebo się otwiera, a chmury rozstępują. Nie ma sensu pokonywanie kolejnych kilometrów pod górę, jeżeli nie zostaniemy za to nagrodzeni. Zamierzamy dać pogodzie szansę na rehabilitację - jest pora monsunowa, trzeba być cierpliwym. W Ghorepani czekamy trzy dni. Nie ma tu za bardzo co robić. Są otwarte dwa skromnie zaopatrzone sklepy sprzedające ciasteczka, chipsy, używane książki i piwo w niewyobrażalnej cenie 6$ za butelkę.  Poza tym wszystko jest pozamykane, choć w sezonie to miejsce na brak turystów z całą pewnością nie może narzekać, sądząc po naprawdę rozwiniętej bazie noclegowej. Jednak pojedynczym, zabłąkanym turystom tych kilka otwartych schronisk w zupełności wystarczy: kuszą one rozpalonymi kozami i pysznym jedzeniem. Nasze ubrania schną, a ja spędzam czas czytając książki i patrząc przez ogromne okna w dal, próbując coś dostrzec przez mgłę.

Trzeciego ranka niebo się nieco otwiera, zaczynamy dostrzegać kontury doliny, a później już widok zapiera nam dech w piersiach. Patrzymy na wielkie Himalaje, większe i bliższe niż kiedykolwiek. Widzimy Dhaulagiri I (8167 m), dalej Tukuche, Nilgiri, Annapurnę South, Annapurnę I (8091 m), Hinchuli i Tarke Kang. Niestety, zanim udaje nam się zebrać i ruszyć do punktu widokowego na Poon Hill, mgła ponownie opada, a my pozostajemy pełni niedosytu, niedowierzając, że za tą białą chmurą ukryte są takie skarby. Takie jest ryzyko trekkingów w porze deszczowej. Jest cisza, spokój, niskie ceny, ale żeby coś zobaczyć trzeba mieć czas i optymistyczne nastawienie, w razie gdyby mgła jednak się nie rozstąpiła nawet na sekundę.

Nie czekamy dłużej, zdając sobie sprawę, że początek sierpnia to być może nie jest najlepszy czas na wizytę w Poon Hill. Schodząc w dół ruszamy w dalszą trasę aż do Jomsom i świątyń Muktinath w regionie Mustang, gdzie nie będzie już deszczu, a jedynie górska, skalista pustynia. Większość turystów jednak obiera drogę powrotną do Pokhary, zamykając swój trekking w zaledwie kilku dniach. Kierują się najpierw do Tadapani (2710 m) i wioski Ghandruk, która jest drugą w Nepalu, największą po Siklis, osadą ludu Gurung. Są to ludzie o tybetańsko-birmańskich korzeniach, zamieszkujący południowe stoki masywu Annapurny w okolicach Pokhary. Wkraczając do kraju Gurungów nie można się pomylić: ich kobiety noszą piękne, ozdobnie rzeźbione kolczyki w nosie, a szyje przyozdabiają charakterystycznymi naszyjnikami z ciężkiego, czerwonego lub pomarańczowego koralu.

Z Ghandruku doskonale widoczny jest słynny szczyt Machhapuchare w kształcie rybiego ogona oraz Annapurna South. Tutaj też szlaki łączą się: można zakończyć przygodę i spokojnie w kilka godzin zejść do Kimche, skąd odjeżdżają autobusy do Pokhary. Można również wejść na szlak prowadzący do Chhomrhong i ruszyć nim w górę, aż do słynnego Sanktuarium Annapurny, lub w dół, gdzie przez Landruk, Tolkę i Pothanę w dwa dni dojedziemy do Phedi oraz głównej drogi samochodowej w regionie. O tej części trasy piszę w artykule dotyczącym trekkingu do Sanktuarium Annapurny.

Pomimo iż pogoda podczas trekkingu na Poon Hill zdecydowanie mi nie sprzyjała, uważam tę część wycieczki za niezwykle udaną. Najważniejszych gór faktycznie nie było widać, wszystko ukryło się skrzętnie za chmurami, jednak możliwość obcowania z niczym nieposkromioną przyrodą wydaje się być warta każdego poświęcenia. Na pewno wejdę na Poon Hill raz jeszcze. Na pewno znowu będzie to poza sezonem, ale tym razem w czerwcu, kiedy pada, ale jeszcze nie tak bardzo.

 

Pozdrawiam

Asia

 

Spokojny i płaski odcinek do Sudami.
Spokojny i płaski odcinek do Sudami.
Tam na horyzoncie powiina być wielkie Himalaje....:)
Tam na horyzoncie powiina być wielkie Himalaje....:)
Las rododendronowy.
Las rododendronowy.
Widoki z Ghorepani.
Widoki z Ghorepani.
Atoklinten - święta góra Samów
Wyprawa tygodnia Atoklinten - święta góra Samów

Jest w górach coś niezaprzeczalnie pięknego i kojącego. Jakaś tajemnicza siła, która pcha nas na sam szczyt, pomimo że ciało odmawia już posłuszeństwa i błaga o odrobinę odpoczynku. Góry niezależnie od swojej wysokości przyciągają jak najlepszy magnes.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody ZPR Media S.A.. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody ZPR Media S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.