Wasze wyprawy

Jedwabnik smakuje jak pszczoła.

Ja i jedwabnik

fot.: Orch73

Ja i jedwabnik
Na ostatni dzień podroży po Chinach zaplanowaliśmy trzy atrakcje. Po pierwsze odwiedzić Wielkiego Sternika Narodu, czyli Mao, po drugie wydać resztę Yuanów w markecie Yaxiu i na koniec zjeść coś na ulicznym targowisku Dong'anmen.

Wycieczka do mauzoleum zajmuje nam całe przedpołudnie. Dostać się przed oblicze Ojca Narodu, a właściwie przed jego mumię, nie jest tak prosto. Przede wszystkim trzeba odczekać swoje w długiej kolejce. Miliony Chińczyków przyjeżdżają do Pekinu, aby oddać pokłon Mao, który jest lepiej strzeżony niż lotnisko. Pierwszą kontrolę bagażu przechodzi się wchodząc na Plac Tiananmen. Potem trzeba odstać się w kolejce, która wolno, ale sprawnie, posuwa się między żółtymi taśmami wyznaczającymi kierunek do wejścia. Taśmy wiją się jak wąż, ludzie przesuwają się wolno, a w tym czasie tajne służby obserwują wszystkich wyłapując i wyrzucając poza kolejkę podejrzane osoby. Kolejna kontrola jest na wejściu na teren samego mauzoleum. Tam nie można wnieść prawie niczego. Kobiety nie mogą mieć torebek, panowie plecaków, nie można wnieść aparatów fotograficznych, a komórki muszą zostać oficjalnie wyłączone na oczach strażników. Jedyne co można zabrać ze sobą to pieniądze, by zaraz za bramą, u stojących tam sprzedawców żółtych chryzantem, podobno ulubionych kwiatów Mao, kupić ich kilka i potem złożyć wśród pokłonów przed pomnikiem Mao w środku mauzoleum. Posuwamy się wolno za tłumem, a atmosfera uniesienia i nam zaczyna się udzielać. We wnętrzach budynku kolejka zwęża się i na koniec idziemy już gęsiego. No i w końcu możemy zobaczyć jednego z najsłynniejszych ludzi na świecie, który kierował milionami obywateli i nawet 80 lat po swojej śmierci dalej wzbudza ogromne emocje. Mao leży w szklanej skrzyni, na postumencie, zakryty do piesi czerwoną flagą z sierpem. Jego twarz ma niemalże rumieńce, wygląda na zdrową, jakby Mao spał na przedpołudniowej drzemce, a nie spoczywał tu na wieki. Nie ma możliwości sprawdzić, czy mumia jest prawdziwa, czy to tylko mistyfikacja, nikt nie jest dopuszczony do tej tajemnicy, a my możemy poświęcić jej tylko jedno spojrzenie, popychani przez strażników i następnych chętnych do oglądania.

Po wyjściu z mauzoleum, na wszechobecnych straganach, można kupić wszelkiego rodzaju pamiątki z wizerunkiem Wielkiego Wodza Narodu. Uff, emocje po wizycie u Mao w końcu opadają i możemy wrócić do przyziemnych spraw, i kolejnych punktów z naszego programu.

Linią numer 10 dojeżdżamy do stacji metra Tuanjiehu, gdzie najlepiej wysiąść, aby dostać się do marketu Yaxiu. Market to pięciopiętrowy dom towarowy, gdzie są setki sklepików z wszelakimi dobrami. Trudno ocenić czy sprzedawane tam rzeczy to oryginały, metki mają, wyglądają nawet ładnie, ceny nie są niskie, ale też nie zabójczo wysokie. Na wszelki wypadek trzeba się targować, aby nie zostawić tam za dużo pieniędzy. Przez 4 godziny chodzimy po wszystkich piętrach i nie możemy się zdecydować, co kupić. Czy coś na pamiątkę, czy użytecznego, czy ubranie, a może przedmiot. W końcu decydujemy się na rzeczy z każdej kategorii i wydajemy prawie wszystkie pieniądze, zostawiając sobie tylko trochę na jutrzejszy dojazd na lotnisko i na dzisiejszą kolację.

No właśnie, dzisiejsza kolacja. Z premedytacją wybieramy specyficzne miejsce - targ na ulicy Dong'anmen, czyli stragany, gdzie można kupić smażone rozmaitości: skorpiony, pająki, larwy, latające myszy, kraby, krewetki, ośmiornice. Są też bycze i baranie penisy, jądra, flaki, a na deser smażone lody i karmelizowane owoce. Z Darkiem decydujemy się na najmniej ohydnie wyglądające larwy pszczoły. Zjadamy po dwie. Już wiemy, jak smakuje chityna smażona na głębokim tłuszczu. Zachęceni naszym osiągnięciem i niezrażeni smakiem podchodzimy do większej zdobyczy – larw jedwabnika. Są one tak duże, jak męski kciuk. Darek zaczyna jako pierwszy. Na pytane, jak smakuje jedwabnik, odpowiada, że smakuje jak pszczoła. Potwierdzam. Niestety potem do końca dnia odbija się nam chityną. Próbujemy jeszcze ośmiornicy i smażonych lodów. 3 gałki kładzie się na grzance i okłada pianą z białek. Potem wrzuca się całość na głęboki tłuszcz i czeka, aż białko się zetnie. No nie są to kulinarne wyżyny, wolę tradycyjne, zimne lody.

Robactwo w tak małej ilości jaką przyjęliśmy, nie syci, więc wpadamy na pomysł, aby po powrocie do domu spróbować jak największej ilości chińskich owoców. Próbujemy więc mangostan – bardzo dobry, karambolę – trochę kwaskowa, ale z plastikowym posmakiem, kaki – wygląda i smakuje jak bardzo słodki pomidor, duriana – to podobno najbardziej śmierdzący owoc, ale za to afrodyzjak, niestety w smaku nam nie odpowiada, dla nas to połączenie czosnku ze śmierdzącym, zepsutym serem pleśniowym. Mamy jeszcze krótkie banany i kokosa, którego nie wiemy jak otworzyć i ostatecznie zabieramy do Polski.

Plan wykonany w 100%, ale czy dane nam było wrócić do kraju? Odpowiedź w kolejnej relacji.

Na targowisku - same smakołyki
Na targowisku - same smakołyki
Penisy, jądra i nereczki
Penisy, jądra i nereczki

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.