SŁOWENIA

Słowenia - atrakcje dla miłośników przygody!

Radosław Żydonik, 17.04.2019

Vintgar w Słowenii

fot.: Radosław Żydonik

Vintgar w Słowenii
Nie trzeba ani doskonałej kondycji, ani nawet butów, żeby przebyć najpiękniejszy szlak Alp Julijskich w Słowenii. Atrakcje tego miejsca porywają! Wystarczy wskoczyć do rzeki Soczy i płynąć z nurtem przygody.

Co ten chłopak wyprawia?! Wciskam hamulec na widok postaci stojącej na krawędzi wysokiego mostu. – Wszystko w porządku? – wołam, wyskakując z samochodu. W odpowiedzi młodzieniec wysuwa palce stóp poza skraj przęsła. Przepaść ma 17 metrów. Dwie sekundy lotu w pełne głazów koryto rzeki Soczy. Desperat splata ręce ponad głową, zgina kolana… – Czekaj! – krzyczę. Za późno. Chłopak rzuca się w spienioną otchłań. Nie słychać plusku, tylko wszechogarniający szum wody. Dobiega ze wszystkich stron, przechodzi w łoskot. Zaraz, zaraz... to nie rzeka. To oklaski! Dopiero teraz dostrzegam ludzi. Siedzą na kamieniach, wyglądają z okien domów. Wszyscy biją brawo. Patrzę w dół i wyławiam wzrokiem bohatera. Płynie między sterczącymi głazami. Po chwili gramoli się na brzeg i podnosi ręce w geście triumfu. A na przęsło wchodzi kolejny śmiałek.

NA TEMAT:

Słowenia - atrakcje w rzece adrenaliny!

Nie ty pierwszy dałeś się nabrać – śmieje się Ljubo, kajakarz górski, oklaskując kolegę, który dał właśnie widowiskowego nura z kamiennego mostu, będącego dumą Kanal, miasteczka w Słowenii. – Skaczemy tu od dziecka – dodaje, sięgając po nalewkę z poziomek. – Najpierw na nogi, potem na główkę, aż w końcu salta czy korkociągi. Woda zimna jak diabli, ale w sercu prawdziwy ukrop. Spróbujesz? – odsuwam się gwałtownie. – Nie mówię o skakaniu – chłopak szczerzy się w uśmiechu – ale o nalewce. Z domowej piwniczki, robota mamusi, doskonała! Zawsze popijam ją z turystami po wypadach w teren. Działam w międzynarodowej paczce. Kilku Słoweńców, a poza tym Czesi, Chorwaci, Anglicy. Doborowe towarzystwo przewodników i trenerów. Wszyscy na zabój zakochani w Słowenii i jej atrakcjach. I trudno się dziwić, rozejrzyj się – chłopak wskazuje dłonią przesłaniające horyzont granie Alp Julijskich. – Od masywu Triglav przez jezioro Bohinjsko aż do Novej Goricy przy granicy z Włochami. Sto kilometrów przygody! Tysiące wodospadów, rzek i skalnych rynien z ciurkającą wodą. Północno-zachodnia Słowenia to jeden wielki aquapark pod gołym niebem. A największą frajdę daje Socza – wzdycha, patrząc na przetaczający się pod nami turkus. – Z moją grupą na tej rzece możesz zrobić wszystko. Pierwszy raz widzisz górski kajak? Wskakuj, nauczymy cię, jak lawirować między skałami. Wolisz ponton? Zapraszamy na rafting z postojem na skoki z głazów. Za mało adrenaliny? Może więc zjeżdżanie rynnami wodospadów? Tak sobie wyobrażam niebo – canyoning przez całą wieczność!

Słowenia - atrakcje
Słowenia - Socza widziana z zabytkowego mostu Napoleona obok miasteczka Kobarid. Szmaragdowy kolor rzeka zawdzięcza minerałom zawartym w zalegających na dnie skałach. / fot. Radosław Żydonik

Słowenia - na łeb na szyję!

– Co mnie podkusiło? – pytam się w duchu, dyndając na linie ponad przepaścią. Woda zalewa mi usta, wdziera się do oczu. Mam wrażenie, jakby rzeka stanęła w pionie i ciągnęła mnie w dół całą mocą żywiołu. Ljubo krzyczy coś znad krawędzi wodospadu. Równie dobrze mógłby pisać do mnie listy. Ryk wody zagłusza słowa. Szczęśliwie w sukurs przychodzi podświadomość. „Pamiętaj o nogach!” – odzywa się głos w tyle głowy. – „Złączone razem i lekko ugięte wyjdą cało w zetknięciu z przypadkową skałą”. Ową złotą zasadę canyoningu Ljubo powtarzał niczym mantrę przed pierwszym skokiem w kaskadę. Patrzę na rozrzucone stopy. Wszystko jasne! Za klasyczny szpagat, w jakim zastygłem, miałbym w kieszeni olimpijskie złoto w gimnastyce. Krzyki z góry to jednak nie aplauz, ale ostrzeżenie. Pal licho wyimaginowany medal. Celem jest bezpieczne lądowanie. Natychmiast złączam kolana. W odpowiedzi Ljubo zwalnia zaczep liny. Nie ma odwrotu. Spadam z impetem w ciemną szczelinę z nadzieją, że skrywa naturalny basen. Sekunda, dwie... nagle uszy wypełnia bulgot, a piersi euforia. Udało się! Termiczna pianka wypycha mnie na powierzchnię jeziorka. Przecieram oczy. Co to takiego? Nade mną niczym wahadło kołysze się wielka kropla. Po chwili nieruchomieje i... – Juuupiii! – spada tuż za mną, zamieniając się w tryskającą śmiechem fontannę. Kropla okazuje się ośmioletnią Ivanką z Czech. – Mamo! Nie bój się, jest ekstra! – krzyczy, unosząc głowę. Oczy wędrują w dół, śledząc spadający punkt. Kolejna fontanna i wkrótce mama ląduje w objęciach córki. – Jutro zróbmy to jeszcze raz, proszę, zabytki są takie nudne – sapie mała kaskaderka, wdrapując się na skałę. Siada na granitowej półce niczym na krzesełku w amfiteatrze natury. Zamiast przedstawienia – kolejne skoki.

Słowenia - atrakcje z widokiem na góry

Najpierw grupa studentów ze Szwecji, potem para z Australii, stawkę zamyka emeryt z brzuszkiem. – Pan Kovač ślizga się z nami już ósmy raz – mówi Ljubo na finiszu przygody, w miejscu, gdzie wodospad Sušec zamienia się w leniwy strumyk kończący żywot w nurcie Soczy. – Trasa nie jest wymagająca. Kilkanaście zjazdów i skoków, w sumie dwie godziny zabawy. No, chyba że komuś wciąż za mało – Ljubo śmieje się, zerkając na pana Kovača, który dziarsko zmierza w stronę grupki amatorów raftingu. Wkłada kamizelkę, chwyta wiosło. – Jazda! – woła i rozpoczyna walkę z wartkim nurtem. – „Forward!” (naprzód). „Backward!” (do tyłu) – dudnią komendy instruktora odbite echem od ścian wąwozu. Ponton podskakuje na kamieniach, przez chwilę kręci się złapany w wir, w końcu rozpędza na stopniach kaskady. – Momentami płynie się naprawdę szybko. Dzieciaki to uwielbiają – mówi Ljubo, wskazując sunącą rzeką grupkę maluchów. Zaciśnięte na pagajach dłonie rozbryzgują turkus. Za zakrętem hamowanie i desant do wody. Instruktor odwraca ponton, opiera o głaz. Ślizgawka gotowa. Można się turlać, zjeżdżać głową w dół. Pod niebo wzbija się radosny pisk. – A nie mówiłem? Nic nie pobije Soczy – śmieje się Ljubo. – Ale nie myśl sobie, że rzeka nie ma konkurencji. Widzisz te skały? – wskazuje wychylające się ponad drzewa granitowe bloki. – To Senica, znakomity teren wspinaczkowy z bajecznym widokiem na Alpy Julijskie. Jedno spojrzenie i z miejsca chcesz ruszać w wysokie góry. Szlaki wychodzą znad jeziora Bohinjsko, jednak są dość forsowne. Trzeba dwóch dni, żeby wdrapać się na Triglav. Ale jest alternatywa. Zamiast gramolić się na najwyższy szczyt Słowenii, można postawić stopę w najniżej położonym punkcie Parku Narodowego Triglav. – Nie słyszałeś o wąwozie Tolmin? – Ljubo patrzy na mnie ze zdziwieniem. – Brachu, to perełka alpejskiej przyrody. W dodatku leży rzut kamieniem od Soczy.

Słowenia - atrakcje
Słowenia - w położonym nad Soczą miasteczku Kanal często można spotkać śmiałków skaczących do rzeki z mostu / fot. Radosław Żydonik

Atrakcje Słowenii - Dante i moc poziomek

Dłonie zaciskam na kierownicy, stopę wbijam w hamulec. „Zakręt w lewo, zakręt w prawo, zakręt, zakręt, po stokroć zakręt”. Rzut kamieniem okazuje się upiorną serpentyną przyprawiającą o zadyszkę lektora z nawigacji. Jeszcze pięć kilometrów, trzy, dwa... Na finiszu asfalt zwęża się i kończy na leśnym parkingu. Trzaskają drzwi samochodu, wchodzimy na drewnianą kładkę. Zawieszona na linach, kołysze się i trzeszczy złowieszczo. Iść dalej? Zawracać? Ljubo ma w nosie podobne dylematy. Kroczy bez obaw w gardziel wąwozu. Po chwili świat przestaje się kołysać. Kładka zamienia się w wydrążoną w skale dróżkę. Smugi słońca przewiercają półmrok. Dziwne: choć ze ścian sączą się lodowate strużki, czuję ciepły podmuch. – To gorące źródło – wyjaśnia Ljubo i wskazuje strumień, który chlusta z wyłomu wprost do rzeki dudniącej na dnie wąwozu. – Ale nie myśl o kąpieli – wzdryga się. – To kocioł pełen wirów. Najwięcej jest ich w miejscu, gdzie rzeka łączy się z górskim potokiem. Widzisz tamtą kipiel? – milknie, wpatrując się w dwa szmaragdowe nurty, które napierają na siebie w mglistej kurzawie. Trudno oderwać od nich wzrok. Mają jednak zjawiskową konkurencję – zakleszczone w rozpadlinach głazy, pieczary kryjące labirynty. Serce wąwozu to świat żywcem wyjęty z mrocznej baśni braci Grimm. Nic dziwnego, że wyobraźnia miejscowych górali skolonizowała go zastępem demonów wyspecjalizowanych w zwodzeniu podróżnych. – Na początku XIV w. bawił w okolicy Dante Alighieri – opowiada Ljubo, gdy przez Diabelski Most wracamy na parking. – Cudem zdołał wydostać się z leżącej nieopodal jaskini, do której wszedł za radą włoskiego patriarchy Pagano della Torre. Ponoć najadł się takiego strachu, że wyjątkowo zgrabnie opisał później piekło w „Boskiej komedii”. Zawsze powtarzam: grunt to dobry przewodnik – Ljubo stuka się palcem w pierś. – Też pomysł! Ciągać poetę po jaskiniach... Ja bym zabrał go nad Soczę. Gdyby spróbował wodnych szaleństw, inaczej nazwałby kręgi raju w swoim poemacie. Pierwszy – canyoning, drugi – rafting... – śmieje się, podając mi bu - telkę. – Nie zapominaj o skokach z mostu – dodaję, po - ciągając łyk ognistego trunku. – Dałby się namówić za odrobinę tej nalewki z poziomek. W końcu ma coś z jego słynnej komedii. Jest naprawdę boska.

Polub nas na Facebooku!

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.