Wasze wyprawy

Albania, kraj otwartych ludzi.

Berat widziany z twierdzy na szczycie.

fot.: oldziejp

Berat widziany z twierdzy na szczycie.
Albania staje się coraz popularniejszym kierunkiem letnich wyjazdów. Pomimo tego nie wkroczyła tu jeszcze masowa turystyka. Zachwyca pod wieloma względami, ale nas najbardziej urzekła przyroda i mieszkańcy. Są weseli, pokojowi i otwarci na obcokrajowców.

Stoimy z Asią przy autostradzie z Durres’u w kierunku miejscowości Lushnja i próbujemy złapać stopa. Jest to jeden z trzech odcinków autostrady w Albanii, chociaż słowo „autostrada” jest tu pewnym eufemizmem. W poboczu brakuje pokryw na studzienkach kanalizacyjnych, na pasie zieleni koza szczypie trawę, a prawą stroną jezdni poruszają się zarówno rowery, jak i pędzone przez pastuszków zwierzęta. Oprócz starych, zdezelowanych samochodów, co chwilę z dużą prędkością mija nas nowiutki mercedes, audi lub inne „wypasione” auto. W czasach komuny osoby prywatne nie mogły posiadać samochodów, dlatego dziś nowe auto stało się dla Albańczyków najważniejszym dobrem konsumpcyjnym, kupowanym nieraz na wieloletni kredyt, a ilość myjni samochodowych niemal dorównuje ilości sklepów spożywczych. Na autostradzie - jaką by nie była - stopa łapać nie można i po kilku minutach zjawia się koło nas policjant. Tłumaczy coś po albańsku, a my udajemy, że nie mamy pojęcia o co mu chodzi i pokazujemy na mapie Lushniję i kierunek. Po kilku minutach policjant zrezygnowany odwraca się, wyjmuje lizak… i sam zatrzymuje nam stopa.

Albania – autostopowy raj

Zastanawialiśmy się dokąd udać się na dwa wrześniowe tygodnie urlopu i skuszeni opowieściami znajomych zdecydowaliśmy się właśnie na Albanię. Postanowiliśmy polecieć do Tirany, a lot powrotny wykupiliśmy ze Skopje, żeby wracając zahaczyć jeszcze o Macedonię. Poruszanie się autostopem wybraliśmy z kilku powodów. Po pierwsze chcieliśmy się poczuć jak za studenckich czasów, kiedy oboje często podróżowaliśmy w ten sposób. Po drugie chcieliśmy zaoszczędzić kilka dni koniecznych na dojazd i powrót własnym samochodem. Po trzecie autostopem nie zawsze dotrze się tam, gdzie było planowane, ale za to trafia się w różne ciekawe miejsca, do których inaczej by się nie zajechało. Poza tym po drodze poznaje się ludzi, jest czas z nimi porozmawiać i poznać kraj z perspektywy jego mieszkańców.  W przypadku Albanii okazało się to strzałem w dziesiątkę. W czasach komunistycznych był to najbardziej izolowany kraj na świecie. Albania przez wiele lat nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych z żadnym państwem. Dwa kanały państwowej telewizji ustawicznie ostrzegały, że USA i ZSRR chcą się zjednoczyć, żeby zaatakować ten najszczęśliwszy kraj na ziemi, ale nawet ich połączone siły nie dadzą rady pokonać Albanii! Dlatego dzisiaj Albańczycy są bardzo głodni spotkań z obcokrajowcami i chętnie im pomagają. Do tego jak okazuje się, że jesteśmy z Polski ich sympatia jeszcze wzrasta. Mamy podobną mentalność i podobny sposób zabawy. Polaków spotykali na miejscu lub w czasie zarobkowych wyjazdów. „Polonia! Mirek, Zbyszek – super!” mówi nam jeden z kierowców. Zatrzymanie stopa rzadko zajmuje więcej niż 10 minut, a niejednokrotnie nie zdążamy zdjąć plecaków, kiedy kierowca już czeka na nas na poboczu. Da się to odczuć zwłaszcza w mniejszych, oddalonych od turystycznych szlaków miejscowościach. „Jak tu trafiliście? Chodźcie, pokażę Wam moje rodzinne miasto. Spróbujecie naszego koniaku, a skoro macie namiot, to na nocleg zawiozę Was do gaju oliwnego, gdzie będziecie mieć cień, piękny widok i jezioro, żeby się rano wykąpać”.

Kraj kawy i wielu religii

Wszystkie kraje śródziemnomorskie, które poznaliśmy mają tę specyficzną kulturę spotykania się z sąsiadami i znajomymi i spędzania z nimi czasu. Albańczycy nie są tu wyjątkiem - robią to w kawiarniach. Niezależnie czy jesteśmy w centrum miasta, na jego obrzeżach, blokowisku, czy w maleńkiej wiosce, nie sposób przejść 500m żeby nie trafić na jedną z nich. Kawę parzy się w typie włoskim, ale jest chyba jeszcze lepsza niż w Italii. I kosztuje w przeliczeniu ok. 50 groszy. Jeden ze spotkanych Albańczyków, który pracował kiedyś we Wrocławiu w fabryce tłumaczył nam jak niską mamy w Polsce stopę życiową: „Pensja – 600 euro. Kawa – 2 euro. Niedobrze”. Z początku liczyliśmy podwożących nas kierowców, którzy zabrali nas na kawę, ale przestaliśmy, bo robiła tak zdecydowana większość. Po czwartym espresso zastanawialiśmy się, czy w ogóle tego dnia zaśniemy. Kawa zajmuje ważne miejsce zarówno w kulturze Włoch jak i Turcji, które odegrały największą rolę w kształtowaniu dzisiejszej Albanii. To mieszanie wpływów widać również w przypadku religii. W czasach komunistycznych Albania była „pierwszym krajem oficjalnie ateistycznym”, jednak religia przetrwała. Dziś większość mieszkańców to muzułmanie, ale wielu jest również prawosławnych i katolików. W odróżnieniu od reszty bałkanów religia nie przekłada się tu jednak na narodowość i nie stanowi żadnego powodu do sporów. Wielokrotnie słyszeliśmy Albańczyków, którzy byli bardzo dumni z tego, że u nich religie współżyją pokojowo. „Ja jestem muzułmaninem, a spotykam się z prawosławną dziewczyną. W Kosowie byłoby to nie do pomyślenia, a tu nikomu nie przeszkadza”.

Tirana i wybrzeże

Naszą trasę zaczęliśmy od Tirany. Po przylocie dotarliśmy jednym stopem z lotniska do centrum i zameldowaliśmy się w hostelu. Tirana, jak to stolica, różni się od reszty kraju. Tutaj, jak w pigułce, widać historię Albanii od czasów antycznych, poprzez panowanie tureckie, komunę, aż po dzisiejsze, znaczone wieżowcami, zachodnie aspiracje. Centrum nie jest duże.  Żeby je zwiedzić najlepiej załapać się na spacer z przewodnikiem-wolontariuszem (informację skąd i o której rusza wycieczka dostaliśmy w hostelu). Mówiący bardzo dobrze po angielsku, młody chłopak pokazał nam najważniejsze punkty miasta, opowiedział o jego historii i mieszkańcach w 3 godziny. Cena – co łaska. Warto też wybrać się na „cygański targ”, gdzie Europa łączy się z orientem, a ilość kolorów i zapachów zachwyca. Na szczycie najwyższego wieżowca Tirany znajduje się restauracja, która obraca się wokół własnej osi i z perspektywy stolika można podziwiać panoramę całego miasta delektując się wyśmienitą kawą. Na ulicach można posłuchać muzyki i spróbować grillowanych specjałów.

Z Tirany ruszyliśmy na wybrzeże. Albania ciągnie się wzdłuż Adriatyku i Morza Jońskiego - granica między nimi przebiega na wysokości miejscowości Wlora. Chociaż oba mają swój urok, to plaże nad tym drugim podobały nam się bardziej. Można tu znaleźć zarówno nadmorskie kurorty, jak i zupełnie dzikie, oddalone od ludzi zakątki. A między nimi wspinające się na kilkaset metrów przełęcze z niesamowitym widokiem.  Zastanowiło nas czemu w ośrodkach wypoczynkowych, chociaż wszystkie bary i kawiarnie są otwarte, jest tak mało ludzi. Otóż w Albanii na urlop wyjeżdża się  tylko w lipcu i sierpniu. W pierwszej połowie września, mimo bezchmurnego nieba i temperatury oscylującej wokół 30 stopni, mieliśmy altanki z leżakami i całe plaże w kurortach tylko dla siebie. W takiej sytuacji odpuściliśmy słynną i uczęszczaną przez turystów, również w tym okresie, Sarandę.

Berat i kaniony

Berat leżący w centralnej części Albanii nazywany jest miastem tysiąca okien. Spowodowane jest to tarasową zabudową po dwóch stronach rzeki Osum. Piętrzące się nad sobą białe domy, poprzecinane wąskimi uliczkami, ze sterczącymi tu i ówdzie wieżyczkami minaretów wyglądają niesamowicie. Nad całością góruje twierdza z otoczoną murami, w większości opuszczoną, najstarszą częścią miasta. Na głównym deptaku kręci się sporo miejscowych oferujących pokoje z cienistymi tarasami i widokiem na miasto po drugiej stronie rzeki i dachy poniżej. Berat wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO i naprawdę warto poświęcić dzień lub dwa na jego zwiedzanie.

Już w hostelu w Tiranie właściciel polecał nam gorąco kaniony na południe od Beratu w dolinie rzeki Osum. Zostawiliśmy więc na jeden dzień plecaki i pojechaliśmy autobusem do miejscowości Corovoda, gdzie dotarliśmy po 2 godzinach jazdy. Po drodze kierowca zatrzymał się obok rolnika wiozącego na wózku winogrona, wziął dla nas po dwie kiście i ruszył dalej. Z Corovoda można wejść w kanion i przecinając od czasu do czasu szmaragdową rzeczkę delektować się spacerem pomiędzy piętrzącymi się po obu stronach pionowymi ścianami. Żeby zobaczyć koniec kanionu i najciekawsze miejsca można wybrać się z miasteczka jedną z taksówek – koszt w przeliczeniu ok. 100zł. My, pomimo niewielkiego ruchu, postanowiliśmy spróbować szczęścia z łapaniem stopa. Praktycznie od razu zatrzymał się koło nas samochód, a prowadzący go Ramiz, stwierdził, że nie ma w sumie nic ważnego do roboty i obwiezie nas po okolicy. Kanion okazał się jednym z najpiękniejszych jakie widzieliśmy. Po drodze spytaliśmy Ramiza o stojącą przy drodze kolorową kapliczkę z półksiężycem na szczycie.  Wytłumaczył nam, że to kapliczka Bektaszu - religii popularnej wśród części Albańczyków. Jest to odłam islamu, którego wyznawcy ubierają się kolorowo, lubią tańczyć, piją alkohol, jedzą wieprzowinę i nie uznają ramadanu. „U nas jest wiele religii, ale wszyscy żyjemy razem w zgodzie”. Kilometr dalej Ramiz hamuje nagle, jak oparzony wyskakuje z samochodu i pędzi do sklepu spożywczego. Wraca z dwoma zimnymi piwami, które nam wręcza. „Wybaczcie – jest tak ciepło, a Wam na pewno chce się pić. Zupełnie nie pomyślałem.” I jak tu nie poczuć sympatii?

Gjirokastra i góry na południu

Gjirokastra to miasto na południu, swym wyglądem bardzo podobne do Beratu. Tu również spotkamy białą, tarasową zabudowę i górującą nad wszystkim twierdzę. Sporo tu sklepików z pamiątkami i restauracji oferujących wyśmienite jedzenie w niskich cenach. Po trawnikach przechadzają się dostojnie żółwie. Gjirokastra również wpisana jest na listę UNESCO. Niestety nie starczyło nam czasu, żeby wtopić się w miasteczko i poczuć jego klimat.

Naszą albańską pętlę postanowiliśmy domknąć drogą przez góry do miejscowości Korcza i stamtąd, nad Jeziorem Ochrydzkim dostać się do Macedonii. Trochę zaskoczyło nas pytanie jednego z kierowców „A skąd wiecie, że tam jest jakaś droga?”. Na mapie droga narysowana była wyraźnie i nawet miała swój numer jako „krajowa”. Kierowca jednak twierdził, że mieszka tu od urodzenia, ale o drodze przez góry nie słyszał. Cóż, okazało się, że droga jest, ale praktycznie brak na niej ruchu i tylko czasem ludzie z górskich wiosek wybierają się nią do najbliższego sklepu. Do miejscowości Leskovik dotarliśmy dość łatwo, ale tam utknęliśmy na dobre. Po dniu bezowocnego łapania stopa chcieliśmy podjechać autobusem, ten jednak się nie zjawił. Rozbiliśmy namiot na przełęczy z cudownym widokiem, obok jednego z bunkrów. Bunkry to jeszcze jeden ze stałych elementów albańskiego krajobrazu. Są w górach, nad morzem, w szczerym polu i między zabudowaniami. Enver Hodża – komunistyczny przywódca Albanii kazał pobudować ich tysiące, aby móc się bronić, kiedy reszta świata postanowi zburzyć szczęście Albańczyków. Pod wieczór drugiego dnia udało nam się w końcu zatrzymać samochód jadący do Korczy. Droga to kilka godzin wąskich serpentyn i niesamowitych widoków. Raczej dla doświadczonych kierowców.  Z Korczy przez Ochryd udaliśmy się do Skopje, ale Macedonia, to już zupełnie osobna historia…

Podsumowując…

Albania zachwyciła nas swoim śródziemnomorskim klimatem, bałkańskim temperamentem, otwartością ludzi i unikalną kulturą. Na pewno wrócimy tu, choćby po to żeby zwiedzić jej górzystą północ . Ten niedaleki kraj to piękne wybrzeże i góry, starożytne miasta i rzeki idealne na kajaki czy rafting. Albania ma potężny potencjał turystyczny i prędzej czy później go odkryje. Zanim to się stanie warto samemu odkryć ją taką, jaka jest obecnie – piękną, otwartą i nieskażoną konsumpcjonizmem.

GARŚĆ PRAKTYCZNYCH INFORMACJI:

Jak się dostać: Do Albanii można dojechać samochodem, lub dolecieć do Tirany. Koszt biletu w 2 strony to ok. 900zł

Język: Wielu młodych ludzi, zwłaszcza w miastach posługuje się angielskim. Przydatny okazuje się też włoski, którym posługuje się około 16% ludzi.

Noclegi: W większych miastach funkcjonują hostele, a w mniejszych prywatne kwatery – wystarczy popytać. Koszt noclegu to 10-15 Euro za osobę

Poruszanie się samochodem: Albańczycy od stosunkowo nie dawna mają samochody i nie są najlepszymi kierowcami. W zwyczaju jest używanie klaksonu przed wjechaniem w zakręt.

Kiedy: Albańczycy na wakacje jeżdżą tylko w lipcu i sierpniu. Dlatego jeśli chcemy cieszyć się albańskim latem, a jednocześnie ominąć największy ruch, najlepiej wybrać się w czerwcu lub wrześniu.

Kanion rzeki Osum.
Kanion rzeki Osum.
Między blokami w Tiranie starsi panowie grają w domino.
Między blokami w Tiranie starsi panowie grają w domino.
Plaże ze wszystkimi atrakcjami - tylko dla nas.
Plaże ze wszystkimi atrakcjami - tylko dla nas.
W twierdzy w Gjirokastra.
W twierdzy w Gjirokastra.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.