Wasze wyprawy

Albania - kraj smoków

Albania - kraj smoków

fot.: rasiuk

Mówi się, że to najmniej europejski kraj Europy. Mówi się, że to kraj bunkrów i "pełnoletnich" mercedesów. Po powrocie stamtąd wiem jedno - o Albanii mówi się za mało, a przede wszystkim, niesprawiedliwie.

Nad Jeziorem Ochrydzkim zaczął się właśnie nowy dzień. Wczorajsza pogoda nas nie rozpieszczała, zatem ze zwinięciem obozowiska musimy poczekać na więcej słońca, które wysuszy nasz namiot. Tymczasem pada standardowe pytanie - Dokąd dzisiaj? Jezioro Ochrydzkie leży na styku granic Grecji, Macedonii i Albanii. W zasięgu kilkugodzinnej podróży samochodem mamy jeszcze Czarnogórę i Kosowo. Możliwości jest wiele. Ostatnie dni, spędzone w Macedonii, były niewątpliwie przyjemne, ale my czekamy nadal na to coś. Chcemy zostać "powaleni" wrażeniami. Chcemy też przy okazji poleniuchować nad Adriatykiem po kilku dniach intensywnego zwiedzania. Najbliżej mamy do Albanii, ale opinie, jakie zebraliśmy o tym kraju raczej odstraszają. Ech, raz kozie śmierć... Zaryzykujmy.


Granicę przekraczamy bez oczekiwania w kolejce. Czyżby nikt tu nie jeździł? Niezależnie od przyczyny, to miła odmiana, zwłaszcza po granicy serbsko-kosowskiej, która według Serbów w ogóle nie istnieje, w związku z czym przeprowadzają na niej wyjątkowo skrupulatne i długotrwałe kontrole. Ale to temat na osobną opowieść. My wkraczamy do Albanii. Prawie nieanglojęzyczny celnik zapytał całkiem niealbańskojęzycznych nas o kraj docelowy. Widać nawet miejscowi nie wierzą, że ktoś chce po prostu przyjechać do nich. – Planujemy dotrzeć do Czarnogóry, ale wie Pan, jak to jest. Nigdy nie wiadomo dokąd oczy poniosą, a koła powiozą... – chyba nie zrozumiał, ale przepuścił z uśmiechem.


Język albański w zapisie wygląda trochę jak tolkienowski język Mordoru. W brzmieniu jest nieco przyjemniejszy, ale raczej dlatego, że miejscowi bardzo się o to starają. Zresztą przy każdej okazji mam wrażenie, że próbują zaszczepić w nas pozytywny wizerunek swojego kraju. Wszechobecne flagi państwowe dowodzą, że Albańczycy są dumni ze swojej, niewielkiej przecież i raczej biednej, ojczyzny, która u nich nosi nazwę Shqipëria. Oznacza to dosłownie "Kraj Orłów".

 


Z czasem okaże się, że znajomość angielskiego jest tu, wbrew pozorom, całkiem zadowalająca. W restauracji czy na polu namiotowym można się porozumieć z obsługą dużo łatwiej niż np. w Grecji. Zanim się o tym dowiedzieliśmy, na pierwszym postoju za granicą czekało nas jednak trudne lingwistycznie zadanie negocjacji wynagrodzenia dla dwóch chłopców, którzy postanowili koniecznie umyć nasz brudny, brudem dwóch tysięcy kilometrów, samochód. Skończyło się na równowartości 5 euro, wydanej w miejscowej walucie - Lekach. Okazało się nawet, że zrozumieli, iż nie mam drobnych i wydali mi resztę. O paragon nie prosiłem. Korzystając z chwili postoju pożywiliśmy się jeszcze świeżymi, ciepłymi burkami (tutaj funkcjonuje nazwa byrek) z przydrożnej piekarni. Posiłek prosty, ale jak zawsze, rewelacyjny – kto był gdziekolwiek na Bałkanach, ten z pewnością wie.


Zatem z nowymi siłami podążamy naszym odświeżonym pojazdem na zachód, w stronę Adriatyku. Droga jest lepsza niż się spodziewaliśmy. Nie ma dziur, fragmentami bywa dwupasmowa, za to dużo zakrętów i trzeba uważać na niespodziewane okoliczności. Niespodziewaną okoliczność stanowić może miejscowa ludność prowadząca przy drodze intensywne życie społeczne, może to być też przechodzące przez drogę stado kóz, krowy, osiołki i wszelkie inne stworzenia, o żółwiach nie zapominając. W porywie serca prawdopodobnie uratowaliśmy życie jednego z przedstawicieli tego szlachetnego gatunku, zapewniając mu transport naręczny na pobocze, w którego kierunku staaarał się dooojść.


Ponadto uważać trzeba na wyjątkowo powolne ciężarówki, na oko pięćdziesięcioletnie oraz na orszaki weselne. Ile orszaków można spotkać na trasie około 300 km? Gdy liczba zrobiła się dwucyfrowa, przestałem liczyć. Standardowo taka kolumna zaczyna się od pojazdu, z którego bagażnika wystaje nieustraszony kamerzysta. Za nim Młoda Para, najlepiej w kabriolecie, a dalej stado samochodów spod magicznego znaku Mercedes Benz, z przedstawicielami niemal każdej epoki z motoryzacyjnej historii tego producenta. Właściwie w Albanii nie sposób spotkać inną markę samochodu osobowego. Czasem ewentualnie trafi się jakiś volkswagen, ale nasza Bella Ragazza rodem z Turynu wzbudzała tu niemałe zaskoczenie. - Czemu jeździcie czymś takim, skoro tyle samo kosztowałby porządny nastoletni mercedes? - Cóż, każdy ma jakieś dziwactwa.


Ich zaskakuje to, a nas coś innego: o co właściwie chodzi z tymi bunkrami? Z każdego punktu, w którym można przystanąć i się rozejrzeć, da się wypatrzeć co najmniej kilka charakterystycznych betonowych grzybków. Żeby to wyjaśnić, trzeba cofnąć się do czasów słusznie minionych, czyli drugiej połowy XX wieku. Albania była wtedy krajem komunistycznym, ale jej przywódcy nie ufali nikomu. Nie tylko imperialistycznemu zachodowi, ale w równym stopniu przyjaciołom ze Związku Radzieckiego, a już w szczególności - sąsiedniej Jugosławii marszałka Tito. Z obawy przed atakami tych lub innych wrogów powstał wtedy, mocno nadwyrężający gospodarkę albańską, program "Własny bunkier dla każdej rodziny". I teraz stoją sobie takie specyficzne urozmaicenia krajobrazu. Ale cóż to jest za krajobraz... Skaliste zbocza, wśród których mogłyby mieszkać smoki i inne fantastyczne stworzenia, na zmianę z gajami oliwnymi (przepyszna i najtańsza w Europie oliwa), w oddali błękit morza, a przed nami serpentyna drogi. To lubię. Klamka zapadła – tutaj spędzimy resztę naszego wyjazdu.


 

W Albanii zakochaliśmy się i nie chcieliśmy jej opuszczać wcale. Oczywiście inne kraje bałkańskie też mają się czym pochwalić. Jednak nawet teraz, z chłodnej i obiektywnej perspektywy domowego fotela mam pewność, że nigdzie nie ma tak korzystnej dysproporcji między atrakcjami turystycznymi, a podążającym za nimi kiczem, tłumem i wysysaniem pieniędzy na różne, mniej lub bardziej wymyślne sposoby. Nie znaleźliśmy w Albanii straganów z pamiątkami "made in China", nie spotkaliśmy żadnej znudzonej i narzekającej wycieczki zorganizowanej. Na plaży uznawaliśmy, że jest tłoczno, gdy człowiek pojawił się w odległości 50 metrów od nas. Ludzie nie udają tu życzliwości dla przyjezdnych, oni po prostu tacy są, nieskażeni jeszcze turystyką masową. Do tego wszystko, od jedzenia, przez nocleg tuż przy plaży, po bilety wstępu do wartych zwiedzenia miejsc, jest nieporównywalnie tańsze.


A wartych zwiedzenia miejsc nie brakuje. Cały dzień można spędzić przechadzając się po uliczkach Gjirokastër, miasteczka leżącego na starożytnym szlaku, rozłożonego u podnóża monumentalnej twierdzy. Urocza i szczególnie pozytywna jest Himarë, zamieszkała głównie przez mniejszość grecką (uwaga na genialną kuchnię!). A jest jeszcze stolica - Tiranë, jest Krujë z twierdzą legendarnego wojownika Skanderbega, Butrinti ze starożytnymi ruinami...

 

Po prostu nie starczy jednej wyprawy żeby zobaczyć wszystko, tak jak nie starczy jednej relacji, żeby to wszystko opisać. Trzeba tam pojechać. Jak najszybciej. Zanim masowa turystyka zorientuje się, że jest na świecie takie miejsce jak Albania.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.