Wasze wyprawy

Ameryka Południowa 2007/2008 CZ V/2

Szczyt Fitz Roy - P.N. Los Glaciares - Argentyna

fot.: Greg

Szczyt Fitz Roy - P.N. Los Glaciares - Argentyna
Co tu dużo mówić - Argentyna ciąg dalszy.

Jest potężny wiatr. Muszę trzymać się skały żeby się nie przewrócić. Jest jeden mankament - przy bezchmurnym niebie jedna chmurka zasłania sam szczyt. Patrzę chmura przy tym wietrze dość szybko porusza się więc czekamy ponieważ chcemy strzelić wyborne zdjęcie. Po kilku minutach chmura znajduje się w tym samym miejscu zaczynam więc wnikliwie obserwować jej cyrkulację. To co widzę zdumiewa mnie i wyjaśnia podobne zjawisko zauważone dzień wcześniej kiedy podobne dziwy działy się wokół Cerro Torre. Wyjaśnienie tego zjawiska jest moją indywidualną konkluzją. Otóż takie mocno spiczaste szczyty w przenośni chwytają przemieszczające się przez nie chmury na wiele godzin. Chmura obejmuje szczyt i mimo ogromnej dynamiki ruchu i zmiany kształtu cały czas pozostaje w szczycie. Powstają tam zasysające chmurę prądy powietrza że godzinami można czekać na odfrunięcie chmury. Nadzieje podsyca jej ciągły dynamiczny ruch. Myśmy zrezygnowali po pół godziny ponieważ wiatr i chłod zaczął nam doskiwierać.

Po powrocie było piwko w przyjemnej knajpce. A następnego dnia rankiem wyruszyliśmy w kolejną morderczą podróż autobusem Rutą 40 przez bezkresną krainę w kierunku San Pedro de Barriloche, do stolicy błękitnych jezior oraz narciarstwa.

Jechał z nami również Krzysztof więc było raźniej we trójkę. Zaprzyjaźniliśmy się również z pewnym Kanadyjczykiem - luzakiem, lało się winko więc było wesoło. Po jakiejś dobie podróżowania przebudziłem się nad rankiem ponieważ staliśmy. Po chwili było jasne że autobus padł. Myślę sobie...nie no, znowu?? Na szczęście po godzinie postoju autobus daje się naprawić i jedziemy dalej. W Barilloche jesteśmy rankiem, bierzemy jeszcze jedną Dunkę i idziemy do hostelu. Nie zastanawiając się długo bierzemy całą ekipę, wyporzyczamy rowery i jedziemy zrobić popularne kółko turystyczne . Pierwsze kilometry wspaniałe...jedziemy, podziwiamy piękne widoki (Patrz zdjęcia). Ale w przeciwieństwie do "Death Road" w Boliwii tutaj nie ma zjazdu tylko z górki i po jakimś czasie jęzor wisi mi do pasa i więcej prowadzę rower niż go ujeżdżam.W międzyczasie proponujemy wszystkim z Markiem libację typowo polską czyli zakrapiana wódą. Na co Kanadyjczyk odpowiada: "o nie na pewno nie skończę na piciu wódy z trzema Polakami" Na sam koniec wszyscy zgubili drogę oprócz Dunki i mnie ponieważ w porę ją usłyszałem. Spotykamy się ponownie w tym samym składzie dopiero wieczorem oczywiście na piciu wódy. Po ostrym chlaniu około 6 rano idziemy jeszcze na jakąś imprezę choć niewiele z niej pamiętam.

Następnego dnia jedziemy na Rafting. W busie poznajemy trzech instruktorów. Faceci z niepowtarzalnym poczuciem humoru, dawno nikt mnie tak nie rozbawił. Poczucie humoru miało nie opuszczać ich nawet podczas niebezpiecznego raftingu. Na miejscu dobieramy się w trzy grupy. Każdy ma swojego instruktora. W razie nagłych wypadków jest zawodowiec na kajaku który posiadając niezwykłe umiejętności bawi się w wodzie w fenomenalny sposób. Instruktor zaczyna wyjaśniać zasady i łapie mnie sraczka ponieważ z tego co mówi wynika że może mi się stać krzywda. Ale po chwili ruszamy. Komendy zapamiętane. Płyniemy spokojnie dy pojawisię pierwszy nurt. Głos instruktora podnosi się, teraz nie ma żartów i gdy zasysa nas po raz pierwszy jedna z dziewczyn idzie w górę i kończy w wodzie. Nurt jednak szybko się kończy i wyławiamy ją szybko. Patrzymy na następny ponton a tam wypada ich ze trzech. Płyniemy dalej instruktor wie gdzie są jakie prądy i pewnym momencie każe nam wszystkim położyc się na prawą stronę. W tym samym momencie ponton staje dęba, prąd utrzymuje nas w tej pozycji gdzie wszyscy wisimy na linie....jest fajosko. W pewnym momencie dopływamy do najsilniejszego nurtu. Instruktor ostrzega nas że to nie popierdułka i trzeba słuchać się komend. Nagle zasysa cały ponton pod wodę. Jeden z naszych wylatuje z potężnym impetem w chmury, cała reszta widząc to zamiera. Instruktor widząc brak ruchu w obliczu zagrożenia daje nam porządny opier....że nie słuchamy komend i w ostatnim momencie gdy jesteśmy blisko skały odpycha się od niej wiosłem. Gdy zostaje już tylko delikatny nurcik do przepłynięcia instruktor cwaniaczek wydaje nam komendę która powoduje wywrócenie pontonu i wszyscy wpadamy do wody. Ja trochę spanikowałem bo znalazłem się pod pontonem i płynąc z nurtem nie mogłem się wydostać. Póżniej płyniemy sobie szybciutko z nurtem, woda jest cieplutka. Jestem zadowolony i żałuje że dopiero pierwszy raz w życiu zdecydowałme się na rafting, na pewno nie ostatni(Patrz zdjęcia).

Następnęgo dnia w południe wyruszamy autobusem do Chile. Niestety tu rozchodzą się drogi nasze i Krzysztofa. Jest dzień 02.03.2008.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.