Wasze wyprawy

Aszura – święto nie aż tak krwawe

Zuljaneh - koń symbolizujący wierzchowca imama Husajna. Autor: Olgierd Nowicki/vagabunda.net

fot.: snoop

Zuljaneh - koń symbolizujący wierzchowca imama Husajna. Autor: Olgierd Nowicki/vagabunda.net
„Kretyni!”, „chory pomysł”, „chory kraj” - to tylko kilka komentarzy internautów z jakimi zetknąłem się przeglądając, przeważnie bardzo ogólnikowe, relacje naszej prasy na temat muzułmańskiego święta Aszura.

Na prowincji, czyli Aszura w pigułce.

Malik, właściciel niewielkiego hoteliku w Lahore – stolicy Pakistańskiej części Pendżabu, zabiera mnie wraz z kilkoma innymi gośćmi do swojej rodzinnej wioski oddalonej o trzydzieści kilometrów od miasta. Jest dziewiąty dzień muzułmańskiego miesiąca muharram, wigilia Aszury – najważniejszego dnia w szyickim kalendarzu religijnym. Wchodzimy na piętro wciśniętego w wąską uliczkę, niczym się nie wyróżniającego domu spotkań niewielkiej gminy szyickiej. Podczas poczęstunku Ali, starszy brodaty mężczyzna, próbuje wytłumaczyć nam ideę obchodzonego właśnie święta.

- Dziesięciodniowe uroczystości żałobne obchodzone w miesiącu muharram służą refleksji i oddaniu czci imamowi Husajnowi i pozostałym męczennikom poległym w VII wieku w bitwie pod Karbalą – tłumaczy, dodając że - gorliwy muzułmanin powinien przeżywać śmierć Husajna tak samo duszą jak ciałem.

Po śmierci Proroka Mahometa część jego uczniów, późniejszych szyitów, uznała iż władza powinna pozostać w rękach jego potomków. Większość jednak gotowa była podporządkować się Umajjadom, niespokrewnionym z Prorokiem władcom niewielkiego państewka ze stolicą w Damaszku. Przebywający w Mekce wnuk Mahometa, Husajn, uznawany przez szyitów za trzeciego imama, zaufawszy mieszkańcom Kufy że gotowi są przyjąć jego zwierzchnictwo, pomimo sprzeciwu niektórych doradców wyruszył w podróż w otoczeniu najbliższej rodziny i krewnych. Gdy dotarli do brzegów Eufratu czekała już na nich kilkutysięczna armia wysłana przez Umajjadzkiego kalifa Jazida. W krwawej rzezi oprócz Husajna zginęło pięciu jego synów, z których najmłodszy miał zaledwie sześć miesięcy, i kilkudziesięciu krewnych.

Podczas gdy Ali, z mieszanym skutkiem, próbuje tłumaczyć nam zawiłości Aszury, dołącza do nas Hassan, dwudziestokilkuletni mężczyzna trzymający w ręku zawinięty w gazetę pęk metalowych pejczy zakończonych kilkunastocentymetrowymi wygiętymi nożami. Dokładnie takich, jakie mogłem przez ostatnie dni oglądać w porozrzucanych po starówce Lahore niewielkich warsztatach zajmujących się ich wytwarzaniem i ostrzeniem. Zapytany czy zamierza używać tych noży na swoich plecach, Hassan z nieskrywaną dumą odpowiada, że niedługo wraz z grupą mężczyzn weźmie udział w rytuale matam, samobiczowania, będącym kulminacyjnym punktem odbywającego się na dziedzińcu medżlisu – zgromadzenia wiernych. - Robię to, bo chcę całym sobą przeżywać cierpienia imama Husajna. Chcę złożyć ofiarę z własnej krwi na pamiątkę wydarzeń z Karbali – tłumaczy. – Czy odczuwasz ból? – pytam na zakończenie rozmowy. – Nie – odpowiada stanowczo - dzięki sile płynącej od Allacha.

Nie wszyscy są jednak tak pozytywnie nastawieni do idei samobiczowania z użyciem noży jak Ali i Hassan. Spacerując po ulicach Lahore spotkałem wielu ludzi uważających matam za widowisko dla ludu, rytuał uprawiany głównie na pokaz przez prostych, niewykształconych mężczyzn, nie prowadzący wcale do głębszego przeżywania śmierci imama Husajna. Niektóre, bardziej postępowe pakistańskie gazety sugerowały nawet iż takbezsensowne przelewanie krwi powinno zostać zabronione, a chętni powinni składać swoją ofiarę w punktach krwiodawstwa. Większość pakistańskich szyitów uważa jednak samobiczowanie za akt pozwalający głębiej przeżyć męczeństwo potomków Proroka, sięgającą kilkuset lat tradycję, której nie należy niszczyć.

Po skończonym poczęstunku Hassan zabiera nas na dziedziniec żebyśmy mogli wziąć udział w odbywającym się tam medżlisie. Stłoczony na niewielkiej przestrzeni tłum przysłuchuje się płomiennej mowie mężczyzny ubranego w długą czarną koszulę. Wielu płacze, od czasu do czasu bijąc się dłońmi po głowach lub piersiach. Słuchają jak stojący na podwyższeniu mówca opowiada o wydarzeniach jakie miały miejsce XIII wieków temu w Karbali.

W miarę zbliżania się matam tłum, co wydawało się już niemożliwe, jeszcze bardziej gęstnieje. Każdy stara się podejść jak najbliżej środka dziedzińca, gdzie powoli zbierają się półnadzy mężczyźni trzymający w rękach pęki noży. Po chwili metalowe ostrza zaczynają uderzać plecy, raz z jednej, raz z drugiej strony. Początkowo lekko, powoli, rytmicznie, z czasem coraz szybciej i mocniej. Niektórzy z każdym uderzeniem wykrzykują imię Husajna. Po kilku minutach coraz bardziej zakrwawieni uczestnicy, jeden po drugim, ściągani są na bok. Na poranione plecy zakładają białe koszule, na których natychmiast pojawiają się czerwone plamy, i odchodzą przeciskając się przez tłum.

Najważniejszy dzień w roku.

Po powrocie do Lahore postanawiam jeszcze pospacerować wąskimi uliczkami Starego Miasta. Miejsca, w których przez ostatnie osiem nocy grupki uderzających się w piersi mężczyzn recytowały noha – elegie poświęcone męczeństwu imama Husajna, dziś świecą pustką. Tu i ówdzie krzątają się jedynie organizatorzy tegorocznej Aszury starający się dopiąć wszystko na ostatni guzik przed mającymi rozpocząć się po północy procesjami.

O szóstej rano przemierzające Stare Miasto procesje mają za sobą już kilka godzin marszu. Idąc w ich kierunku zostaję kilkakrotnie szczegółowo przeszukany w rozstawionych po drodze policyjnych punktach kontroli. Wyjątkowo napiętą atmosferę tegorocznego święta wyczuwa się na każdym kroku. Zaledwie dziesięć dni temu miastem wstrząsnęła eksplozja, w której zginęło dwudziestu dwóch policjantów ochraniających budynek Sądu Najwyższego. Ulice otaczające miejsca planowanych procesji zamknięto dla ruchu. Cała okolica obserwowana jest przez rozmieszczonych na dachach snajperów.

Po krótkim błądzeniu po zakamarkach wąskich, krętych uliczek, odnajduję w końcu pierwszą procesję. Panuje typowo pakistański chaos. Tłum mężczyzn przeciska się w każdą możliwą stronę. Jedni próbują dołączyć do maszerujących, inni za wszelką cenę starają się wydostać w jakieś spokojniejsze miejsce, niektórzy chcą po prostu znaleźć jakiś dogodny punkt obserwacyjny. Właściwie jedynym znakiem przypominającym, że jest to przemarsz procesji jest przesuwający się wolno ponad głowami alam - zabryzgany krwią sztandar armii imama Husajna, jeden z najważniejszych symboli dzisiejszego święta.

Z trudem udaje mi się wydostać z tego zamętu i powrócić do poszukiwań kolejnej procesji. Po drodze spotykam niewielkie grupki samobiczujących się mężczyzn, wokół których natychmiast tworzy się zbiegowisko. Gapie, widząc jak bezskutecznie próbuję przedrzeć się z aparaem nieco bliżej, sami torują mi drogę, aż wreszcie stoję w pierwszym szeregu. Właściwie przed nim. Od czasu do czasu któryś ze zmierzających w stronę pleców noży urywa się z łańcucha i leci w stronę zebranych. Koszule, twarze, obiektyw aparatu, wszystko pokrywają krople krwi.

Wreszcie udaje mi się dotrzeć do głównej procesji. To do niej będą dołączać wszystkie pomniejsze, aby po południu wspólnie dojść do Karbala Gamaj Szach - największego w Lahore szyickiego domu spotkań, w którym odbędą się wieczorne modły kończące dzień. Centralnym punktem tej procesji jest ubrany w świecącą zbroję i udekorowany kwiatami wierzchowiec imama Husajna – Zuljaneh. Zwierzę wyjątkowo dzielnie znosi przeciskających się z każdej strony ludzi, próbujących je dotknąć aby uzyskać błogosławieństwo. Z oddali dochodzi śpiew żałobnych pieśni. Co jakiś czas rozlega się tłumny okrzyk „Ja Husajn!”, a w powietrze unosi się las zaciśniętych pięści.

Opuszczając Stare Miasto zatrzymuję się jeszcze przy jednym z rozstawionych w wielu miejscach punktów, gdzie można za darmo napić się i zjeść posiłek. Podający mi kubek gorącej herbaty Asif jest sunnitą. – W tym roku większość punktów zaopatrzenia obsługują sunnici – mówi. – Chcemy pokazać, że potrafimy szanować się nawzajem pomimo dzielących nas różnic.

Częste w poprzednich latach zamieszki pomiędzy sunnitami a mniejszością szyicką wydają się podczas tegorocznego święta odległą przeszłością. W obliczu bomb wybuchających co kilka dni w różnych częściach kraju, ludzie bardziej niż kiedykolwiek pragną pokazać jedność. Sprzeciwić się fundamentalistom i bezsensownej śmierci niewinnych ludzi.

Ostatnie spojrzenie.

Dostępne polskiemu czytelnikowi wyrywkowe i przeważnie bardzo pobieżne relacje z tego święta uświadamiają mi jak ważna jest podróż. Pojechanie, zobaczenie na własne oczy, rozmowa z ludźmi, próba ich zrozumienia, w efekcie przełamanie stereotypów.

Podróżując po Pakistanie spotkałem jednych z najmilszych, najbardziej gościnnych i najbardziej przyjaźnie nastawionych ludzi. Wszyscy zgadzali się, że w kraju występuje ekstremizm, terroryzm i przemoc, podkreślając jednak, że są to zjawiska marginalne, z którymi zwykli ludzie nie chcą mieć nic wspólnego. Większości Pakistańczyków nie podoba się polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych i naciski jakie to mocarstwo próbuje wywierać na ich rząd, jednak doskonale potrafią nie patrzeć przez jej pryzmat na odwiedzających kraj obcokrajowców. Według tradycji muzułmańskiej gość jest darem zesłanym przez Boga, któremu należy okazać szacunek, gościnę i zapewnić bezpieczeństwo. Zgodnie z tymi zasadami traktowani są, nieliczni jak na razie, turyści odwiedzający Pakistan, bez względu na kraj z jakiego pochodzą i religię jaką wyznają.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.