Wasze wyprawy

Cesarskie Chiny

Perła Orientu

fot.: igebski

Perła Orientu
Dwutygodniowy objazd części Państwa Środka od Pekinu do Szanghaju. Po drodze m.in Xi'an, , wielki mur, Luoyang, Nankin, Shaolin, Wuxi, Zushou, Luzhi. Pociągami i autobusami pokonane ok 3 000 km.
Xi'an nocą
Xi'an nocą
Legenda Kung fu
Legenda Kung fu
Wielki mur chiński
Wielki mur chiński
Panda wielka
Panda wielka
Wyhaftowany portret księżnej Diany
Wyhaftowany portret księżnej Diany
Adepci sztuk walki w Shaolin
Adepci sztuk walki w Shaolin
Kanały w Suzhou
Kanały w Suzhou

Lotnisko w Pekinie jest drugim największym na świecie. Posiada aż trzy terminale. Sporym zaskoczeniem był dla  mnie fakt, że po odbiór bagażu trzeba było jechać pociągiem. Wcześniej jednak musieliśmy przejść przez procedurę skanowania linii papilarnych palców oraz pozować do zdjęć en face.

Przed terminalem czekał na nas autokar z lokalnym przewodnikiem. W drodze do hotelu nasz polski pilot udzielał nam niezbędnych rad i informacji. W tym miejscu chcę podkreślić, że Tomek Szatiło, o którym już wcześniej czytałem pozytywne opinie, wywiązał się znakomicie ze swojej roli. Mimo stosunkowo młodego wieku, jest bardzo doświadczonym, kompetentnym i niezwykle wykwalifikowanym przewodnikiem. Jego poziom wiedzy o Chinach (i nie tylko, bo obsługuje także programy wycieczek po Izraelu i Gruzji) jest naprawdę imponujący. Na początek pokazał nam, jak odróżniać prawdziwe banknoty stu juanowe  od fałszywych. Otóż te podrabiane pod dotykiem palców są na całej powierzchni gładkie, natomiast w przypadku prawdziwych wyczuwa się chropowatość na włosach wszechobecnego Mao Zedonga.

Kurs  juana jest sztywny. Za dolara otrzymuje się 6.30 juana, za euro zaś 7,50. Walutę można wymienić w  banku lub w specjalnej maszynie (w tym przypadku z prowizją)  lub u lokalnego przewodnika  bez żadnych dodatkowych kosztów. Skorzystałem oczywiście z tej ostatniej opcji.

Mamy połowę marca, ale w okolicach Pekinu wiosna jest już w rozkwicie.  Dogłębniej przekonam się o tym za dwa dni, gdy słońce dotkliwie spiecze mi łysinę. Już od pierwszego dnia otrzymujemy w autokarze po butelce wody o pojemności 0,55 litra. Podobnie jest we wszystkich hotelach (łącznie było ich 7).

Po godzinnej jeździe docieramy do hotelu Dafang (podobnie jak pozostałe ma 4 gwiazdki). Oprócz wspomnianej wody do dyspozycji mamy czajnik, herbatę, sejf, telewizor i wifi. Niestety, w Chinach nie działają Google, Facebook ani  Messenger. Można natomiast korzystać ze skrzynek pocztowych na Wirtualnej Polsce i na Onecie.

Na kolację jedziemy do restauracji Taishuxi. Nasza grupa liczy 31 osób. Zajmujemy więc trzy stoły. Na każdym z nich jest obrotowy  szklany blat. Kelnerki stawiają na nim kolejne dania. Przed sobą mamy małe talerzyki, szklanki na piwo, kubki na herbatę, pałeczki oraz widelce. Jest ryż, dużo gotowanych warzyw, kawałki mięsa, jakieś grzyby i piwo Harbin (po szklaneczce na osobę). Kolejne półmiski opróżniają się błyskawicznie. Każdy chce spróbować lokalnych potraw, ale niektórzy najwyraźniej są bardziej głodni, żeby nie powiedzieć – łakomi, bo często zdarza się, że do ostatniej osoby dociera tylko puste naczynie.

Charakterystyczną cechą grupowych wyjazdów turystycznych są wizyty w lokalnych wytwórniach, sklepach i warsztatach rzemieślniczych. Zazwyczaj piloci i przewodnicy mają w tym swój wymierny interes. Za doprowadzenie grupy w określone miejsce otrzymują bowiem konkretne korzyści. Tak więc, będąc w Maroku, na pewno trafimy do garbarni skór w Fezie, w sąsiedztwie której będzie dobrze zaopatrzony sklep z wyrobami ze skóry. W miasteczku Essaouira  zapoznamy się natomiast z ofertą produktów z drewna tui. W okolicach Agadiru trafimy na olejek arganowy. Jeżeli pojedziemy do Egiptu, to niechybnie będziemy namawiani do zakupu papirusów lub przedmiotów z alabastru. W Kairze zaś na pewno trafimy do „zaprzyjaźnionej’ perfumerii. W Turcji zaoferują nam wyroby ceramiczne i zaprowadzą do zakładu kamieniarskiego specjalizującego się w obróbce onyksu. Nie ominie nas też propozycja odwiedzenia tzw. fabryki wyrobów skórzanych. W greckich Meteorach poznamy technikę pisania ikon i oczywiście ofertę ich zakupu. W Hiszpanii (zwłaszcza na terenie Katalonii), Rumunii i Mołdawii uraczą nas winem i bogatą ofertą sprzedażową tegoż trunku. Z kolei w Indiach kuszeni będziemy różnorodnymi przyprawami i herbatami, dywanami i kamieniami szlachetnymi. W Amsterdamie odwiedzimy szlifiernię diamentów i oczywiście zaopatrzony dobrze sklep. I tak dalej, i tak dalej.

Zazwyczaj jednak te komercyjne  wstawki nie dominują nad programem wycieczki jako takiej. Ot, zdarzają  się dwie lub trzy w trakcie jednej imprezy. Wyjątkiem potwierdzającym tę regułę są Chiny. Tutaj praktycznie nie ma dnia, aby zorganizowany turysta nie był postawiony przed dylematem: kupić czy nie kupić. Biura turystyczne wraz z lokalnymi kontrahentami układają programy w ten sposób, że nie można ominąć  „cudownych” okazji. Nie są to bowiem fakultatywne imprezy, na które można wykupić bilet lub też z nich zrezygnować.

My zaczęliśmy zwiedzanie Chin od herbaciarni w Pekinie. Wysłuchaliśmy najpierw wykładu o nieskończonej ilości gatunków herbat. Zdołałem z tego zapamiętać tylko tyle, że herbaty dzielimy na sześć podstawowych grup: zieloną, białą, czerwoną, żółtą, oolong i czarną. Dalej to już czarna magia… Potem był pokaz parzenia poszczególnych gatunków i degustacja z malutkich czarek. A na końcu, rzecz jasna, sklep z półkami uginającymi się pod ciężarem herbat i ich cen. Nieco później w sklepiku mieszczącym się w bocznej uliczce natknąłem się na te same herbaty, tyle że trzykrotnie tańsze.

W Pekinie uwagę zwracają czyste ulice. Każdy papierek jest natychmiast podnoszony przez czujnych pracowników, a kurz neutralizowany przez jeżdżące niemal na okrągło polewaczki.

 Z herbaciarni udajemy się na słynny Plac Tiananmen. Przed wejściem szczegółowa kontrola. Na samym placu i wokół niego pełno funkcjonariuszy różnych służb. Na tym największym na świecie placu miało miejsce wiele ważnych wydarzeń, m.in. proklamowanie  przez Mao Zedonga CHRL w 1949 roku.  Jednakże Brama Niebiańskiego Spokoju, bo to znaczy po chińsku Tiananmen, zapisała się w powszechnej świadomości w związku z protestami w 1989 roku.  Co prawda sama masakra (dokładna liczba ofiar do dzisiaj nie jest znana) miała miejsce poza placem, ale pozostał on jej niemym symbolem. Nie znajdzie się tu bowiem żadnej tablicy pamiątkowej czy nawet symbolicznego znicza. Ten temat jest tabu. Na tym ogromnym placu (800 x 300 m) stoją tylko dwa obiekty: mauzoleum Mao Zedonga i kolumna z pomnikiem Bohaterów Ludu.

Idąc w kierunku północnym przechodzimy do Zakazanego Miasta. Nad bramą wisi tu 6-metrowy portret Mao Zedonga. Tutaj również czeka nas szczegółowa kontrola. Nie wolno wnieść nawet zapalniczki, co zresztą w Chinach jest normą we wszystkich obiektach publicznych, nawet w pociągach. Do pałacowego kompleksu, bo tym w istocie jest Zakazane Miasto, ciągną tłumy turystów. Dlatego ograniczono dzienną sprzedaż biletów do 75 tysięcy.  Kolejne pałacowe pawilony pokazują nam historię miejsca będącego rezydencją aż 24 cesarzy z dynastii Ming i Qing. Uwagę zwracają kunsztowne zdobienia dachów i innych elementów  tych budowli.

Za cesarskimi ogrodami znajduje się Park Jingshan ze Wzgórzem Węglowym pośrodku. Z tego ostatniego jest doskonały widok nie tylko na Zakazane Miasto, ale też na nowoczesne dzielnice Pekinu. Niegdyś w tym parku odpoczywali cesarze wraz ze swoimi świtami. Obecnie w dawnych pawilonach cesarskich znajduje się biblioteka i szkoła muzyczna, a park służy jako miejsce rekreacji.

Godzinę później jesteśmy już w Pałacu Pokoju i Harmonii. Jest to jedna z najważniejszych i największych świątyń buddyzmu tybetańskiego. Przed każdym pawilonem stoją metalowe pojemniki, w których spala się trociczki. Wokół unosi się gryzący w nozdrza dym. Dobrze, że chociaż papierosów nie pozwala się tu palić. Jak w każdej świątyni lamaistycznej, znajdziemy tu modlitewne młynki i thanki  (malowane lub haftowane obrazy o tematyce religijnej).  W Pawilonie Wiecznej Szczęśliwości (jednym z pięciu na terenie obiektu) znajduje się posąg Buddy Maitreji o wysokości 18 metrów, wyrzeźbiony z pnia sandałowca o łącznej długości 26 m (część wkopana jest w ziemię).

Po południu odwiedzamy tradycyjne chińskie domostwo w dzielnicy hutongów (stare parterowe domy o zwartej zabudowie, wąskie uliczki). Właściciel, starszy mężczyzna z długimi farbowanymi włosami, sygnetem na palcu i cygarem w ustach z pobłażaniem patrzył jak nasza 31 osobowa grupa bez opamiętania obfotografowywała jego włości. Oczywiście, był już do tego przyzwyczajony. No i, nie ukrywajmy, nie gościł nas bezinteresownie.  Pośród mebli i rozmaitych bibelotów uwagę zwracał wiszący na ścianie obraz z wizerunkami pięciu postaci, bez których nie istniałby komunizm: Marks, Engels, Lenin, Stalin i oczywiście Mao Zedong.

Wizytę w hutongach zakończyliśmy kilkunastominutową przejażdżką rikszami.

Po kolacji  pojechaliśmy do Czerwonego Teatru na przedstawienie „Legenda Kung fu” (30 USD). To trwające 70 minut barwne widowisko opowiada historię młodego mnicha, który z biegiem czasu staje się mistrzem Kung fu i Zen. Spektakl jest zarazem fantastycznym pokazem wschodnich sztuk walki. 

Tak na marginesie, chińska publiczność ma zwyczaje nieco odbiegające od europejskich. Wielu Chińczyków przemieszcza się po teatrze podczas przedstawienia, konsumuje jakieś  przekąski albo po prostu chrapie. Na koniec zaś, zanim jeszcze aktorzy wyjdą ukłonić się, chińscy widzowie już tłoczą się przy wyjściach.

Drugi dzień zwiedzania Pekinu rozpoczął się od wizyty w obiekcie o szumnej nazwie Świat Pereł. Tradycyjnie najpierw odbył się krótki wykład o hodowli pereł słodkowodnych (w Chinach prowadzi się ją dopiero od lat siedemdziesiątych ub. wieku). Dowiedzieliśmy się więc, że małżom słodkowodnym wszczepia się kawałek nabłonka, z którego potem wytwarza się woreczek perłowy z perłą w środku. Pouczono nas też o sposobach odróżniania pereł prawdziwych od podrabianych. Otóż w przypadku oryginalnych pereł po zarysowaniu nie zostaje szrama. Prawdziwe  są też wtedy, gdy nie ściemnieją w ogniu lub gdy po próbie nadgryzienia zgrzytają w zębach.

Skoro już byliśmy wyedukowani, to zaproszono nas do sklepu. W ogromnej hali znajdowało się mnóstwo gablot i stolików z wyrobami z pereł. Były nie tylko naszyjniki, bransoletki czy kolczyki. Oferowano także szeroką gamę kosmetyków wytworzonych na bazie pereł (najtańszy krem 100 juanów, czyli  57 zł)). Ba, zachęcano do ich zakupu opowieścią o cesarzowej Cixi, która miała spożywać perłowy proszek, dzięki któremu zachowała młody wygląd. Potwierdzać to miał wiszący na ścianie portret, który wykonano jej w wieku 70 lat. Osobiście nie przekonało mnie to do żadnego zakupu. 

Kilkadziesiąt kilometrów od Pekinu znajduje się Dolina Mingów, na terenie której są grobowce  13 z 16 cesarzy tej dynastii. Po przyjeździe przeszliśmy kilkusetmetrowy odcinek tzw. Drogi Duchów. Wzdłuż niej ustawiono 12 par posągów różnych zwierząt. Są wśród nich realne, jak słonie, wielbłądy i konie oraz mityczne (qilin, xiezhi). Dalej mijamy 12 posągów mandarynów i dochodzimy do marmurowej Bramy Smoka i Feniksa. Święta droga otoczona jest szpalerem drzew, zieleniejących się właśnie wiosennymi listkami. Wchodząc do   pawilonu Stałych Łask  przekraczamy bardzo wysokie progi. Napotkamy  je jeszcze w wielu innych świątyniach i pałacach. Miały one zapobiegać przedostawaniu się złych mocy.

Grobowiec  cesarza dzieli się na strefy sacrum i profanum.  W pawilonie  kolumny i sufity wykonane są z drzewa  sandałowego.

Wczesnym popołudniem dojeżdżamy do Badaling (ok. 70 km od Pekinu). Tutaj udostępniony jest do zwiedzania fragment wielkiego muru chińskiego. Zbudowany został około 1505 roku, a odrestaurowany  ponad 60 lat temu. Rocznie odwiedza go ponad 100 milionów osób. Niektóre odcinki są płaskie, inne zaś pną się stromo w górę. Wielu turystów kurczowo trzyma się barierek przy schodzeniu z co bardziej ostro nachylonych schodów. Mur usytuowany jest na wysokości około tysiąca metrów. Wokół rozciągają się góry. Słoneczna aura umożliwia podziwianie widoków, a lekki wiatr skutecznie chłodzi spocone nieco po wspinaczce czoło. Łącznie spaceruję po murze przez 1,5 godziny. Miłym zaskoczeniem są toalety w pobliżu jednej ze strażnic. Zresztą w kwestii publicznych toalet Chiny wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie; jest ich wszędzie dużo i są bezpłatne.

Co do samego Wielkiego Muru Chińskiego, to narosło wokół niego wiele legend, choćby ta o jego widoczności z kosmosu. Nie do końca jasna jest też jego długość. Jedne źródła mówią, że ma 21 kilometrów, inne zaś wspominają o 8851 km. Różnice te wynikają też ze sposobów liczenia. Jedni uwzględniają naturalne przeszkody (rzeki, grzbiety górskie), inni liczą tylko fizyczne odcinki muru.

Kolację zjadamy w Grand Hotelu, a zaraz po niej wybieramy się na wieczorne zwiedzanie Pekinu (koszt 25 USD). Najpierw przejeżdżamy cztery przystanki metrem, a potem spacerujemy przez pełne szklanych wieżowców centrum biznesowe. Po drodze mijamy wielki ekran (długi na 250 metrów) zawieszony na wysokości mniej więcej piątego piętra nad ziemią. Wyświetlane  są na nim reklamy i krótkie filmiki. Na chwilę wchodzimy też do wielkiego domu towarowego. Na koniec odwiedzamy dzielnicę handlową, gdzie przy jednej z uliczek znajdują się stragany z tzw. polnym ptactwem. Można tu popróbować pieczonych ptaków, żółwi, skorpionów, owadów i tp. Wcześniej jednak degustujemy wódkę ryżową, którą miejscowy przewodnik nalewa do plastikowych kubków bezpośrednio na ulicy. Dość mocna.

Wracamy do hotelu autokarem, przejeżdżając między innymi obok placu Tiananmen. Przewodnik  włącza nam muzykę. Melodie wydają się znane, choć słów nie można zrozumieć. Tak, tak! To chińska wersja discopolowych przebojów zespołu Bayer Full.  

    Po trzech  nocach opuszczamy hotel Dafang. Od przewodnika nabywamy cztery butelki likieru  żeńszeniowego po 100 juanów za jedną.

  Przyjeżdżamy do Świątyni Nieba. W oczy rzuca się ogromna przestrzeń, na której mieści się kompleks sakralnych budowli taoistycznych. Odwiedzali go cesarze z dynastii Ming i Qing podczas dorocznych ceremonii, podczas których modlono się o obfite plony.

Na parking wychodzi się przez drewniany tunel. Jest on pokryty oryginalnymi malowidłami. W tunelu starsi Chińczycy  grają  w karty lub w madżonga. Kobiety coś haftują lub szydełkują. Inni uprawiają tai chi.

  Przed południem przyjeżdżamy do centrum tradycyjnej medycyny  chińskiej.  O jej zaletach opowiada nam miejscowy profesor (przynajmniej tak go tytułują). Co ciekawe, całkiem nieźle mówi po polsku. Dysponuje również slajdami w naszym języku. Dowiadujemy się zatem, że medycyna chińska stosuje leki z lukrecji przeciwko AIDS. Są one podobno trzykrotnie skuteczniejsze niż  amerykańskie. Inną ciekawostką jest operacja zaćmy, którą w 1976 roku przeprowadził w ciągu pięciu minut prof. Tang Youzhi. Użył przy tym tylko złotej igły. Pacjentem był sam Mao Zedong. Według naszego profesora lekarze specjalizujący się w chińskiej medycynie tradycyjnej są w stanie postawić diagnozę na podstawie czterech parametrów: obserwacji, zapachu i słuchania, zadawania pytań oraz analizy pulsu.  Na potwierdzenie tych słów na salę wchodzi kilkoro profesorów (dziwnie młodych jak na taki stopień naukowy) i diagnozuje chętnych z naszej grupy. Bezpłatnie. Płaci się tylko za przepisane zioła. W niektórych przypadkach, gdy sam badany opowie o swoich chorobach, przyznają iż medycyna chińska jest bezradna. W tym samym czasie rehabilitanci wykonują masaż stóp za jedyne 30 juanów. Potem proponują zakup olejków i kremów. Za dodatkową opłatą chcą też masować barki. W wypadku odmowy wyraźnie okazują swoje niezadowolenie.

  W południe odwiedzamy ZOO, a konkretnie pawilon z pandami wielkimi. Te  do niedawna  zagrożone wyginięciem zwierzęta mają się obecnie dobrze. Podobno zaczęły się rozmnażać po tym, gdy umożliwiono im oglądanie filmów pornograficznych. Możliwe, bo ogólnie są bardzo leniwe. Zazwyczaj tylko śpią i obżerają się pędami bambusa.

O czternastej przyjeżdżamy do Pałacu Letniego usytuowanego nad jeziorem  Kunming pod Pekinem. Cały kompleks pałacowy nazywany jest Ogrodem Naturalnej Harmonii. Rzeczywiście, urzeka on przepychem i rozmachem.  Nad brzegiem jeziora zbudowany jest zadaszony ganek o długości jednego kilometra. Pokryty jest on, podobnie jak ten przy Świątyni Nieba, tysiącami malowideł. Wychodząc z tego niby tunelu natrafiamy na marmurową łódź, tkwiącą nieruchomo przy brzegu jeziora. Wybudowano ją na zlecenie cesarzowej Cixi (tej od sproszkowanych pereł).

Podobnie jak w innych miejscach, jest tu wielu turystów. Głównie Chińczyków. Niektórzy z nich przyjeżdżają z odległych prowincji, w których rzadko można ujrzeć Europejczyka. Jesteśmy więc dla nich sporą atrakcją. Niektórzy robią nam zdjęcia z ukrycia, inni natomiast proszą o pozowanie.

  Po powrocie do Pekinu odwiedzamy obiekty olimpijskie z czasów IO w 2008 roku. Spacerujemy po błoniach i oglądamy stadion w kształcie ptasiego gniazda, wieżę telewizyjną i znicz olimpijski.

Na kolację otrzymujemy między innymi kaczkę po pekińsku. Są to cieniutkie plasterki kaczych piersi zawijane w małe naleśniki.  Do tego podawane są pokrojone w wąskie paski warzywa, które można maczać w sosie. Porcje raczej symboliczne.  Na szczęście  były  też  inne potrawy.

O godzinie 20.40 wsiadamy do pociągu i odjeżdżamy do Xi’an.   Przy wejściu  na dworzec  przechodzimy przez kontrolę  biletów, bagażu i paszportów. Bilety są sprawdzane ponownie  przy wejściu  na peron i do pociągu. W każdym przedziale  są  cztery łóżka. Do dyspozycji pasażerowie mają kapcie i wrzątek. Każdy wagon ma dwie toalety: europejską i azjatycką (tu załatwia się w stylu alpejskim). Niestety, brak papieru toaletowego.

O 8.30 przyjeżdżamy do Xi,an. Za nami  1184 km przejechane w 11 godzin  i 43 minuty.  Większość tego czasu przespałem. Xi’an przez 1300 lat było stolicą Chin. Obecnie liczy około 10 milionów mieszkańców, co przy Szanghaju czy Pekinie czyni je niewielkim miastem. Szczyci się najdłuższymi murami miejskimi w Chinach (14 km). Uchodzi za początek  jedwabnego szlaku. 

Zatrzymujemy się w hotelu Tianyou. Pokój  jest duży. Do dyspozycji   osobne łóżka,  4 gniazdka i przeszklone ściany łazienki.

Zanim udamy się do muzeum armii terakotowej, czeka nas najpierw wizyta w zakładzie produkcji terakoty. Oczywiście nie jest to typowy zakład produkcyjny, lecz jego namiastka, skrojona pod turystów.  Ot, garstka gliny w kącie i kilka pracownic markujących wyrabianie. Za to za ścianą obrazy niczym w mitycznym sezamie. Wyroby z terakoty są niewątpliwie ładne, ale niesamowicie drogie, np. replika czterech żołnierzy armii terakotowej kosztuje tutaj 450 juanów.  Ponadto można tu nabyć meble, dywany, biżuterię i masę mniej lub bardziej przydatnych bibelotów. Oczywiście cały czas słyszymy, że tylko tutaj można kupić oryginalne przedmioty, a w innych miejscach na pewno wcisną nam podróbki.

Docieramy wreszcie do mauzoleum wielkiej armii  terakotowej.  Liczy ona około 8 tysięcy figur. Zostały odkryte w 1974 roku podczas kopania studni, po przeszło dwóch tysiącach lat od zakopania. Do zwiedzania udostępniono je już w 5 lat później.  Mamy tu trzy pawilony, muzeum i  sklep z pamiątkami. Tłumy turystów. Bilet kosztuje 120 juanów. Przy wejściu podwójna  kontrola. Pracownicy sami wkładają bilety do automatu. Zwiedzamy przez 2 godziny. Część  terakotowych figur nie jest jeszcze odkopana i spoczywa w ziemi od czasu pogrzebu pierwszego cesarza Qin Shi.

W okolicy piękne ogrody z kwitnącymi różami.

 Z mauzoleum przemieszczamy się na mury miejskie, gdzie spędzamy prawie godzinę. Po drodze widzieliśmy  rowerzystę z rozwaloną głową, leżącego na ulicy w kałuży  krwi. Tu trzeba zaznaczyć, że sporo Chińczyków przemieszcza się na skuterach i rowerach. Generalnie jeżdżą płynnie i bezpiecznie, ale rzadko który ma na głowie kask.

 Na kolację zaserwowano nam 16 rodzajów  pierogów. Wystarczyło zjeść po jednym z każdego talerza, aby poczuć się sytym. Po tej pierogowej uczcie udaliśmy się autokarem na wieczorne zwiedzanie Xi’an (25 USD).  Najpierw pojechaliśmy nad jezioro Południowe, nad którym pięknie odbijały się w wodzie fasady podświetlonych budynków.

 Następnie bajecznie oświetlonym deptakiem podążyliśmy w stronę Wielkiej Pagody Dzikiej Gęsi. Co kilkadziesiąt metrów spotykaliśmy grające zespoły lub pojedynczych muzyków, śpiewaków i mimów. Wśród przewalających się tłumów nie było widać osób pijanych czy też narkomanów. Za narkotyki zresztą w tym kraju można zarobić czapę.

  Zatrzymaliśmy się przed wspomnianą wyżej pagodą, żeby obejrzeć pokaz tańczących fontann. Podobne show widziałem już w Pradze oraz w Barcelonie. Wszędzie przyciągało tłumy widzów.

 Opuszczamy hotel o dziewiątej i jedziemy do muzeum Xi’an. Przechodzimy przez park obok Małej Pagody Dzikiej Gęsi. Spotykamy tu kilka osób ćwiczących  tai chi przy dźwiękach muzyki.

Po krótkiej wizycie w muzeum  Xi’an zostajemy zaproszeni na lekcję  kaligrafii.  Siadamy w ławkach. Na pulpitach przed nami leży papier ryżowy, obok stoi kałamarz z tuszem i pędzelkiem. Przy tablicy zaś oczekuje nas nauczycielka. Wprowadza nas pokrótce w tajniki języka i znaków. Jest to oczywiście bardzo skomplikowane, bo w Chinach obok urzędowego mandaryńskiego jest wiele innych języków, które nazywa się dialektami. Tak czy owak, zanim zacznie się poważną naukę, trzeba opanować 201 podstawowych znaków. My mamy za zadanie wykaligrafować tylko jeden. Bo też nie chodzi o to, żeby nas czegoś nauczyć, ale -  o czym przekonujemy się za chwilę – pokazać ornamenty wychodzące spod pędzelka kolejnego profesora. Podobno tworzy je za darmo, ale należy zapłacić za materiały. Jakby nie patrzeć, za kartkę z kwiatuszkami i znakami symbolizującymi szczęście lub miłość trzeba wybulić 100 juanów.

W samo południe docieramy do dzielnicy ludu Hui. Ta mniejszość  muzułmańska wywodzi się prawdopodobnie z Persów i Arabów przybyłych tu przed wiekami jedwabnym szlakiem. Oglądamy z zewnątrz drewniany meczet, bo do środka nie wolno wchodzić, po czym udajemy się na muzułmański bazar. Robimy tu trochę mniej lub bardziej potrzebne zakupy, np. herbatę, figi czy przyprawy.

Tuż przed siedemnastą wyjeżdżamy  szybkim pociągiem  do Luoyang. Bilety oczywiście z imieniem i numerem  paszportu. Ogromna hala dworcowa. W pociągu wagony z dwoma rzędami  siedzeń, po 3 z jednej i po 2 z drugiej strony  przejścia.  Prędkość  300 km/h osiągamy w  7 minucie jazdy. Pociąg jest prawie bezszelestny. Stewardessy niemal bez przerwy chodzą  z napojami i jedzeniem. Mijamy jakieś góry,  kilka tuneli. Na polach widzimy gęsto rozsiane kopczyki grobów. W chińskim miastach ciała zmarłych obowiązkowo poddaje się kremacji, a urnę z prochami można zabrać do domu. Natomiast na wsiach tradycyjnie chowa się bliskich na własnych poletkach. 333 km pokonujemy w półtorej godziny.

 Luoyang  był stolicą jeszcze  przed Xi,an. Obecnie liczy  6,4 mln mieszkańców. Symbolem miasta są peonie. Niż zatem dziwnego, że nasz hotel nazywa się Peony Plaza. Otrzymujemy pokój na 20 piętrze.

  Śniadanie  podawane jest na 25 piętrze. Restauracja przypomina te znajdujące się w wieżach telewizyjnych – z panoramicznym widokiem.

O dziewiątej wyruszamy w kierunku Grot Longmen, zwanych inaczej Grotami Smoczych Wrót lub Grotami Dziesięciu Tysięcy Buddów. Po raz pierwszy podczas naszego pobytu w Chinach dzień jest raczej chłodny i pochmurny.

  Pierwsze posągi w Grotach Smoczych Wrót pojawiły się już w V wieku, gdy cesarz  Xiaowen przeniósł stolicę do Luoyang.  W klifie  nad rzeką  Yi He wykuto 1300 jaskiń, w których mieściło się  prawie 10 tyś.  posągów. Z parkingu jedziemy meleksem. Potem wędrujemy schodami od jednej jaskini do drugiej. W każdej znajdują się małe figurki Buddy wykonane z wapienia.  Najlepiej widać panoramę grot z drugiej strony rzeki.

Na obrzeżach Luoyang znajduje się najstarsza buddyjska świątynia Białego Konia. Docieramy do niej wczesnym popołudniem. Obok niej ustawiono repliki świątyń z Tajlandii, Birmy i Indii. Wygląda to trochę kiczowato.

Na niewielkim bazarze w pobliżu parkingu próbuję wina z peonii. Smakuje mi, więc kupuję półlitrową porcję za 18 juanów.

Przez kolejną godzinę spacerujemy po starówce w Luoyangu. Tutaj nie widać jeszcze zbyt wielu turystów. Nie ma więc jeszcze wszechobecnej komercji. W małych sklepikach można nabyć wyroby z peonii.

   Zwracamy uwagę na charakterystyczne ubranka małych dzieci. Otóż dwu-trzylatki chodzą w spodniach ze specjalnie wyciętą dziurą w kroczu. Niektóre mają pod spodniami pampersa, inne zaś beztrosko świecą gołą pupą. Trzeba przyznać, że ten sposób ma swoje dobre strony, jeśli chodzi o szybkie załatwianie się.

Przewodnik proponuje skorzystanie z godzinnego masażu. Masażysta za usługę wraz z dojazdem do hotelu liczy sobie 150 juanów. Niektórzy z naszej grupy korzystają z tej oferty. Ja nie odczuwam takiej potrzeby.

    Wieczorem odbywamy spacer  do domu towarowego. Jest dość drogo. W małym spożywczaku nabywam piwo Laoshan (3,1%- 3 juany) i Tsingtao (4% - 6 juanów).

  Rano wyjeżdżamy  do klasztoru Shaolin (wybudowany w 495 r.). Droga wiedzie przez  zaniedbane wioski, pod koniec staje się wąska  i dziurawa. Pojawiają się też serpentyny.   Popularność klasztoru Shaolin związana jest ze sztukami walk wschodnich. Obecnie w jego okolicach działa mnóstwo szkół z internatami, w których ćwiczą adepci tychże sztuk.  Dzięki nabytym tu umiejętnościom łatwiej będzie im o racę w wojsku czy policji.

Ogólnie rzecz ujmując, współczesny Shaolin to typowa maszynka do zarabiania pieniędzy. Podobno jest tutaj tylko 50 prawdziwych mnichów, a pozostałych 350 stanowią mężczyźni zatrudnieni na etacie. Dla turystów (przybywa ich tu około miliona rocznie) organizuje się pokazy akrobacji i współczesnego wushu. Pokazy te niewiele mają wspólnego z prawdziwymi walkami. Ot, taka teatralna akrobatyka. Po obejrzeniu „Legendy Kung fu” w Pekinie można powiedzieć, że to tylko popłuczyny po tamtym przedstawieniu.

  Po pokazie turyści zachęcani są do kupna pamiątek  na kilkudziesięciu straganach.

  Zwiedzanie klasztoru. Długi  szereg pawilonów  z posagami  Buddy. W pobliżu znajduje się  Las Pagód. Jest ich 248. Wąskie i  wysokie stoją wśród  drzew. Na okolicznych boiskach i drogach tysiące  adeptów  sztuk walki w czerwonych  bluzach i czarnych spodniach z białymi lampasami. Jedni ćwiczą, inni maszerują i biegną  ze śpiewem na ustach..

  Kolację zjadamy w przydrożnej restauracji, po czym jedziemy do hotelu Shanshui w Zhengzhou. Nie będziemy zwiedzać tego miasta, ale wjeżdżamy do niego z racji tego, że stanowi ono ważny węzeł komunikacyjny. My zaś następnego dnia mamy jechać kolejnym szybkim pociągiem do Nankinu. Póki co oglądamy w drodze film „Zawieście czerwone latarnie”. Łącznie przejeżdżamy tego dnia 173 kilometry, co z powodu licznych korków zajmuje nam prawie 5 godzin.

W hotelu Shanshui jest bardzo mała sala restauracyjna. Brakuje talerzy i chleba. Plastikowe kubki do kawy i herbaty. Zdecydowanie  najgorsze dotychczas śniadanie.

  Na oddalony o 15 kilometrów od hotelu dworzec kolejowy wyjeżdżamy o godzinie dziewiątej.   Na stacji  bardzo dokładne sprawdzanie  bagażu, czego ofiarą padł mój osiemnastoletni scyzoryk.  Na stacjach w Pekinie i w Xi’an jakoś mi się udało. Tutaj jednak trafiłem na gorliwą funkcjonariuszkę, która bez cienia litości zarekwirowała mojego ulubionego Victorinoxa. Czepiała się też naszej żeńszeniówki, że bez banderoli, ale ostatecznie odpuściła. Za to wpuszczono naszą  grupę  do pociągu poza kolejką. Trzeba przyznać, że był to pomocny gest ze względu  na nasze  duże  bagaże i ograniczoną  ilość  miejsca w wagonie. Dodać trzeba, że z półek  nad siedzeniami nie mogą  zwisać  nawet paski od plecaków.  Siedmiuset kilometrową trasę do Nankinu pokonaliśmy w trzy godziny i 17 minut.   Tuż przed miastem przejeżdżaliśmy przez most nad rzeką Jangcy (najdłuższa w Azji i trzecia po Amazonce i Nilu na świecie).

Ciekawostką jest fakt, że Nankin również był stolicą Chin. I to aż trzykrotnie na przestrzeni XIV – XX wieku. Zaraz po przyjeździe udaliśmy się do muzeum pamięci  ofiar masakry nankińskiej. Na przełomie roku 1937 i 1938 Japończycy dokonali tu masakry jeńców wojennych oraz ludności cywilnej. Pamiątkowa tablica mówi o 300 tysiącach ofiar, ale ich dokładna ilość jest trudna do ustalenia. Wikipedia podaje na przykład, że śmierć poniosło od 50 do 400 tysięcy osób. Niewątpliwie jednak zarówno rzeź jak i gwałty oraz grabieże miały tu miejsce. Japończycy oczywiście starają się wybielać. Wycofali nawet ze szkolnych podręczników informacje o tej zbrodni. 

To miejsce pamięci odwiedza wielu Chińczyków. Dopiero tutaj zwróciłem uwagę, że prawie wszyscy chodzą z termosami. Okazuje się, że Chińczycy lubią rozgrzewać się od środka. Niekoniecznie herbatą, często jest to sam wrzątek.

  Z muzeum  masakry jedziemy na starówkę, do  mieszczącej się w odbudowanym w 1984 roku kompleksie Fuzi Mao Świątyni Konfucjusza. Przed wejściem stoją kulisi z ręcznymi rikszami. Na okolicznych uliczkach olbrzymie tłumy ludzi. Jest sobota, więc trudno się dziwić. Wszechobecne korki. Na nasz autokar czekamy przez 40 minut. W mieście niespotykana plątanina  estakad, przypominająca kłębowisko węży.

  Nasz hotel nazywa się Excemon  Jiangsu New  Century. Oprócz  kapci, szlafroków, herbaty, grzebieni, szczoteczek do zębów, pasty  i wody na gości oczekuje także … parasol.

  Od pilota Tomka dowiadujemy się, że w Chinach publiczne wysmarkiwanie nosa  uchodzi za nietaktowne. Natomiast mlaskanie, dłubanie w nosie, siorbanie i plucie jest jak najbardziej w porządku

  Udajemy się rano nad rzekę Jangcy.  Jest słaba przejrzystość powietrza, ale drugi brzeg dzisiaj widać.

 Jedziemy w stronę gór  Szkarłatnego Złota lub inaczej Purpurowych.  Znajduje się tutaj mauzoleum dr  Sun Jat-sena,  pierwszego prezydenta  Republiki Chińskiej. Do zamkniętych drzwi komory grobowej z trumną  polityka i rewolucjonisty trzeba wspiąć się po 392 schodach. Ogrom  turystów. Na samym szczycie biały  posąg Sun Jat-sena. Czy było warto wspinać się? Owszem, dla pięknych widoków i poprawienia kondycji.

 Przez kolejne trzy godziny jedziemy do Wuxi. Konkretnie nad jezioro Tai (trzecie pod względem wielkości w Chinach), po którym odbywamy 40-minutowy rejs statkiem wycieczkowym. Oglądamy stojące na kotwicach dżonki. Czas umila nam śpiewem i grą na instrumencie z bambusa członkini załogi. Wcześnie poczęstowała nas herbatą.

 Przed kolacją dojeżdżamy do Suzhou -  miasta  ogrodów,   jedwabiu,  haftu  i kanałów.  Suzhou przez kilka lat  było też stolicą państwa Wu (w epoce Trzech Królestw). Dzisiaj przejechaliśmy 280 km, co zajęło nieco ponad 6 godzin. Zostajemy zakwaterowani w hotelu Central. Jest bardzo czysty i dobrze wyposażony.

 „Rano  deszczowo. Śniadanie  bardziej europejskie. Zatkana muszla” – napisałem w swoich notatkach. O co chodzi z tą muszlą? Otóż w chińskich toaletach w większości są rury odpływowe o małych średnicach. Wystarczy więc na chwilę o tym zapomnieć i wrzucić zużyty papier toaletowy do sedesu zamiast do stojącego obok kosza, a nieszczęście gotowe.

 Dzień pod znakiem parków i ogrodów. Najpierw jedziemy do parku centralnego, gdzie oglądamy Chińczyków ćwiczących Tai chi. Niektórzy z nas, z lepszym lub gorszym skutkiem, przyłączają się do poszczególnych grup.

 W Suzhou, podobnie zresztą jak i w innych chińskich miastach, przy ulicach rośnie mnóstwo platanów.

Z parku jedziemy do Ogrodu Lwi Zakątek. Prawda, że te chińskie nazwy są ciekawe? A dlaczego akurat lwi? Ano dlatego, że pośród różnych skalnych figur rozlokowanych w całym ogrodzie jedna do złudzenia przypomina lwa. Znajduje się tu kilka pawilonów ze starymi meblami, obrazami i rzeźbami. Są skalne labirynty, bambusy, kwiaty, a także oczko wodne.

 W Suzhou produkcją jedwabiu zajmowano się już w XIV wieku. Jedziemy zatem do tak zwanej fabryki jedwabiu. Na początku, podobnie jak w innych tego typu miejscach, zapoznajemy się pokrótce z historią jedwabnictwa. W Chinach wytwarzano go podobno już 3600 lat przed naszą erą. Jak powstaje? Najkrócej rzecz ujmując – larwy jedwabnika zjadają liście morwowe lub dębowe. Następnie owijają się w kokon. Ten zaś wrzuca się do wrzątku, po czym wyłuskuje się kolejne nici i nawija na szpule. Cały ten proces obserwujemy w specjalnie zaaranżowanej pracowni. Dowiadujemy się też, że prawdziwy jedwab pali się na popiół, gdy na przykład poliester topi się.

Po tym teoretycznym przygotowaniu wchodzimy do ogromnego sklepu. Czego tu nie ma?! Kołdry, poduszki, apaszki,  koszule, bluzki itp. Są nawet obrazy malowane na jedwabnej tkaninie. Owszem, piękne. Ceny też są ładne, np. 350 tyś. juanów za widoczek z kwitnącymi kwiatami. Kołdra King o wymiarach 240 x 220 cm kosztuje 850 juanów (w sklepie w Luzhi widziałem podobną za 450 juanów).

Kolejnym odwiedzonym przez nas ogrodem jest Ogród Mistrza Sieci. Jest on najmniejszy ze wszystkich 69 ogrodów zachowanych w Suzhou, ale niewątpliwie najbardziej urokliwy. Zajmuje tylko 0,4 ha powierzchni. Kiedyś był to obiekt mieszkalno-wypoczynkowy. Mamy tutaj osobno pawilon męski i kobiecy. Jest też pracownia malarska, w której mistrz z upodobaniem malował tygrysy, a jednego nawet hodował. Poza tym podziwiać można małą sadzawkę i bonzai. Jak w każdej atrakcji turystycznej nie brakuje tu  też sklepu z pamiątkami.

W tym samym dniu wizytujemy też  miejsce zwane Instytutem Jedwabnictwa i Haftu. Tu także, jak wszędzie w tego typu miejscach,  czeka nas krótki wykład. Dowiadujemy się, że w Suzhou znajduje się jedna z czterech głównych szkół haftu w Chinach.  Największym jej osiągnięciem jest haft dwustronny, polegający na tym, że z dwóch stron powstają różne obrazy. Sztuka haftowania jedwabną nicią, która jest cieńsza od włosa, wymaga benedyktyńskiej wręcz cierpliwości i dobrego wzroku. Możemy się o tym przekonać obserwując pracę dwóch artystek, które żmudnie przeplatają cieniutką nitkę na satynowej osnowie.

Obrazy przedstawiające zwierzęta, kwiaty, krajobrazy, scenki rodzajowe czy ludzkie twarze są naprawdę piękne. Niestety, nie wolno ich fotografować. Nie mogłem jednak oprzeć się chęci uwiecznienia  wyhaftowanego portretu księżnej Diany. Jest on wręcz zjawiskowy. Takie i podobne arcydzieła powstają podczas tysięcy godzin  wytężonej pracy. Siłą rzeczy nie mogą więc być tanie. Jeden z wystawionych haftów, który powstawał przez 5 lat i wykonywały go dwie hafciarki, wyceniono na 3,5 miliona juanów. Jednakże w sąsiedniej sali, do której nas wkrótce zaprowadzono, były też małe obrazki, haftowane przez adeptów  tej trudnej sztuki. Te były już dostępne cenowo dla przeciętnego turysty (300 – 600 juanów).

Po zaliczeniu ogrodów, jedwabiu i haftu przyszedł czas na czwartą atrakcję Suzhou, czyli kanały. Jest ich tutaj 16. Nie bez kozery więc miasto to nazywane jest Wenecją Wschodu. Odbywamy spacer nad jednym z nich zabytkową uliczką Shantang. Jej długość wynosi niecałe 4 kilometry. Nazywana jest jednak siedmiomilową, bo tyle wychodzi według tradycyjnej chińskiej miary li. W okolicy jest mnóstwo sklepików rozmaitych branż. Dominuje niska zabudowa. Jest sporo lampionów i suszącej się przed oknami bielizny. Za fasadami, w głębi podwórek, widać ubogie i zaniedbane domki.

Piwo Tsingtao: 0,33 l - 4 juany;  05 l  - 6 juanów  (w małym  sklepie  właściciel chciał  10).

Kolejnego dnia jedziemy do Szanghaju. Po drodze zatrzymujemy się w  Luzhi,  zabytkowej wiosce (teraz już chyba mieście)  z 1400 letnią  historią. Wcześniej przejeżdżamy przez tunel wybity pod jeziorem. Luzhi ma sporo kanałów, a jeszcze więcej kamiennych mostów. Odbywamy półgodzinny rejs łódkami. Sternikami i jednocześnie wioślarkami (nietypowe obrotowe wiosło z tyłu łodzi) są kobiety. Podczas przepływania wąskim kanałem wzdłuż równie wąskich uliczek, pełnych sklepików i zakładów usługowych, umilają nam czas śpiewem.

Potem mamy godzinny spacer po starówce. Nabywamy  plecak za 60 i torbę za 30 juanów.

Do Szanghaju pozostało nam już tylko 93 kilometry. Pokonujemy je w dwie godziny i 47 minut. Przy wjeździe zadziwia nas widok mnóstwa bielizny suszącej się pod oknami wieżowców.

Zwiedzanie rozpoczynamy od Świątyni  Nefrytowego Buddy pochodzącej z 1882 r. Otacza ją las wieżowców. W bocznych pawilonach świątyni znajdują się dwa posągi Buddy. Tego leżącego można fotografować, natomiast siedzącej postaci nie wolno. Dlaczego? Generalnie Chińczycy niechętnie patrzą na robienie zdjęć posągom. W niektórych przypadkach  zabraniają więc uwieczniania ważnych dla nich postaci.

Tego popołudnia odwiedziliśmy jeszcze  Muzeum Szanghajskie oraz Bund, czyli nabrzeże rzeki Huang Pu. Jest to doskonały punkt widokowy na dwie części miasta. Z jednej strony widać budowle utrzymane w stylu kolonialnym, zaś z drugiej nowoczesne wieżowce z Perłą Orientu na czele. Jest to piąta pod względem wysokości wieża telewizyjna na świecie -  468 m. n.p.m..

Nasz siódmy i ostatni hotel nazywa się Kingtown. Mieszkamy na dwudziestym piętrze z   panoramą na starą  dzielnicę  i nowoczesne wieżowce.  Hotel jest zapyziały i stary. W sąsiedztwie  katolicki kościół, jedyny jaki widzieliśmy podczas pobytu w Chinach. Gdyby nie krzyż na frontowej ścianie, nie można byłoby odróżnić go od buddyjskich świątyń..

 O dziewiętnastej wyruszamy na wieczorny rejs po Huang Pu Bilet kosztuje 120 juanów, ale my płacimy 30 USD. Różnicą dzielą się zapewne lokalni kontrahenci z naszym biurem. Płyniemy przez 40 minut. Ze wszystkich stron zmysł wzroku atakują przepięknie podświetlone budynki. Widoki są naprawdę niesamowite. Na statku tłumy Chińczyków. My jesteśmy chyba jedynymi Europejczykami.

Rano jedziemy na przeciwległy do Bundu brzeg Huang Pu, czyli Pudong. Tutaj właśnie wzniesiono w 1994 roku wspomnianą wieżę telewizyjną. Przechodzimy podwójną kontrolę (nawet zapalniczka się nie prześlizgnie), po czym szybką windą wjeżdżamy na poziom 263 metrów. Z  mieszczącej się tutaj przeszklonej kopuły rozciąga się widok na wszystkie strony Szanghaju. Niestety, smog ogranicza widoczność. Po jakimś czasie schodzimy schodami na poziom 259 m. Tu można pospacerować po szklanej tafli, pod którą jest już tylko powietrze i ziemia. Nie odczuwam jednak żadnego dreszczyku emocji. Wolałbym skywalking z efektem pękającej szyby.

Po zjeździe na dół odwiedzamy Muzeum Szanghaju. Moim zdaniem jest ono znacznie ciekawsze od tego, w którym byliśmy wczoraj. Przeczytałem gdzieś, że wejście do muzeum jest w cenie biletu na wieżę. Może kiedyś tak było. Teraz kosztuje to 25 juanów.

Po wyjściu z Perły Orientu jedziemy na ogromny podziemny bazar. Spędzamy tu dwie godziny. Wybór towarów jest przebogaty. Ceny oczywiście z sufitu. Trzeba ostro się targować, aby w końcu nabyć dany przedmiot za jedną trzecią lub nawet jedną czwartą ceny wywoławczej. W ten sposób nabywamy walizkę podróżną za 200 juanów, plecak za 225 i parę innych drobiazgów.

Magnesy 48 juanów za 10 sztuk – sprzedawca chciał najpierw 150. Latawiec za 25, który również wyceniano na 150, pamiątkowa łyżeczka stargowana z 68 na 20 juanów.

Po południu spacer po odbudowanej starówce. Po raz pierwszy dopada nas deszcz. Jednak w Szanghaju jest to podobno normą. Zaliczamy jeszcze deptak przy handlowej ulicy Nankińskiej, przy której pełno jest markowych i drogich sklepów. I w zasadzie to już koniec naszej wycieczki…

Ireneusz Gębski

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.