Wasze wyprawy

Gonimy kurczaki- wolonturyzm na farmie w Argentynie

Siejemy trawę

fot.: InSearchOfUmami

Siejemy trawę
Wolonturyzm to nowa forma podróżowania poprzez pracę. Czego można się spodziewać i jak to zorganizować? O tym poniżej:)

Okazuje się, że wcale nie tak prosto znaleźć wolontariat. Farmy, hostele często nawet nie odpisują a już na pewno nie czekają właśnie na nas. Mają dużo chętnych. O schroniskach dla zwierząt już nawet nie ma, co marzyć, za większość trzeba zapłacić. Wolontariat stał się biznesem i to całkiem sporym, na którym można dużo zarobić. Zadziwia nas ile spotykamy osób, które chcą „pomóc” na tydzień, na chwilkę, żeby powiedzieć, że pomogły. Właśnie te osoby są najbardziej chętne, aby za takie doświadczenie zapłacić i to słono. I tak „pomagają” lwom, małpkom, lokalnym tubylcom.

„Ja parę lat temu pojechałam budować domy dla biednych w Gwatemali. Teraz tam wróciłam żeby zobaczyć jak lokalna rodzinka sobie tam żyje i na miejscu zobaczyłam grupę wolontariuszy budujących dom…w tym samym miejscu, z tych samych elementów”. Okazało się, że firma rozbierała konstrukcje po każdym „turnusie” i zapraszała nowych. Oczywiście słono za to płacili…

Tym bardziej cieszymy się, że po długich poszukiwaniach znajdujemy w końcu farmę, która bardzo chce nas przyjąć. W opisie ich działalności są kury, konie, krowy, warzywa a nawet projekt zalesianie. Trochę nas przeraża, że nie ma adresu. Wiemy, że jest dość blisko małej nadmorskiej miejscowości- Miramar i że musimy dojechać na określony kilometr głównej drogi a później jeszcze przejść 3 km „w głąb lądu”. Nic dziwnego, że i kierowca lokalnego autobusu jest zaintrygowany. Po co? Dlaczego? Gdzie to jest … Wysiadamy z autobusu na uzgodnionym kilometrze i kierujemy się „w głąb lądu”. Idziemy przez pola, trawy, właściwie przez nic. Nie widać żadnych domów, krów, niczego. W końcu natrafiamy na mały domek. Tam dobijamy się do drzwi i pytamy o naszą farmę. „Nie znam, nigdy nie słyszałem” mówi nam sympatyczny starszy Pan. Argentyńska gościnność bierze górą i zaprasza nas do swojego pickupa i razem szukamy farmy. Opowiadamy mu, po co przyjechaliśmy i co chcemy robić.  „Jak nie znajdziecie to możecie u mnie trochę zostać” mówi wesoło, ciesząc się na potencjalne towarzystwo. Już zaczynamy oswajać się z tą myślą, gdy nagle widzę tabliczkę „naszej farmy”. Żegnamy się z naszym, już mniej wesołym, kierowcą i obiecujemy go odwiedzić w wolny dzień… oczywiście jak uda nam się dojść pieszo, bo to jednak kawałek.

Na bezdrożach Argentyny
Na bezdrożach Argentyny

Okazuje się, że farma to rodzinny domek, który przez lata był zaniedbany i opis działalności był raczej marzeniami rodziny na przyszłość. Szkoda, że nie był napisany w czasie przyszłym żeby wolontariusze mogli sobie zdać z tego sprawę. Na farmie są wprawdzie konie, kury i trochę drzew, ale ogród warzywny jest absolutnie zarośnięty i projekt zalesiania to po prostu zamiar posadzenia drzewek... kiedyś. Trzeba zacząć wszystko od nowa. Zabieramy się za składanie łóżek, na których będziemy spali w naszym małym baraku dla pomocników. Prócz nas do pracy na farmie stawia się jeszcze Kati z Niemiec i Travis ze Stanów. Po złożeniu łóżek zajmujemy się szukaniem jajek razem z Vicky, naszą „szefową”. To farma jej rodziców, ale jej marzenie i wizja. Jak każdy nowy w tej dziedzinie specjalista, ma określony pomysł i chce by wszystko odbywało się jak najbardziej naturalnie, dlatego kurczaki biegają wszędzie a co za tym idzie jajek można szukać po całej posesji. Zajmuje to niestety dużo czasu. Oczywiście jeszcze bardziej czasochłonne jest gonienie kurczaków, gdy jeden ma stać się kolacją…

Naprawiamy piecyk
Naprawiamy piecyk

Prócz tego Vicky chce zacząć sadzić drzewa, jej mama (Vivi) chce ogród warzywny a jej tata (Julio) chce zbudować szklarnie. Nie ma konkretnego planu działania ani potrzebnych narzędzi, więc głównie improwizujemy i staramy się naj najwięcej pomóc i wprowadzić jakąś organizację. Dodatkowo w nocy, gdy pada deszcz musimy cały czas przesuwać łóżka spod nowoodkrytych dziur w dachu. Ponadto obmyślamy sposoby eksterminacji wszędobylskich myszy, które sukcesywnie zabierają się za nasze książki, jedzenie a nawet paszport Kati.

 

Mimo kiepskich warunków bawimy się każdego dnia przednio. Nie dość, że budujemy pomagamy komuś spełniać marzenie to jeszcze uczymy się sporo o Argentynie. Oboje dużo czasu spędzamy z Vivi, która pokazuje nam wszystkie swoje kulinarne sekrety, jak zrobić chleb lub likier kawowy, jak zaparzyć mate, jak zrobić konserwy. Powoli stajemy się członkami rodziny. Szczególnie ja spędzam długie godziny sącząc argentyńskie mate (argentyńska „zieloną herbatę”) i dyskutując o sytuacji Argentyny. Julio opowiada mi jak trudno jest żyć w kraju, który stara się skupić na sobie. Trudno tu dostać dobre słodycze, komputer lub cokolwiek innego, czego tutaj się nie produkuje. Większość to „industria Argentina” (przemysł lokalny). Ci którzy chcą czegoś z zagranicy muszą słono zapłacić o ile w ogóle uda się im cokolwiek sprowadzić. Niestabilność lokalnego peso sprawia, że dolary są tutaj na wagę złota. Zwłaszcza, że przeciętny Argentyńczyk nie może po prostu pójść do kantoru i wymienić pesos. O zgodę na takie transakcje trzeba się starać wcześniej i odpowiednio tu umotywować na przykład wakacjami i oczywiście udowodnić, że zarabia się „wystarczająco” na taki wyjazd. Niestety nigdy nie przydziela się więcej niż paręset dolarów a to nie dużo. I tu pojawia się ich „niebieski” rynek. Blue dolar jak go tu nazywają to dolar, który wymienia się u Panów na ulicach wszystkich większych miast. My, jako obcokrajowcy zarabiamy na tym sporo, bo gdy normalny dolar kosztuje 10 pesos, dolar blue można sprzedać nawet za 14 pesos. Obniża to znacznie koszty podróży w tym drogim kraju. Julio i jego rodzina za to, są sfrustrowani, że dla nich wszystko jest droższe…

Czekając na asado
Czekając na asado

Ale to nadal Argentyna i gromadzenie się w każdy weekend na grilla (asado) to świętość. Tutaj nie kupuje się trochę mięsa i kiełbasek tylko prawie całą krowę. Tą mocuje się na specjalnym metalowym stelażu i mistrz ceremonii siedzi przy niej godzinami cały czas ją obracając, smarując, opuszczając i podnosząc znad ogniem. Taka praca to zaszczyt i mistrz ceremonii nie da się za nic wyręczyć. Na ognisko zjeżdża się cała rodzina i wszyscy przyjaciele. Weekendy to niby nasze wolne dni, ale asado nie przegapilibyśmy za nic. Jest to najlepsza możliwość żeby poznać prawdziwą Argentynę, skosztować sławnego mięsa, chimichurri (tradycyjnego sosu zmieszanego z różnych przypraw), napić się wina i poznać nowych przyjaciół.

Mimo, że farma nie ma nic wspólnego z opisem cieszymy się każdym dniem, każdym tygodniem. I każdemu takich właśnie wolontariatów życzymy!

Gdzie szukać wolontariatu?

Zależnie od rodzaju pracy są różne stronki żeby czegoś interesującego poszukać. Jeżeli chodzi o wolontariat na farmach to najpopularniejszy jest WWOOF. Organizacja ta jest w wielu krajach i zrzesza mnóstwo gospodarstw rolnych, małych i dużych. Wadą jest niestety fakt, że każdy kraj działa na osobnych zasadach i ma osobną bazę danych, więc i opłaty członkowskie uiszcza się w każdym z nich osobno. Pod tym względem Workaway jest zdecydowanie lepszą opcją, bo tutaj już płaci się na dwa lata i cały świat. W ich bazie można znaleźć wolontariaty różnego typu na całym świecie. Możesz uczyć angielskiego w Nepalu, zbierać ziarna kawy na Kostaryce lub uczyć jogi w Argentynie. Możliwości są ogromne, a więc i liczba chętnych duża. Pojawia się kolejne pytanie…

Jak dostać się na wolontariat?

Przede wszystkim musisz zapomnieć o myśli, że wszyscy czekają na twoją pomoc. Chętnych jest dużo a ciekawych pozycji zdecydowanie mniej. Trzeba, więc się czymś wyróżnić. Warto zaprezentować siebie i swoje umiejętności ciekawie i zawsze napisać bardzo spersonalizowaną wiadomość. Dlaczego akurat ta farma? Dlaczego ten rodzaj pracy? Ważne jest też by być elastycznym, niektórzy potrzebują wolontariuszy natychmiast, inni z dużym wyprzedzeniem, niektórzy chcą kogoś na dwa miesiące, inni na dwa tygodnie. Nigdy nie można się też poddawać, bo z wszystkich listów, które roześlesz, odpisze tylko kilka…

Na co zwrócić uwagę?

Nie zapominaj, że ideą wolontariatu jest płacenie za wyżywienie i nocleg twoją pracą. Zastanów się, czego oczekujesz i nie ustępuj. Wiele organizacji zarabia na „drobnych” opłatach, o które cię proszą, „bo inaczej nie mogą się utrzymać”. Często mówią, że to tylko na twoje wyżywienie, że nocleg jest już za darmo. Często jest to jednak nieprawda i przeciętna osoba z zachodu, która nie zna cen i realiów danego kraju myśli, że to faktycznie nieduże kwoty. Z góry zakładamy też, że organizacje ochrony przyrody są dobre, charytatywne i prawdomówne. Niestety rzeczywistość bywa inna. Warto przeczytać wszystko o programie przed podjęciem decyzji. Na workaway są również opinie ludzi, który dany wolontariat odbyli. Oczywiście opinii jest tyle ile ludzi, ale wspominają tam czasem na przykład, o opłatach, jakie uiścili. Zawsze warto zapytać potencjalnego pracodawcę, co dokładnie będzie zapewnione a za co trzeba zapłacić. My wyznajemy zasadę, że nie płacimy za nasz nocleg i tego zawsze się trzymamy. Kiedyś pojechaliśmy na farmę gdzie nie było „pełnych etatów” i pracowaliśmy na „pół etatu” a drugą połowę naszego utrzymania musieliśmy zapłacić w gotówce. Było to nasze najgorsze doświadczenie i obiecaliśmy sobie, że już nigdy się tak nie nabierzemy. I tego życzymy wszystkim, żeby się nie dali nabrać. I żeby próbowali. Bo jak się udaje to zdobywa się doświadczenie życia.  

Spacerek
Spacerek

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.