Wasze wyprawy

Góry Przeklęte, góry wspaniałe

Góry Przeklęte, góry wspaniałe

fot.: KarolNienartowicz

Mało jest już w Europie takich gór, gdzie można wędrować w szczycie sezonu przez cały dzień i nie spotkać ani jednej osoby. Tutaj jest to jak najbardziej możliwe – a kiedy nawet spotka się innego wędrowca jest to przyjemność, a nie konieczność.

O godzinie 20.06 odjechaliśmy z Podgoricy autobusem w kierunku Gusinje. W mieście chyba coś świętowali, bo choć dochodziło wpół do pierwszej w nocy kiedy dojechaliśmy, całe miasto roztańczone bawiło się przed miejscową dyskoteką. Kiedy krzątaliśmy się bezwiednie po osiedlach, zaczepili nas jacyś faceci z baru z propozycją noclegu. Odmówiliśmy grzecznie, dodając, że jedziemy do Vusanje – ostatniej miejscowości w Czarnogórze, skąd rusza szlak w Góry Przeklęte. Jednemu z nich włączył się od razu pstryczek do biznesu i zaproponował nam podwiezienie za 10e. Niestety źle trafił, bo raczej wolelibyśmy poczekać do rana i złapać stopa. Mieliśmy jednak szczęście, bo wtrącił się do rozmowy ich znajomy, w podeszłym już wieku, którego oni sami nazywali swym bossem. Kiedy usłyszał o Vusanje i o celu naszego wyjścia, czyli Maja Jezercë, zaoferował nam swoją pomoc. Facet zawiózł nas ostatnie 7 km. Waliło od niego alkoholem, a w czasie jazdy ciągnął jeszcze piwsko i zagryzał je pizzą. Przywiózł nas w miejsce, gdzie było zupełnie płasko, pożegnał się i odjechał swoją terenówką nie żądając od nas kasy. Oślepieni światłami samochodu staliśmy jeszcze przez moment. Było zupełnie ciemno, ale po chwili, kiedy oczy przyzwyczaiły się do mroku, ujrzeliśmy to co było przed nami: morze postrzępionych szczytów i rozgwieżdżone niebo ponad nimi. Staliśmy na wprost Gór Przeklętych! Minął dokładnie tydzień od dnia, kiedy kroili mi piętę w tirańskim szpitalu po nadepnięciu na jeżowca w Morzu Jońskim i w życiu bym się nie spodziewał, że tak szybko znajdę się w górach. Obudziłem się jak zwykle dość wcześnie i wyjrzałem z namiotu na te same szczyty, które w nocy sięgały gwiazd. Teraz były białe od słońca. Góry Przeklęte są najwyższym pasmem całych Gór Dynarskich. Leżą na terytorium trzech państw – Albanii, Czarnogóry i Kosowa. W Czarnogórze nazywane są Prokletije, zaś od strony albańskiej Bjeshkët Nemuna. Stanąłem z mapą i kompasem, żeby ustalić nasze położenie i od razu stało się jasne, gdzie jesteśmy. Nasz namiot stoi dokładnie u wylotu Doliny Ropojany, która będzie kierunkiem marszu tego dnia. W stronę wschodnią zaś odchodzi wyraźnie węższa i bardziej zarośnięta dolina, którą trzeba pójść, chcąc zdobyć najwyższy szczyt Czarnogóry – Złą Kolatę. Na rozwidleniu obu dolin stoi niewielki meczet – charakterystyczny punkt orientacyjny. Wyszliśmy około 8 rano, ale zanim weszliśmy do Ropojany obejrzeliśmy jeszcze ogromną misę skalną wyżłobioną przez rzekę. Jest to kocioł o szerokości i głębokości kilkunastu metrów, do którego rzeka spada wielkim wodospadem i znika gdzieś w skałach. Ponieważ jesteśmy w terenie zbudowanym ze skał wapiennych podobnych zjawisk można obserwować więcej. Po wejściu do doliny warto podejść przez las do najsłynniejszego wywierzyska w Prokletije – Oko Skakavice. Wypływa z niego rzeka Skakavica będąca dopływem Grlja. Źródło tworzy w tym miejscu jeziorko o wielkości około 30x25 metrów i niewiarygodnej głębokości 8m. Woda jest lodowata i idealnie przejrzysta, a uroku dodaje jej mocny seledynowy kolor. Miejsce jest w regionie dość dobrze znane, dlatego zwykle można spotkać tu ludzi. Niedaleko Oka spotkaliśmy faceta, który przyjechał do doliny traktorem – polskim Ursusem zresztą, i zaprosił nas na przejażdżkę. Siedliśmy na błotnikach i doświadczyliśmy miłej przygody, bo pan podwiózł nas aż do miejsca, gdzie droga traci przejezdność. Trzęsło niesamowicie, ale i tak była to nasza najbardziej nietypowa jazda w ciągu całego wypadu. Dalej udaliśmy się pieszo, facet szedł w tę samą stronę co my, ale miał szybsze tempo, bo nie ciążył mu wielki plecak a jedynie mały chlebaczek. Z drogi wspaniałe widoki na skalne ściany niezwykłego masywu Karanfili, który widzimy po prawej stronie. To jeden z popularniejszych szlaków w Górach Przeklętych, nawet ponoć z Ropojany biegnie tam jakaś droga, ale nie jest wyznakowana. Z dołu widzieliśmy jednak grupkę ludzi, którzy próbowali tędy schodzić, ale najpewniej nie zlokalizowali szlaku bo zsuwali się po piargach. Po kilku kilometrach marszu dotarliśmy do ułamanego słupa z kierunkowskazami. Według informacji tam zawartych, mamy jeszcze 15 godzin marszu do Maja Jezercë. Nie jest to chyba szacunek bardzo przesadzony. Obecność tej tablicy nawet nas ucieszyła, bo choć góry są bardzo dzikie, to jednak od kilku lat nieźle oznakowane. Szlaki wymalowano po 2000 roku białymi kropkami w czerwonej obwódce, a w miejscach rozejść czerwoną farbą wykonano czytelne napisy na skałach. No i w jednym miejscu stoi ten ułamany metalowy drogowskaz. Według tablic i mapy powinniśmy gwałtownie skręcić w lewo, kierując się na polanę Zastan Ropojanski. Z wygodnej szerokiej drogi skręciliśmy w przecinkę zarośniętą bujną wilgotną trawą. Przechodząc trawą natknęliśmy się na najgroźniejszego węża jakiego można spotkać na Bałkanach – żmiję nosorogą z charakterystycznym rogiem na nosie. Gad przepełzł leniwie kilkanaście centymetrów od naszych butów! Żmija nosoroga to największy wróg człowieka w tych górach – ukąszenia są śmiertelne, a w razie wypadku nawet nie ma jak wezwać pomocy – ludzi tu nie ma, komórki nie mają zasięgu, pogotowie górskie nie istnieje. Kawałek dalej, kiedy wyszliśmy z powrotem na szerszą drogę, znów natknęliśmy się na węża. Nie była to już żmija nosoroga, ale i tak szybko minęliśmy poskręcanego gada. Nie wiem co to za gatunek, ale zwróciliśmy uwagę, że miał kilka metrów długości. Niedługo dotarliśmy do Polany Zastan. Przeszliśmy koło stojącego tu domu, w którym jeszcze do niedawna mieszkała rodzina pustelnicza, żyjąca na tym odludziu. Obecnie dom stoi pusty i nie wiadomo gdzie podziała się mieszkająca w nim familia. Pozostałością po nich są 2 zagospodarowane źródełka, które czynią ten rejon Gór Przeklętych przyjaznym turyście. Woda jest czysta i zimna, ale najważniejsze, że w ogóle jest. To kolejne udogodnienie obok dobrego oznakowania szlaków. Choć znajdujemy się dopiero na wysokości 1300 m, to z polany obserwowaliśmy pierwsze wspaniałe widoki na otoczenie doliny jezior, do której będziemy szli. Dalsza droga długo wiodła lasem, cały czas pnąc się stromo do góry. W lesie spotkaliśmy naszego traktorzystę, który pospiesznie schodził i tylko nam się ukłonił. Wyjście z lasu po 400 metrach podejścia rozpoczęło najwspanialszy fragment trasy. Otworzyły się wspaniałe widoki na okoliczne skaliste szczyty, które zamykają dolinę Buni Jezercës. Doszliśmy do granicy państwowej między Czarnogórą a Albanią. Warto w tym miejscu powiedzieć kilka słów o tej granicy, gdyż aby dojść wyznakowanym szlakiem z Vusanje na Maja Jezescrë trzeba ją nielegalnie przejść. Oczywiście przekraczanie granicy jest niedozwolone, mimo że biegnie tędy szlak, ale południową Czarnogórę zamieszkuje mniejszość albańska, która nie robi z tego żadnych problemów. Na szlaku do jezior pojawiło się kilku turystów i wszyscy oni złamali prawo dochodząc do Buni Jezercës. Granicę wyznacza sporej wielkości betonowy słupek, który jest jednak złamany i jego większa część leży w trawie. Co ciekawe słupek zgodnie z napisami rozdziela Albanię z Jugosławią, oznaczenia Czarnogóry nigdy nie zostały nań naniesione. Po przekroczeniu granicy znaleźliśmy się u wylotu doliny Buni Jezercës, gdzie ukazuje się przepyszna panorama trzech z sześciu jezior i całego otoczenia. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że to miejsce w świetle popołudniowego słońca prezentuje się naprawdę wspaniale i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że nie ustępuje otoczeniu najpiękniejszych jezior tatrzańskich. Obchodząc z wolna dolinę, mijamy kolejne jeziora dochodząc aż do ostatniego – największego i najpiękniejszego. Chłoniemy wspaniałe panoramy tego pięknego, dzikiego i bezludnego zakątka. Oprócz skały jest tu też mnóstwo zieleni, co odróżnia te góry od innego pasma, które jest trochę podobne – Alp Julijskich, gdzie zieleni jest stosunkowo niewiele. Około godziny 17 rozstawiliśmy namiot u brzegu ostatniego jeziora i jest to 7 namiot w okolicy tego zbiornika, ale nie ma się co dziwić, skoro jesteśmy na najpopularniejszym szlaku Gór Przeklętych. Wszystkie namioty należą do ludzi, którzy dziś zeszli z Maja Jezercë, więc jutro nie będzie tłoku na szlaku. Do doliny przychodzi też trochę ludzi na lekko, których celem jest tylko zobaczenie tego miejsca i powrót na dół do zaparkowanego samochodu. Już około 18 nasz namiot został pożarty przez cień, który w głębokiej dolinie pojawia się bardzo szybko, choć na szczytach słońce można było obserwować do 20. Klimat jest tu zdecydowanie bardziej alpejski niż śródziemnomorski, dzięki czemu wreszcie mogliśmy chwilę odpocząć od ponad 30 stopniowych upałów. Przydały się długie spodnie i koszule, których przez 2 dotychczasowe tygodnie wyjazdu nie użyliśmy ani razu. Tutaj o poranku i wieczorem są już niezbędne. Wstaliśmy o 5 i choć bardzo nam się nie chciało zwlec, bo było wyjątkowo zimno, ruszyliśmy na szlak już o 5.40. Pierwszy raz przydały się zabrane z Polski kurtki i znów długie spodnie. Początek znakowanego szlaku to łagodne wznoszenie się drogą aż do kotła pod wysokimi szczytami zamykającymi tę część doliny jezior. Początkowo wzdłuż jeziora, dalej po kamieniach, a w kotle także po śniegu, którego jest tu wciąż bardzo dużo. Droga, która od samego Vusanje była świetnie oznakowana trochę się pod tym względem zepsuła. Znaki czasem zanikają i nie zawsze wiadomo gdzie iść. Po wejściu w mocno zerodowany skalny labirynt, który niewielkim garbem wystaje w środku wielkiego kotła, zgubiliśmy znaki i jakiś czas błądziliśmy klucząc między szczelinami. Kierowaliśmy się intuicyjnie do końca skalnego grzebienia i doszedłszy na jego skraj zauważyłem właściwą ścieżkę wydeptaną na ogromnym śnieżnym płacie. Zeszliśmy tamże i podążaliśmy już dobrą drogą aż do przełęczy Qafa Emal (2331m), która rozdziela szczyty Maja Jezercë i Maja i Kokervhakes. Z początku, idąc doliną, nie wiedzieliśmy na który szczyt zmierzamy, bo z dołu kilka z nich wygląda podobnie. Od doliny jezior w ogóle nie widać Maja Jezercë, a po wejściu do kotła góra wciąż wygląda bardzo niepozornie, stłamszona przez skalne kolosy znajdujące się bliżej, jak Maja e kolacit (2490m) – jedną z nielicznych gór w tym terenie, która nie jest bezimienna. Po wielkim płacie śnieżnym doszliśmy na wspomnianą przełęcz Qafa Emal, gdzie mocno wiało i wcale nie było ciepło. Znów przydały się kurtki a był nawet taki moment, że włożyłem czapkę, choć dotąd szliśmy w krótkich rękawkach. W tym miejscu droga zmieniła swój charakter i przybrała postać perci wysokogórskiej o wielu eksponowanych momentach, często trzeba pomagać sobie rękami na skale, a całość prowadzi bardzo stromo po sypkich kamieniach uciekających spod stóp. Tutaj oznakowanie jest już niezłe i można iść bez pogubienia drogi. Do podejścia jest ponad 350 m, droga nie jest bardzo trudna, ale dość męcząca i nieprzyjemna. Są tu 2 trudne momenty. Pierwszym jest głęboki żleb zasłany śniegiem, ale możliwe, że w połowie sierpnia, kiedy śnieg stopnieje, ten problem znika. Szlak mija płat śnieżny z prawej strony podchodząc bardzo stromo po sypkim piachu i luźnych kamykach. Miejsce wyjątkowo nieprzyjemne i wymagające uwagi, bo jedno poślizgnięcie, przy takim nachyleniu zbocza może się źle skończyć. Drugie miejsce, już mniej wredne znajduje się niedaleko wierzchołka, tuż za skalnym grzybkiem, którego się mija. W zasadzie trudność tego miejsca polega na tym samym co wcześniej – znów grys, piasek i niewielkie luźne głazy przy jednoczesnym mocnym nachyleniu zbocza. Stąd wchodzi się już bezpośrednio na wielkie bloki skalne, które podchodzą do wierzchołka. Wierzchołek Maja Jezercë, który osiągnęliśmy o godzinie 9.40 był dla nas rozczarowaniem. Czerwony żelazny krzyż, który tak wspaniale wieńczył ten szczyt kiedy oglądaliśmy go na zdjęciach przed wyjazdem, teraz leżał wygięty aż do ziemi i robił za ławkę. Tuż obok stoi przykręcona do skał żelazna puszka na zatrzaski z zeszytem wpisów pamiątkowych i pieczątką z albańskim dwugłowym orłem. Tego dnia co my szczyt odwiedziły 3 ekipy – w sumie 8 osób. Nasza dwójka, jakaś para, którą spotkaliśmy na skałach, gdy oni już schodzili i czwórka Czechów, którzy weszli tutaj 10 minut po nas, ale wdrapywali się od wioski Theth. Panorama ze szczytu jest imponująca i obejmuje sporo okolicznych pasm górskich, zarówno w Albanii jak i Czarnogórze oraz Kosowie. Bezchmurne niebo i doskonała widoczność pozwoliły nam oglądać tego dnia bajeczne panoramy. Dopiero ze szczytu widać jak dużo jeszcze śniegu jest w Górach Przeklętych mimo panujących w tym rejonie Europy temperatur. Czesi, którzy siedzieli z nami na szczycie zrobili sobie zdjęcie z czeską flagą, a my, jako, że nie mieliśmy swojej flagi, bo została w namiocie, pożyczyliśmy tę czeską. Zakryliśmy dłonią niebieski trójkąt, by flaga wyglądała jak nasza i jeden z Czechów zrobił nam zdjęcie, pełen podziwu dla polskiej pomysłowości. Zeszliśmy o 11.20 by dojść do namiotu na 14.40. Zejście, choć zapowiadało się nieprzyjemnie – zwłaszcza w tych sypkich momentach, okazało się nietrudne. Wymagało jedynie uwagi w trudniejszych miejscach. Przyjemne i szybkie było zejście płatami śnieżnymi, które zalegają poniżej przełęczy Qafa Emal. Starczyło odpychać się kijami i balansując ciałem spory fragment można było zjechać jak na nartach. W dolinie jezior zupełnie pusto – zniknęły wszystkie namioty. Niestety po 3 dniach żegnamy się z Prokletije by ruszyć dalej. Wrażenia stąd pozostaną na długo, a ogrom gór zachęca do ponownych odwiedzin, gdzie jest wiele prawie dziewiczych tras do złojenia.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.