Wasze wyprawy

Istria wschodnia

Lubenice, Wyspa Cres

fot.: Jola

Lubenice, Wyspa Cres
Znowu Istria? Kolejny raz w to samo miejsce? Często znajomi tak podsumowują nasze plany wakacyjne słysząc, że w tym roku po raz 5 pojechaliśmy na urlop na Istrię. Tak, znowu!

Tak, ale niezupełnie w to samo miejsce, gdyż tym razem nasza baza wypadowa znajdowała się we wschodniej Istrii.

Co takiego jest w Istrii, że ja – entuzjastka poznawania nowych miejsc oraz zadeklarowana Italofilka poszłam na kompromis z mężem, który jest miłośnikiem Chorwacji i zgodziłam się po raz kolejny odwiedzić ten mały półwysep należący w zdecydowanej większości do Chorwacji a tylko w malutkiej części do Słowenii i Włoch?

Prawdę mówiąc nie było to dla mnie wielkie poświęcenie, gdyż Istria łączy włoskie klimaty ze słowiańską gościnnością. Wenecka architektura charakteryzuje jej najpiękniejsze miasteczka – Rovinj oraz słoweński Piran, zielony interior przypomina mi toskańskie wzgórza ze średniowiecznymi miasteczkami na szczycie (Motovun, Grožnjan), otoczone winoroślą i gajami oliwnymi. W każdym miejscu można bez problemu porozumieć się po włosku i degustować włoskie potrawy, które są integralną częścią kuchni istryjskiej.

To właśnie interesujące zabytki oraz wyśmienita kuchnia i wino stanowią główny cel naszych powrotów na Istrię.

Od 2007 roku zatrzymywaliśmy się na wsi niedaleko Umagu w starym kamiennym domu

z dwoma apartamentami dla turystów, którego właściciele: Mirna i Georgio polecili nam winnicę z pyszną Malvaziją, która jest naszą faworytką wśród win białych.

W tym roku mieliśmy do dyspozycji domek z ogrodem niedaleko miejscowości Plomin we wschodniej Istrii, rezerwowany poprzez Airbnb.

Sam półwysep jest na tyle kompaktowy, że w trakcie 2 tygodni oprócz wschodniego wybrzeża, udało się nam odwiedzić po raz kolejny zielony interior z obowiązkowym przystankiem w Grožnjanie i Motovunie, przejechać zachodnim wybrzeżem od Umagu aż do Puli i półwyspu Kamjeniak oraz zwiedzić dwie wyspy Zatoki Kvarner – Cres i Lošinj.

Wschodnia część półwyspu nie jest tak skomercjalizowana jak zachodnia (za wyjątkiem snobistycznej Riviery Opatijskiej), kulinarnie nie odbiega od zachodniej i ma swoje specjalności. Odkryliśmy przy okazji kilka restauracji serwujących doskonałe potrawy z owoców morza, trufli oraz dziczyzny w rozsądnych cenach. Jedyny problem mieliśmy ze znalezieniem dobrej winnicy. Uprawy winorośli i oliwek są widoczne, ale mieliśmy wrażenie, że są one mniej zadbane a „domace vino” i oliwa trudniej dostępne w porównaniu z Istrią centralną czy zachodnią.

Ostatecznie znaleźliśmy ładną winnicę produkującą wina gatunkowe butelkowane w miejscowości Gracišće, z bardzo sympatyczną właścicielką, gromadą psów i zajęcy ale z dosyć wysokimi cenami. Na większe winne zakupy przed wyjazdem pojechaliśmy więc aż 90 km do znanej nam dobrze winnicy we wsi Lovrečica koło Umagu, oliwę udało nam się kupić w rozsądnych cenach na targu w Rovinju i Labinie.

 


Wschodnia Istria – malownicze góry Ućka schodzące do morza.

Ta część półwyspu jest bardziej zróżnicowana niż zachodnie wybrzeże, dodatkowo stwarza możliwości odwiedzenia pięknych wysp Kvarneru: Cres, Krk i Lošinj.

Wschodnie wybrzeże Istrii to przede wszystkim sławna Riviera Opatijska osłonięta od wiatrów górami Ućka. Opatiję zwiedziliśmy w czasie poprzednich wyjazdów tylko raz, i podobnie jak Pula, pozostawiła po sobie mieszane uczucia. Doceniam urok arystokratycznych rezydencji otoczonych wypielęgnowanymi ogrodami z egzotyczną roślinnością, ale pierwsze wrażenie to wielkie hotele, korki i lans na ulicach, problemy z parkingiem oraz duszny klimat, który poza sezonem można nazwać łagodnym, ale w sierpniu jest trudny do zniesienia.

W tym roku chciałam zobaczyć Lovran, mając nadzieje, że zaoferuje nam coś więcej niż zatłoczona Opatija. I generalnie się nie zawiodłam. Lovran ma malutką ale ciekawą starówkę oraz piękne wille – hotele z XIX w. otoczone bujną roślinnością.

Dla mnie zwiedzania miasta jest niepełne bez obowiązkowego espresso i deseru połączonego z obserwacją przechodniów, w Lovranie spróbowałam doskonałego tortu Sachera – widoczne wpływy Monarchii Austro – Węgierskiej w architekturze i kuchni w tym rejonie.

W Lovranie również mieliśmy problemy ze parkingiem, co okazało się typowe dla miasteczek wschodniego wybrzeża ze względu na góry schodzące do morza (bardzo malownicze ale powodujące niestety problemy komunikacyjne). Brak typowych plaż jest rekompensowany kamiennymi i betonowymi tarasami schodzącymi do morza oraz pięknymi widokami. I tutaj duża wilgotność powietrza sprzyja wegetacji roślin ale dla nas była jednak dosyć męcząca.

Jadąc z Lovranu w stronę domu zaplanowałam krótką przerwę na plażowanie w miejscowości Mošćenička Draga. Kamieniczki ze zdjęć w interencie przypominały mi trochę włoskie Portofino. Niestety, jedyne wspomnienie z Mošćeničkiej Dragi to tłok na plaży oraz brak możliwości zrobienia dobrego zdjęcia z powodu ściany parasoli i dmuchanych atrakcji dla dzieci. To wszystko skutecznie nas zniechęciło do dłuższego pobytu.

Ukoronowaniem dnia miała być kolacja w Mošćeničach - miejscowości wznoszącej się nad Dragą na stromym wzgórzu. Z powodów opisanych wcześniej kolację zamieniliśmy na doskonały obiad z pięknym widokiem na wyspę Cres.

Same Mošćeniče są urzekającym miasteczkiem, w którym czas stanął w miejscu.

Kolejnym obowiązkowym punktem zwiedzania w tym roku był Labin ze swoja malowniczą starówką.

To jedno z najładniejszych miast na półwyspie choć o industrialnym epizodzie w przeszłości.

Wymaga niezłej kondycji od zwiedzających, gdyż wszystkie główne atrakcje starego miasta znajdują się na szczycie wzgórza: przechodząc przez bramę miejską stromymi uliczkami udajemy do katedry NMP, oglądamy renesansowe i barokowe pałace oraz pniemy się jeszcze wyżej do murów fortecy oraz dzwonnicy. Nagrodą za trud jest piękny widok na otaczające wzgórza porośnięte winoroślą i gajami oliwnymi z jednej strony i błękitny Adriatyk z drugiej strony.

Dla turystów mieszkających w okolicach Labina atrakcją równięż będzie mieszczący się tam targ, który choć nieduży i starannie zakamuflowany (naprawdę trudno go znaleźć) oferuje wszystko, co potrzebne – świeże ryby i owoce morza, warzywa, owoce, pieczywo, oliwę – wszystko w nieturystycznych cenach. Jeżeli dopytacie handlujących tam ludzi, można również dostać domowe wino, ale... takie „dwa na dziesięć” jak mawia nasza córka.

Plomin, miejscowość znajdująca się najbliżej naszego domu była dla mnie odkryciem: praktycznie opuszczone kamienne miasto wznoszące się na wzgórzu nad zielonym fiordem może mieć duży potencjał turystyczny pomimo niezbyt zachęcającego sąsiedztwa – potężnej elektrowni, której komin dominuje w krajobrazie.

Wymaga dużo pracy i reklamy ale widać, że część zabytków została odnowiona i zabezpieczona, inne straszą postępującą ruiną czy zamkniętą galerią sztuki. W czasie jednodniowego Fishermen`s Festiwal w pobliskim Plomin Luka (nazywanego przez nas pieszczotliwie „Komin Luka”), kościół parafialny pękał jednak w szwach od odświętnie ubranych mieszkańców.

W Plominie znajduje się jedna z naszych ulubionych restauracji: polecam rybne ravioli w sosie krewetkowym czy fritatę z truflami. Degustacja tych potraw na tarasie z widokiem na mury starożytnej Flanony skąpane w zachodzącym słońcu – bezcenna.

 


Wyspy Kvarneru: Cres i Lošinj

W czasie naszego pobytu we wschodniej Istrii odwiedziliśmy dwie wyspy Kvarneru, Cres i Lošinj. Na każdą z nich przewidziałam cały dzień aby móc w spokoju i z nieodłączną filiżanką espresso podziwiać widoki, a nie w biegu „zaliczać” kolejne zabytki.

Zwiedzanie wyspy Cres rozpoczęliśmy od stolicy wyspy. Kolorowe weneckie kamieniczki odbijają się w wodzie zatoki, w której cumują niewielkie łodzie. Sympatycznie, ale dosyć tłoczno i jak przystało na wyspę – ceny turystyczne. Malownicze miasteczko, które jednak nas niczym wyjątkowym nie zaskoczyło.

Co innego Lubenice, położone spektakularnie na wysokiej urwistej skale, u podnóża której znajduje się rajska biała plaża dostępna od strony morza lub pieszo po pokonaniu trzystumetrowego zbocza.

Zresztą sam dojazd samochodem do Lubenic wymaga sporych umiejętności i cierpliwości (choć do serpentyn i wąskich dróg zdążyliśmy się już dawno przyzwyczaić). Tu problemem są kamienne murki i szerokość drogi, pozwalająca się mijać samochodom tylko na wyznaczonych odcinkach. Okazało się, że amatorów zwiedzania opuszczonego miasta było całkiem sporo i mijanki, „cofanki” ze złożonymi lusterkami na odcinku ok. 7 km były koniecznością. Jeszcze tylko trochę wysiłku w upchnięciu samochodu na parkingu i w nagrodę fantastyczne widoki, niespieszny spacer wśród chylących się ze starości kamiennych domów oraz smaczny obiad w restauracji z kompletem gości. Atrakcją miejscowości również jest muzeum hodowli owiec.

Pobyt na Cresie zakończyliśmy kąpielą w malowniczej zatoce Valun z niedużą żwirkową plażą i szmaragdową wodą. Był to nasz numer jeden w rankingu plaż, które odwiedziliśmy w czasie tegorocznego urlopu.

Aby dostać się na wyspę Lošinj trzeba pokonać całą długość Cresu (ponad 80 km) i obrotowy most w miejscowości Osor. Naszym głównym punktem programu była miejscowość Veli Lošinj, która nas absolutnie zauroczyła. Tutaj można było rzeczywiście poczuć atmosferę południa z wysokimi palmami w ogrodach dawnych rezydencji kapitańskich i utonąć w kwitnących bugenwillach. Wąska uliczka doprowadziła nas do centrum miasteczka – niewielkiej zatoki otoczonej bajecznie kolorowymi kamieniczkami oraz różowym kościołem flankującym zatokę od strony morza. Znalazłam swoje małe chorwackie Portofino, może bez tego blichtru i wysokich cen, ale z językiem włoskim rozbrzmiewającym z każdej strony.

Do pełni szczęścia brakowało mi tylko espresso i deseru (tu niestety nie trafiliśmy najlepiej) ale za to znaleźliśmy piekarnię z najlepszą focaccią, jaką jedliśmy poza Ligurią.

Warto wspiąć się uliczkami wiodącymi do dawnych rezydencji kapitańskich okolonych egzotycznymi roślinami przywożonymi z zamorskich wojaży aby w pełni docenić urok miasteczka. Większość obiektów nie jest dostępna ale widok z góry na zatokę oraz orzeźwiający wietrzyk będą miłym dopełnieniem wizyty w Veli Lošinj.

Wyspa Lošinj jest znana przede wszystkim z rezerwatu delfinów, niestety nie mieliśmy czasu aby uczestniczyć w wieczornym rejsie, na którym ma się szanse zobaczyć te sympatyczne zwierzęta.

Ostatnim naszym przystankiem na wyspach był Osor na Cresie, oddzielony od wyspy Losinj mostem obrotowym zamykanym (lub dla wodniaków otwieranym) dwa razy dziennie – o godz. 9 i 17.

Najstarsze miasto na wyspie (i pierwsza jego stolica) jest zupełnie inne od gwarnego Cresu. Odnowione kamienne domy stanowią monochromatyczne tło dla rzeźb współczesnych artystów, co powoduje, że samo miasto to jedna wielka galeria sztuki a nie tętniący życiem kurort. Z pewnością zmienia swój charakter wieczorem, gdy żeglarze schodzą na ląd a wczasowicze z plaży. Nie mieliśmy, niestety, okazji uczestniczyć w wieczornych koncertach ale to jeszcze jeden powód aby wrócić tu jeszcze raz.

 


Zielona Istria – interior.

Kilka kilometrów od gwarnych kąpielisk w głąb lądu możemy odpocząć od tłumu i zgiełku. Oczy ukoi soczysta zieleń lasów dębowych w dolinie rzeki Mirna, w których występują cenione przez smakoszy trufle. Najsławniejsze miasteczko centralnej Istrii – Motovun z roku na rok jest coraz bardziej popularny, co widać na parkingu zastawionym autokarami oraz samochodami z Włoch, Niemiec i Holandii, ale samo miasteczko i widoki z murów pozostają niezmiennie urzekające.

Najpiękniejszy widok na Motovun rozciąga się z drogi od strony Pazina: na szczycie wzgórza malutkie miasteczko z wieżami kościołów otoczone murami obronnymi, które kontrastuje ze srebrzystą zielenią drzew oliwnych i układającymi się tarasowo winnicami . Motovun jest uznawany za stolicę trufli, lecz do tej pory nie mieliśmy okazji zjeść tam pełnego posiłku.

Drugim równie znanym miasteczkiem interioru jest Grožnjan, zwany miastem artystów, gdyż praktycznie w każdym domu znajduje się galeria sztuki czy mała sala koncertowa. Muzyka zresztą pobrzmiewa w całym mieście, w sezonie letnim organizowane są liczne koncerty i widać sporo młodych ludzi z różnych krajów przyjeżdżających tu na warsztaty artystyczne.

Grožnjan jest naszym obowiązkowym punktem programu pobytu na Istrii. Być może za sprawą naszej znajomej – Mirny, która zdradziła nam, że jest to jedno z nielicznych miejsc w Chorwacji, gdzie znajduje się czakram – miejsce mocy. Za każdym razem, gdy miała problemy zdrowotne, siadała na ławeczce na placu imienia J. Broz Tito (nazwa zresztą pozostała do dziś (i nikomu to nie przeszkadza) i nabierała sił, później przywoziła swoją córkę Anę, której pobyt w Grožnjanie łagodził ataki astmy. W przypadku jej rodziny to działa, więc dlaczego nie spróbować?

Naszym kulinarnym odkryciem w Grožnjanie była zaskakująco smaczna lemoniada lawendowa.

W tym roku po raz pierwszy odwiedziliśmy miasteczko Svetvičenat, w którym w sierpniu odbywa się Festiwal Średniowieczny. Zresztą program imprez w tym mieście jest bardzo bogaty, choć sama miejscowość nie jest specjalnie znana. Przynajmniej tak myślałam do chwili przyjazdu w pierwszym dniu festiwalu i poszukiwaniu miejsca do zaparkowania. Okazało się, że zagranicznych turystów jest bardzo dużo (również z Polski). Po uiszczeniu opłaty 30 kun od osoby cofnęliśmy się w czasy średniowiecza i dołączyliśmy do korowodu postaci w strojach historycznych podążających na zamek. Na dziedzińcu po oficjalnym powitaniu przez właścicieli – rodzinę Grimani – obejrzeliśmy turniej rycerski, pokazy tańców oraz żonglerki chorągwiami.

Nie obyło się też bez degustacji miejscowych win, miodów oraz serów i wędlin.

Jednym słowem wspaniała zabawa dla dzieci, dla których przygotowano liczne gry i konkursy oraz dla nieco starszych.

W Istrii centralnej malutkich miasteczek zlokalizowanych na szczycie wzgórz jest więcej. Dlatego też nazywam ten region „małą Toskanią”, gdyż przypomina mi swoją włoską imienniczkę, która jest mi bardzo bliska.

Wiele z nich jest praktycznie nieznanych turystom: jak Buje (gdzie zawsze budzimy sensację wśród tubylców spacerując z naszym ukochanym seterem), opuszczone i powoli restaurowane przez studentów z Zagrzebia Završje), pięknie położona miejscowość Opertajl, do której można się dostać malowniczymi serpentynami, Gračišće z malutką loggią w centrum i kościołem, z którego można podziwiać piękne widoki na otaczające zielone wzgórza, czy Pičan, w którym byliśmy zupełnie sami nie licząc gromadki psów, które nas powitały i towarzyszyły w trakcie całej naszej wędrówki po mieście.

Moja relacja z naszych rodzinnych pobytów nie zawiera szczegółowych opisów zabytków (choć jestem ich wielką miłośniczką), gdyż uważam, że osoby zainteresowane architekturą i sztuką znajdą bez problemu opis w przewodnikach turystycznych. Sama mam ich kilka (tylko dla Istrii!) i co roku aktualizuję księgozbiór uzupełniając informacjami z internetu. To co dla mnie stanowi sens wyjazdów to smaki, kolory i spotkania z ludźmi, z którymi chętnie wymieniam wrażenia utrwalone później na zdjęciach.

Motovun
Motovun
Plomin
Plomin
Svetvičenat
Svetvičenat
Veli Lošinj
Veli Lošinj
Labin
Labin

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.