Wasze wyprawy

Kanada: Góry Skaliste - Kraina zadowolnych turystów

Park Narodowy Jasper

fot.: J. S. Pagaczowie

Park Narodowy Jasper
Kanadyjczykom udało się niemożliwe - stworzyli wygodne i funkcjonalne zaplecze turystyczne, nie niszcząc i nie szpecąc pierwotnej przyrody. Góry Skaliste to dzikość i komfort.

Naszą podróż po najpiękniejszych parkach Gór Skalistych - Banff i Jasper - zaczynamy na lotnisku w Calgary. To jedno z największych i najmłodszych miast na zachodzie kontynentu. Ciasno zabudowane centrum tworzą głównie efektowne drapacze chmur, które niemal z dnia na dzień wyrosły pośród bezkresnej prerii. Pamiątką po traperskich czasach jest odbywający się od 1912 roku coroczny festiwal kowbojski, przez wielu uznawany za największe rodeo na świecie.

Szosa cudów
Tylko 120 kilometrów dzieli miasto od Parku Narodowego Banff, najważniejszej atrakcji turystycznej Kanady. Z Calgary wyjeżdżamy luksusowym, przestronnym autokarem Greyhound z charakterystycznym emblematem - sylwetką wyciągniętego w biegu charta.

Podobnie jak większość turystów trafiamy najpierw do Banff, zadbanego miasteczka będącego niekwestionowaną stolicą kanadyjskich Gór Skalistych. Banff jest niewielkie - po miejscowości poruszamy się pieszo, przeciskając się przez kolorowy tłum turystów. Widoczne z każdego punktu miasta potężne góry pobudzają apetyt na prawdziwie dzikie krajobrazy.

Z miasteczka ruszamy na północ. Park Banff przecina malownicza droga, Hwy 93, łącząca go z kolejnym, równie słynnym i jeszcze większym Parkiem Narodowym Jasper. Tę widokową szosę wybudowano specjalnie z myślą o turystach i dziś uznaje się ją za jedną z najpiękniejszych tras górskich na świecie. Nad biegnącą wśród pustkowi drogą wznoszą się imponujące szczyty Gór Skalistych.

Krajobrazy są fantastyczne: lśniące jeziora, wijące się w bagnistych dolinach rzeki, schodzące z gór jęzory lodowców. Większość spotykanych w folderach i albumach zdjęć kanadyjskich Gór Skalistych zrobiona została właśnie na tej drodze, nazywanej w XIX w. Szlakiem Cudów. Co kilkanaście kilometrów od trasy odbijają szlaki prowadzące w głąb gór. Niektóre wiodą na wielodniowe wyprawy, inne na krótkie spacery do wodospadów, kanionów i jezior. Dyskretnie, za zasłoną lasu, ulokowano schroniska i pola namiotowe. Nigdy jeszcze nie zetknęliśmy się ze zjawiskiem masowej turystyki zorganizowanej w tak przyjazny dla krajobrazu sposób.

Zatrzymujemy się w najbardziej popularnym punkcie na trasie - w Columbia Icefield, największym w Górach Skalistych polu lodu o powierzchni ponad 300 km kw. Mimo że jest słoneczny, letni dzień, po wyjściu z samochodu owiewa nas mroźny wiatr znad lodowców.

Safari Północy
Podróżując przez park Banff, co kilka kilometrów mijamy znaki ostrzegające kierowców przed kolizją z dzikimi zwierzętami. Zwykle są to żółte tablice z wizerunkami łosia, jelenia lub owcy kanadyjskiej. Zdarza się, że zwierzęta pasą się na poboczu, a czasem nawet bezceremonialnie stoją na środku szosy, tamując ruch. Przy bardziej pospolitych, jak jelenie i owce, zatrzymują się tylko zagraniczni turyści, Kanadyjczycy przywykli już do widoku tych zwierząt nie tylko przy parkowych drogach.

Większy korek oznacza, że pojawiło się coś ciekawszego - olbrzymi łoś lub czarny niedźwiedź baribal. Auta zwalniają, a z okien wychylają się pasażerowie z aparatami fotograficznymi. Odważniejsi i bardziej zdesperowani turyści wychodzą i skradają się do zwierzęcia.

Wygląda to jak prawdziwe fotosafari. Wydawane przez parki ulotki informacyjne przypominają o zakazie karmienia i zbliżania się do dzikich zwierząt. Tablice przy leśnych parkingach ostrzegają: "Każdy jeleń jest groźny!", "Nie zbliżać się do niedźwiedzia na odległość mniejszą niż 100 metrów". Te apele nie zasze są skuteczne. W niektórych latach zanotowano nawet do 60 przypadków zaatakowania człowieka przez łosia.

Góry Skaliste nie zawsze były bezpieczną ostoją dzikich zwierząt. Jeszcze na początku XX w. było ich bardzo mało, a niektóre gatunki, na przykład niedźwiedzie grizzly, kompletnie wytępiono. Wprawdzie już w 1890 roku na terenie Banff wydano zakaz polowań, ale dotyczyło to tylko tak zwanych dobrych zwierząt. "Złe", jak wilki, kojoty, pumy czy rysie, nadal były wyjęte spod prawa, aż do 1930 roku. Na szczęście, człowiek w końcu dojrzał do właściwych decyzji i w porę uratowano bogactwo kanadyjskiej fauny.

Dzikie zwierzęta są obecnie dumą Kanady, ważnym symbolem kraju i jedną z głównych atrakcji turystycznych. Wizerunki zwierząt są dosłownie wszędzie: na rewersach monet i banknotów, szyldach sklepów, hoteli, bibliotek, na koszulkach, klamrach pasków, kubkach. W sklepach z pamiątkami można kupić różnej wielkości maskotki (najpopularniejsze są łosie, bobry i niedźwiedzie, zwykle ubrane w czerwone mundury policji konnej).

Park Jasper
Około 300 kilometrów dzieli miasteczko Banff od znacznie cichszej i milszej osady Jasper położonej w największym parku narodowym Gór Skalistych. W porównaniu z pozostałymi park Jasper jest bardziej dziki i mniej skomercjalizowany, a tutejsze trasy piesze uznawane są za najpiękniejsze. Podróż Szlakiem Cudów z Banff do Jasper jest niezapomnianym przeżyciem, ale pozwala tylko pobieżnie poznać góry i nie zastąpi pieszych wypraw. Wertując mapy i przewodniki, nie możemy się zdecydować, które szlaki wybrać. Na poznanie okolicy przydałoby się parę lat, a nie kilka tygodni.

80 kilometrów za Jasper znajduje się Mount Robson, najwyższy szczyt kanadyjskich Gór Skalistych (3954 m). W okolice szczytu docieramy w środku nocy. W kompletnych ciemnościach rozbijamy namiot, by rano przekonać się, że śpimy przed gwarnym centrum informacji turystycznej, od świtu pełnym samochodów, autokarów i ludzi. Potężny szczyt widać z szosy, dlatego zatrzymuje się tu prawie każdy turysta. Na szczęście, większość z nich zadowala się podziwianiem góry z daleka - na trzydniową wycieczkę do lodowców decydują się nieliczni.

Po uiszczeniu nie całkiem symbolicznych opłat za nocowanie na terenie parku wyruszamy szeroką ścieżką w górę lodowcowej rzeki. Pierwsze kilka kilometrów idziemy przez las deszczowy z potężnymi żywotnikami i choinami oraz wysokim, bujnym runem. Szlak do jeziora Berg u podnóża Mt. Robson, opisywany w przewodnikach jako jedna z najpiękniejszych kilkudniowych tras w Górach Skalistych, rzeczywiście robi wielkie wrażenie. Pnie się stromo Doliną Tysiąca Wodospadów, wśród których najpotężniejszy jest sześćdziesięciometrowy Emperor Falls. Nad doliną góruje imponująca, biała od lodu, kanciasta sylwetka Mt. Robson.

Gdy wreszcie wieczorem dochodzimy do malowniczo położonego jeziora Berg, wspaniały widok na dwa lodowce i wznoszący się jeszcze na ponad dwa tysiące metrów szczyt jest wystarczającą nagrodą za poniesiony wysiłek.

Podczas wędrówki przez góry naszą uwagę zwraca znakomite przygotowanie szlaków. W najbardziej atrakcyjnych punktach trasy urządzono niewielkie obozowiska z równymi, wysypanymi trocinami platformami na namioty, wiatą oraz wieszakiem do zabezpieczenia żywności przed niedźwiedziami. Wszystko zaprojektowane tak, by jednocześnie spełniało z pozoru sprzeczne zadania - było wygodne dla turystów, nie szpeciło krajobrazu i nie niszczyło środowiska.

Sprayem w niedźwiedzia
O niedźwiedziach (potężnym brunatnym grizzly i mniejszym, zwykle czarnym bribalu) przypominają na szlaku liczne tablice i znaki. Pracownicy parków narodowych wręczają ulotki wyjaśniające, jak należy zabezpieczyć się przed niedźwiedziem i jak się zachować w razie spotkania z nim. Wszystko to sprawia, że turyści za każdym krzakiem z lękiem wypatrują niedźwiedzia, a jeżeli w ciągu dwu-tygodniowego wyjazdu ani razu go nie spotkają, są bardzo rozczarowani.

Niedźwiedzie nie unikają ludzi i niekiedy przychodzą do obozowisk, zwabione jakimś intrygującym zapachem. Dlatego turyści chętnie kupują dzwoneczki i spray pieprzowy, który ma im zapewnić bezpieczeństwo. Nie są to jednak zbyt skuteczne środki. Spray pieprzowy działa na zwierzę dopiero z odległości kilku metrów. Zatem w razie spotkania należy poczekać, aż niedźwiedź podejdzie dostatecznie blisko, a następnie psiknąć mu w nos preparatem i sprawdzić jego reakcję. Niewątpliwie potrzeba do tego wielkiej odwagi. Co do dzwonków, to dźwięki przez nie wydawane są zbyt ciche i raczej mają dodawać piechurowi otuchy, niż poważnie go zabezpieczać. Poza tym, jak można znieść to ciągłe dzwonienie za uchem? Postanawiamy więc wędrować przez krainę niedźwiedzi bez żadnych zabezpieczeń. J

ednak ciągła świadomość obecności tych zwierząt doskwiera trochę podczas noclegów w namiocie. Leżąc przypominamy sobie, co wabi niedźwiedzie i o tym, że worek z jedzeniem na pewno jest za blisko namiotu. Potem przychodzą do głowy wspomnienia wszystkich zasłyszanych historii o atakach niedźwiedzi. Każdy trzask w nocnej ciszy zdaje się odgłosem zbliżającego się drapieżnika. Rano śmiejemy się z naszych nocnych strachów - ataki niedźwiedzi zdarzają się niezmiernie rzadko. Jak obliczono, na kontynencie amerykańskim znacznie większe jest prawdopodobieństwo śmierci od pioruna. I tak, znajdując pocieszenie w statystyce, wędrujemy raźno aż do następnej nocy.

Po włóczędze przez bezludne góry czuliśmy się nieco zmęczeni - pogoda uraczyła nas deszczem, mgłą i śniegiem. Byliśmy przemarznięci, a nasze śpiwory domagały się porządnego suszenia. Nie mieliśmy wątpliwości, że nadszedł czas na powrót do cywilizacji. Gdy wreszcie doszliśmy do szosy, po raz kolejny przekonaliśmy się, że na Kanadyjczyków można liczyć - na "okazję" nie czekaliśmy dłużej niż minutę. Przyjacielski mieszkaniec Banff szybko ocenił, że nasz stan kwalifikuje się jedynie do długiej wizyty w gorących źródłach. Siedząc w basenie w strojach z lat 20., wchłanialiśmy ożywcze ciepło i podziwialiśmy rozświetlone zorzą polarną niebo.

Traperski szlak
Gdy zobaczyliśmy już najpopularniejsze obszary parków narodowych, postanowiliśmy zajrzeć na dłużej do pomijanego przez turystów Kananaskis Country. Ten położony tylko 100 kilometrów od Calgary region skutecznie unika tłumów i komercji. Nie dociera tu transport publiczny, a najprostszą drogą dojazdową jest odchodząca od autostrady transkanadyjskiej Hwy 40, na której ułożono asfaltową nawierzchnię dopiero w czasach olimpiady. Po dawnych gospodarzach gór, pracownikach licznych kopalni i drwalach, pozostały nierówne i bite drogi przecinające gęste lasy.

W głąb gór nie można wjeżdżać samochodem, mimo to malownicze szlaki stały się doskonałymi trasami weekendowych wypraw mieszkańców prowincji Alberta. Rzadko można tu zobaczyć pieszych turystów. Najczęściej mijają nas rowerzyści i jeźdźcy. Po starych drogach przetaczają się z rzadka wysłużone wozy właścicieli pobliskich rancz. Takie wyprawy w traperskim stylu to ulubiony sposób spędzania wolnego czasu mieszkańców preriowej prowincji.

Wieczorem spotykamy grupę kowbojów pojących konie nad rzeką. Nie pozwalają nam odejść. W obozowisku dostajemy po kawałku pieczonej nad ogniskiem wołowiny i kubki z sokiem wyraźnie doprawionym czymś mocniejszym. Przywiązane do drzew konie zwieszają głowy i przymykają oczy, ich zapach miesza się z wonią ogniska i leśnej żywicy.

Reszta wieczoru upłya w rytmie muzyki country. Następnego dnia jemy tradycyjne naleśniki z syropem klonowym i próbujemy się żegnać, gdy okazuje się, że znalazły się dla nas dwa wolne konie. Kowboje jadą w innym kierunku, niż planowaliśmy, ale bez wahania zmieniamy wcześniejsze plany. Z wysiłkiem wrzucamy na konie okazałe, misternie zdobione kowbojskie siodła, bezskutecznie próbując zrozumieć skomplikowany system wiązania i spinania licznych rzemieni i pasków.

Po raz pierwszy w życiu wsuwamy stopy w szerokie, skórzane strzemiona. Siodło okazuje się nadspodziewanie wygodne, a wysoki łęk do wiązania lassa bardzo przydatny, szczególnie na stromych zjazdach. Kolejne godziny mijają z uczuciem, że znaleźliśmy się na planie jednego z westernów. W szerokich rozlewiskach rzeki mijamy prowadzoną przez przewodnika grupę konnych turystów, których miny świadczą, że mają podobne odczucia jak my.

Opuszczając góry Kananaskis Country wjeżdżamy w krainę trawiastych pagórków. Jedziemy gruntową, pylistą drogą wśród rancz. Pofalowany krajobraz prerii urozmaicony topolowymi zagajnikami i czerwonymi, przysadzistymi stodołami zamykają błękitne góry z czapami śniegu na szczytach. Bezruch wieczoru zakłóca tylko bezszelestny lot ogromnej, szarej sowy i monotonne kiwanie niewielkiej pompy naftowej.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.