Wasze wyprawy

Karelia. Dziki Zachód Rosji

Wodospady nieopodal Ruskeali

fot.: krysyuka

Wodospady nieopodal Ruskeali
Początkowo Karelia nie była tym wymarzonym kierunkiem całego życia. Nic nie wskazywało na to, że w najbliższej osiągalnej przyszłości wybór padnie właśnie na ten zagubiony w gęstwinie lasów region. Wybór nie był oczywisty.

Nie przygotowywaliśmy się do tego wyjazdu nie wiadomo jak długo. Nie planowaliśmy za dużo i zawczasu. Po prostu pewnego dnia (brzmi w słowiańskim stylu, prawda?) zgadaliśmy się z naszą koleżanką z Petersburgu, obejrzeliśmy kilka zdjęć, i stwierdziliśmy - czemu nie? Czy było warto - to się sprawdziło oczywiście w praniu...

Opowiadając o swoich planach znajomym, w odpowiedzi często słyszeliśmy: "Że gdzie? Do Korei?" Mało kto wiedział chociażby tyle, że Karelia znajduje się w Rosji. Zabawa w zgadywanie dokładniejszej lokalizacji tej republiki wielkości połowy Polski była już zupełnie poza granicą dobra i zła.

Naszą przygodę z Karelią zaczęliśmy przewidywalnie w Petersburgu. Potrzebowaliśmy czasu na przegrupowanie się i przygotowania, meldunek, rezerwację biletów i noclegów - w przypadku Rosji te kilka dni na adaptację są mocno wskazane wręcz niezbędne.

Jako że mieszkaliśmy u naszej koleżanki, powinniśmy byli się zameldować. A że tę "przyjemność" lepiej od razu mieć z głowy, zaczęliśmy naszą kolejną rosyjską przygodę na "Poczcie Rosji".

Utrzymując, że "Poczta Rosji" jest miejscem kultu albo obiektem sakralnym, ani trochę nie przesadzam: po pierwsze, większość mieszkańców Rosji uczęszczają tutaj na okrągło; a po drugie, jest to doskonałe miejsce do ćwiczenia zenu i poddawania swojej wewnętrznej równowagi próbie. Dla prawdziwych ekstremalnych doznań najlepiej odwiedzić osiedlową placówkę poczty. Tylko tutaj możemy doświadczyć pełną gamę uczuć: cierpienie, rozczarowanie, żal, złość, ból, zresztą wszystkie 5 etapów przyjęcia śmierci (czyli zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja i pogodzenia się z losem). To jest miejsce do przeżycia prawdziwego katharsis w jakieś nędzne kilka godzin. I całe to napięte nabożeństwo odbywa się pod wodzą drakońskich kobiet-kapłanek "Poczty" w bliżej nieokreślonym wieku, naznaczonych trudnym życiem i codzienną walką o przetrwanie za 12 tys. rubli na miesiąc, które szczerze życzą wszystkim swoim wiernym z przymusu szybciej zdechnąć pod akompaniament krzyków, przekleństw i nerwowego śmiechu.

No a po przeżyciu katharsis i maksymalnym zanurzeniu się w autentyczny klimat w trybie ekspresowym mogliśmy wreszcie udać się na zasłużony odpoczynek: czyli jeść bliny i pić piwo. I na razie jeszcze niczego nie planować - ta część spokojnie mogła poczekać i do jutra... Albo pojutrza.

Mieliśmy do rozważenia kilka opcji: all inclusive objazdówkę za jakieś "nędzne" 20-30 tys. rubli z osoby za 3-5 dniową wycieczkę albo intensywne zwiedzanie na własną rękę. Nietrudno więc zgadnąć, że z powyższych opcji wybraliśmy żadną. Wiedzieliśmy od razu, że to nie nasza bajka i wolimy zobaczyć i zwiedzić może mniej, ale w swoim tempie i bez nadzoru. Sami Rosjanie w takich przypadkach mawiają: "лучше меньше да лучше" czyli "mniej znaczy więcej". Nawiasem mówiąc, wydaliśmy tyle samo (czyli ok 20 tyś. rubli) na dwie osoby za 4 dni z biletami, zwiedzaniem, taksówkami, biletami wstępu, jedzeniem na mieście i noclegiem + rejs Ładogą.

Nie żałuję ani jednego niezwiedzonego przez nas zabytku, ani jednej spędzonej na "bezcelowym wałęsaniu się" godziny, ani jednej niezaliczonej atrakcji.

Zresztą to jest Rosja - należy zawsze być przygotowanym na niedogodności, zmiany planów, zmiany pogody i poślizgi. Rosja jest jak narowista kobieta: nie wyjdzie naprzeciwko oczekiwaniom, w dupie będzie miała Twoje założenia i Twoje plany, za to będzie miała na wszystko swoje zdanie: szorstkie, niemiłe i szczere aż do bólu.

Ale jeśli na to się przygotować, przygotować się sprostać wyzwaniom, nie poddawać się, twardo walczyć o swój odpoczynek - całkiem możliwie, że Rosja pokaże Ci wreszcie swoje prawdziwe oblicze, odsłoni kilka tajemnic i odkryje kilka skarbów. Chociażby tylko dla tej możliwości warto tutaj pojechać. A nuż się uda?!

Przybyliśmy do Sortawały pod wieczór. Zrzuciliśmy z siebie plecaki, ogarnęliśmy się po podróży, wzięliśmy aparat - i można było ruszać zwiedzać. Z tym że zwiedzać w Sortawale na pierwszy i na drugi rzut oka za bardzo nie ma czego. Jest ścisły centrum, na którego zabytki składają się kilka zaniedbanych perełek fińskiej architektury, nabrzeże, pomnik śpiewakowi run, kilka innych rzeźb, park i w zasadzie tyle. Są też bardzo malownicze drewniane domki popadające w ruinę. Brzmi jak zresztą i wygląda to wszystko dość posępnie i smutnie. 

Z innej strony, coś w tym jest. Nie masz tutaj sielankowych, wypicowanych na potrzeby turystów, sztucznie odnowionych dekoracji. Jeden z lepszych hoteli w mieście - "Ładoga" - świeci obdartą z tynku elewacją i licznymi pęknięciami, za to słowo HOTEL składa się z dużych złotych liter - oczywiście w języku angielskim. Fasady niedoremontowanych domów przy głównej ulicy niby dla niepoznaki są zamaskowane foliową tapetą z wizerunkiem domu, przywołując na myśl "potiomkinowskie wsie". Inne jeszcze ściany są pokryte mozaikami w sowieckim stylu, czyli przedstawiające robotników i tym podobnych bohaterów pracy. Fasady niegdyś wytwornych kamienic i budynków rządowych z czasów fińskich są udekorowane iluminacją świąteczną w środku lata (gwoli prawdy - niezapalającej się wieczorami). Drewniane wille świecą powybijanymi oknami, zatkanymi szmatami, chustami i kocami: prawdziwa feeria tandetnej pomysłowości. Coś nietypowego, coś co wśród bezlicego turystycznego kiczu wzbudza dreszczyk prawdziwych emocji. Bo Rosja nie kryje się z tym wszystkim, nie wstydzi się - świeci zewsząd pustkami i biedą niby ta przysłowiowa stara prostytutka zgniłymi zębami ze śladami czerwonej szminki. Obezwładnia swoją obnażoną prawdziwością. Przyciąga wzrok może i mimo woli, ale jednak przyciąga.

Oczywiście, że do Karelii jedzie się przede wszystkim dla piękna tutejszej natury, a nie po to, żeby oglądać wpół zniszczone drewniane konstrukcje albo dzieła socrealizmu z poobłupywanym tynkiem.Więc już następnego dnia ruszyliśmy na podbój jednej z największych atrakcji w tej wyprawie: kamieniołomów w Ruskeali. 

Autobus odjeżdżał około dziewiątej rano. Po półgodzinie jazdy stanęliśmy pośród pola, i kierowca obwieścił, że przybyliśmy na miejsce. Kierunkowskazów brak. Za przewodnika mieliśmy strażnika granicznego, który po raz enty sprawdził nasze dokumenty i wskazał kierunek.

Bilet kosztuje 300 RUR czyli ok. 18 zł i ważny jest przez cały dzień. Więc można spacerować sobie do woli, a potem wyjść zjeść obiad w jednej z 3 kafejek pośród wielkiego niczego i wrócić zwiedzać dalej.

Oczywiście można przebiec galopem całą ścieżkę i zrobić zdjęcia w ciągu godziny-półtorej i twardo zaliczyć dwie atrakcje w jednym dniu. Pytanie tylko - po co? Takie miejsca najlepiej zwiedzać nie śpiesząc się nigdzie, delektując się chwilą, widokami, pięknem, czystym powietrzem, kolorami i atmosferą.

Daliśmy czas kamieniołomom i Ruskeali otworzyć się na nas. Zapoznawaliśmy się, przyglądaliśmy się jeden drugiemu z bliska. Pogoda może nie była najwspanialsza, ale nawet cieszę się, że była taka, a nie inna. Mieliśmy możliwość zapoznać się z pocztówkową pięknością kamieniołomów w gorszym świetle. Przez to przekonaliśmy się, że kolory są wyjątkowe nawet jeśli jest brzydka pogoda.

Zresztą gdyby miejscowy lud odstraszała zła pogoda, to mało co by zwiedzili i nigdzie nie wychodziliby z domu. A przecież tak nie jest - i tę cechę między innymi w Rosjanach podziwiam. Ponadto jeśli pod przykrą mżawką mieliśmy wspaniałe wrażenia, delektowaliśmy się widokami i każdą chwilą spędzoną w dobrym towarzystwie w pięknym unikatowym miejscu - to musi oznaczać, że jest ono rzeczywiście grzechu warte. Warte czasu, warte jakiejkolwiek pogody, warte wysiłku, warte noclegu pośrodku niczego, po prostu - warte.

Poza tym, jak to zwykle z nami bywa, kiedy już przeszliśmy próbę upierdliwym deszczykiem i nie poddaliśmy się, zostaliśmy przez Ruskealę ułaskawieni. Wyszło słońce, może za gorąco nie było, ale było po prostu ładnie i spokojnie. Więc spacerowaliśmy okolicą, oglądaliśmy inne jeziora i kamieniołomy już z dala od tłumów, przeszliśmy się pięknym soczyście zielonym lasem w ciszy i spokoju. Wchłaniając zapachy mokrych drzew, intensywne kolory - zielonego mchu, żółknących liści i czerwonych jagód, tajemniczy spokój błot i jezior, odbijających w sobie niezmąconą czystość błękitnego nieba.... Te chwile a może godziny były najlepszym prezentem dla nas. Zostaliśmy chyba przyjęci, uznani za swoich, pobłogosławieni na dalsze zwiedzanie.

Poza zwykłym spacerem i zwiedzaniem kamieniołomu park oferuje dodatkowe atrakcje, jak to rejs łódką, zwiedzanie podziemnego jeziora oraz przejażdżkę tyrolką nad kamieniołomem. Do tego dochodzi nurkowanie... ale tylko dla osób z ważnym certyfikatem nurka i własnym sprzętem. Oczywiście, o ile na to wszystko pozwala pogoda.

Z innych atrakcji mamy jeszcze pocztę, która - a jakże! - okazała się być zamknięta w środku dnia roboczego. Więc pocztówka prosto z górskiego parku może się wysłać, a może i nie, jeśli nie zakupiliśmy zawczasu znaczka. Z kolei inna poczta - w Sortawale - nie chciała wypuścić mnie ze swoich czeluści. Stare straszne skrzypiące ciężkie metalowe drzwi na sprężynach zatrzasnęły się - i tyle. Dopiero interwencja dużego chłopa pomogła mi wydostać się przez wrota piekła na świat.

Jeśli chodzi o ofertę gastronomiczną w okolicach parku, mamy do wybory trzy lokale. Poszliśmy ostatecznie do kafejki "Ruskołka", czyli czegoś w rodzaju stołówki z dość dobrym jedzeniem na wagę. Próbowaliśmy pyszny sos z brusznicy i wędzoną rybę. Nigdy nie wpadłabym na pomysł połączyć te dwa smaki, a okazuje się, że całkiem do siebie pasują. Mieliśmy do wyboru jeszcze burgerownię, która wyglądała na bardzo przeciętną pod wszystkimi względami, i piekarnię, gdzie można kupić jedynie słynne karelskie pierożki kalitki i jeszcze jakieś wypieki. No i gdyby kogoś to mogło interesować - just in case - piwka w żadnym z tych przybytków w okolicach parku nie dostaniemy.

Pozostaje tylko kafejka-sklep "Apel'sin" po drodze z kamieniołomów do wodospadów przy drodze krajowej nr 86K-332. Tylko tutaj można zrobić zakupy oraz cokolwiek zjeść. Co ciekawe, jedzenie jest dość przyzwoite cenowo i jakościowo. Więc można się pokusić, żeby zajrzeć tutaj po drodze np. z kamieniołomów do wodospadów, bo już przy tych ostatnich zjeść można chyba że zakupione przed chwilą u przekupek przetwory z moroszki lub innych jagód i jakieś pierożki (czytaj drożdżówki), popijając to wszystko kawą albo herbatą. Innych przybytków gastronomicznych w tym miejscu próżno szukać.

Jednocześnie może być trudno połączyć zwiedzanie kamieniołomów i wodospadów w jednym dniu, poruszając się na pieszo albo transportem publicznym (którego w tej wsi zabitej dechami niestety nie istnieje i nie liczyłabym na niego pod żadnym pozorem). Jednakże mimo że w samej Ruskeali nie ma czego robić, to zwiedzania jednego tylko parku górskiego wystarczy z nawiązką na cały dzień.

Tak czy inaczej nie żałuję, że zostaliśmy na nocleg w Ruskeale, choć i jest to wieś pośrodku niczego. Mieliśmy wynajęte mieszkanie pod trudnym do znalezienia adresem w malowniczej scenerii. Dookoła 3-piętrowego bloczku rozciągały się pola i ogrody oraz krzakowate zarośla, gdzie łaziły koty i dzieci. Mieszkańcy przyglądali się nam jako jedynym turystom z zainteresowaniem, a nawet bacznie. Bardzo klimatyczna mieścina, szczególnie dla kogoś, kto chciałby poczuć ten autentyczny charakter prowincjalnej Rosji, czyli rosyjskiej głubinki. 

Następnego dnia kontynuowaliśmy zwiedzanie miejscowych atrakcji, czyli poszliśmy sobie spacerkiem na wodospady Achwenkoski. Pogoda tym razem była o niebo lepsza: można było nawet zdjąć z siebie kurtkę i - o dziw! - sweter. W każdym razie i tak nie rozbierałabym się do krótkiego rękawka i spodenek, gdyż istnieje spora szansa złapać kleszcza.

Wejściówka na wodospady kosztowała nas również 300 RUR. Ścieżka prowadzi dookoła malowniczych zakrętów rzeki Tochmajoki oraz kilkunastu większych lub mniejszych wodospadów, mostków i bajorek.

Tochmajoki w tłumaczeniu z kareło-fińskiego oznacza "szalona". Natomiast inna miejscowa nazwa tej rzeki - Ruskołka - tłumaczy się jak "czerwona" i kojarzy się z nazwą pobliskiej wioski. Woda w rzece przybiera kolor od ciemnobrunatnego po bury, żółtawy i poniekąd czerwonawy dzięki wysokiej zawartości żelaza w okolicznej glebie i błotach.

Spacer zajmie około godziny-dwóch w zależności od tempa zwiedzania i intensywności robienia zdjęć. Jako że jest to ścieżka edukacyjna, mamy możliwość dowiedzieć się więcej na temat miejscowej flory, fauny oraz ekologii. Zacisznych zakątków, gdzie można po prostu usiąść i kontemplować raczej nie będzie.

W każdym razie wodospady są bardzo malownicze, zwłaszcza że znajdują się nie na górskiej lecz na równinnej rzece koloru rdzy pośród czarującego lasu. Mamy tu magiczne połączenie lazurowego nieba, czerwonych jagód jarzębiny, burego koloru rzeki i zieleni soczystych mchów i pięknych smukłych iglaków.

Do Sortawały wracaliśmy już taksówką, zaoszczędziwszy sobie sporo czasu i nerwów (a i cena była przyzwoita).

Po powrocie na naszą bazę wypadową w Sortawale mieliśmy przed sobą jeszcze dobrych kilka godzin dnia. Stwierdziliśmy, że pojedziemy sobie pozwiedzać wzgórze Paaso (a właściwie to Paasonwuori).

Taksówkarz wysadził nas na przystanku, wskazał z stronę wzgórza porośniętego lasem i polecił iść prosto przez zarośla wysokiej trawy, po czym mieliśmy wejść do lasu i - do góry. Tak też zrobiliśmy (bo jaki niby mieliśmy wybór), no i rzeczywiście doszliśmy. Już sam tylko spacer przez las napawa spokojem i dostarcza przyjemnych wrażeń.

Choć nie jest to właściwie żadna góra, tylko pagórek o wysokości 79 metrów, to ze szczytu rozpościera się niesamowity widok na całą okolicę: na jezioro, rzekę, pola, lasy, a także na linię kolejową, po której pod wieczór przejeżdża zabytkowy parowóz.

Jest w tym miejscu coś czarującego, przywołującego na myśl czystość i świętość. Aż dziw, że nigdy nie powstało tutaj żadnego miejsca kultu miejscowych bóstw. Z innej strony, piękno natury i widoki są tutaj wystarczająco boskie, żeby ubliżać pięknu i majestatowi tego miejsca postawieniem jakichś kamiennych bałwanów.

Jednocześnie tu i tam (tak samo zresztą jak i na kamieniołomach w Ruskeali) są złożone z kamieni piramidki, które oczywiście mają spełniać życzenia i przynosić szczęście, a poza tym można ofiarować je duchom. Widziałam nawet, że ktoś złożył na kamieniu kilka garści świeżo zebranych  kurek - ale nie ważę się zgadywać, czy była to przemyślana ofiara miejscowym bóstwom, czy też ktoś te grzyby po prostu tutaj zostawił, czyli prościej mówiąc - zebrał i wyrzucił.

Turystów było kilka, ale nie aż tak znowu dużo, żeby nie móc znaleźć miejsca na przyjemny piknik i podziwianie zachodzącego słońca. Widoki stąd roztaczają się iście magiczne. Spędziliśmy tutaj kilka przyjemnych godzin, dopóki - a jakże! - nie zaczął się deszcz.

Żegnaliśmy się z Karelią, zwieńczając naszą krótką wyprawę rejsem stateczkiem szkierami jeziora Ładoga. Rzeczywiście było warto, choć zapłaciliśmy za to 4 tys. rubli na 3 osoby. Wrażenia mieliśmy niesamowite i niecodzienne. Nie tylko dlatego, że jezioro jest piękne, a widoki zapierające dech w piersiach, a i dlatego, że motorynka wyglądała na dość lichą i starą. Na dodatek trafiliśmy w burze na jeziorze. Taką prawdziwą sierpniową burzę - granatowe niebo i dłuuuugie pioruny. Musieliśmy sobie trochę ekstremalnych wrażeń za tę kasę zafundować. Zresztą może i zmyśliłam te ekstremalne przeżycia, bo sytuacją, że jesteśmy na metalowej łódce pośrodku dużej ilości wody na otwartej przestrzeni zmartwiliśmy się tylko my we dwójkę, a rosyjska część naszej załogi wyglądała na zrelaksowaną i świetnie się bawiącą. Ponieważ zwykły sobie normalny rejs - to nudy, za to coś takiego - przyjemny bonus. Zresztą na otwarte jezioro nie wypłynęliśmy - pływaliśmy tylko w obrębie szkierów czyli wąskich wciętych głęboko w ląd zatoczek - ale mnie tam zupełnie wystarczyło. Jeśli zresztą ktoś by wolał okazać się na otwartym jeziorze w burzę na starej łódce - myślę, że nie będzie najmniejszego problemu, żeby znaleźć chętnych zarobić łódkarzy.

Ładoga zachwyca nie tylko pięknem, ale i surowością. Mieliśmy okazję zobaczyć kilka oblicz jeziora naraz: pocztówkową piękność i głębię kolorów w słoneczną pogodę oraz namiastkę potęgi jeziora w burzę. Zobaczyliśmy też wszystkie odcieni szarości - wody i deszczu, nieba i chmur, i kamiennych kształtów przybrzeżnych skał i wysepek - oświetlanych odbłyskami dzikich piorunów. Widocznie Ładoga śpieszyła się z tym, żeby nam więcej pokazać... cieszę się jednak, że była na tyle łaskawa, że nie zmusiła nas pływać w jej świętych aczkolwiek bardzo zimnych (bo w najlepszym przypadku 12°C) falach... A taka możliwość zdecydowanie była - opcja raczej niechciana lecz prawdopodobna. Miejscowi mawiają, że jezioro nie wybacza błędów i nienawidzi pijanych. Taka ot ironia losu w Rosji...

Może przesadzam co do poziomu niebezpieczeństwa podczas tego rejsu motorówką, chociaż... To przecież Rosja - tutaj nigdy nie wiadomo...

Właśnie w tym tkwi urok zwiedzania tego kraju, choć już po kilku dniach pobytu może zacząć irytować. Coś jak chodzić na bosaka w terenie: najpierw przyjemnie, bo nogi odpoczywają i trawa przyjemnie łaskocze stopy, później kamyki zaczynają kłuć nieprzyzwyczajoną delikatną skórę, znowu poczucie swobody, po czym nagle nadeptujesz na kawałek bitego szkła. Ale możesz i nie nadepnąć i dalej będzie przyjemnie, o ile z tego niebezpieczeństwa nie zdajesz albo nie chcesz zdawać sobie sprawy. No więc taka sobie zabawa - jak mówią ruscy "na lubitela", czyli "kto co lubi".

Trzeba pamiętać, że pogoda tutaj zmienia się w mgnieniu oka i potrafi zaskakiwać kilkanaście razy dziennie. Na przykład przed odjazdem chcieliśmy zobaczyć jeszcze park Vakkosalmi, który znajduje się prawie w centrum miasta, ale nie doszliśmy tam - pogoda po raz enty "zaskoczyła" nas gwałtowną ulewą - a byliśmy już wcześniej przemoczeni po naszym rejsie Ładogą w burze...

Z innej strony znaleźliśmy - zupełnie po rosyjsku - dobry powód napić się przed odjazdem z Karelii wódeczki podczas obiadu: tutaj mamy i strzemiennego, i wódkę w Rosji, i żeby się nie przeziębić... A to już całych trzy powody.

Gdy wyjeżdżaliśmy z Sortawały, Karelia po nas płakała. 

Widzieliśmy i zwiedziliśmy tak mało, mogliśmy więcej i dłużej... Może jakieś kilka nędznych procencików. Tyle co nic - ze wszystkich przelicznych cudów miejscowej natury. Mam jedynie nadzieję, że udało nam się mimo wszystko chwycić sens: sens nieśpiesznej kontemplacji piękna. Zobaczyć moc i krasę, ale jednocześnie i niewiarygodną delikatność natury. Jej siłę i słabość.

Wciąż nie żałuję, że zobaczyliśmy tylko okruszek ze wszystkich możliwych atrakcji, nawet wiedząc, że jest ich krocie z tej krainie błot i jezior. Ważne, jak spędziliśmy te kilka dni, wypełnionych wrażeniami i pięknem po brzegi. Ważne, że przez to niezwiedzone może kiedyś tutaj znowu powrócimy, a nawet jeśli nie - zachowamy na zawsze w swoich sercach to co istotne: te chwile pojednania z naturą i z dziewiczą pięknością, chwile kontemplacji i refleksji.  Przekonaliśmy się, że nawet siedząc w jednym miejscu można znaleźć i zobaczyć tak dużo: w okolicznej naturze i w sobie samym.

No i na koniec cały stek informacji praktycznych, pieczołowicie sprawdzanych - i w internecie, i na własnej skórze.

Dojazd do Karelii i transport na miejscu. Marszrutki. Ta opcja może być nieco problematyczna bez znajomych na miejscu, gdyż najczęściej obowiązuje rezerwacja telefoniczna (oczywiście w języku rosyjskim) i przedpłata za pomocą karty bankowej. Czas w podróży to ok. 4-4.5 godzin do Sortawały. Teoretycznie są też autobusy, ale należy sprawdzić rozkłady jazdy. Trzeba będzie liczyć się też z nieco dłuższym czasem jazdy (ok. 5 godzin).

Pociąg. Najlepszym i najbardziej komfortowym wariantem pozostaje pociąg. W cenie ok. 450-700 rubli mamy dość wygodny i szybki dojazd. Z Petersburgu do Sortawały mamy kilka pociągów dziennie. Nie będzie problemu z rezerwacją miejsc jak w przypadku marszrutek. Należy sprawdzić rozkład i ceny na stronie rzd.ru, zwłaszcza że bilety można rezerwować w maksymalnym wyprzedzeniem 45 dni. W sezonie letnim powinien też jeździć bezpośredni pociąg z Petersburgu do Ruskeali.

W wysokim sezonie pomiędzy Sortawałą do Ruskealą kursuje zabytkowy parowóz, który sam w sobie jest atrakcją turystyczną. Pociąg odjeżdża z Sortawały o 10:40 i kończy swój bieg prościutko przed bramą parku górskiego Ruskeala o 11:40 (z powrotem - o 17:30). Cena ok. 350 rubli. Przyznam, że pociąg jest bardzo dobrą opcją dla każdego turysty, gdyż jedyny autobus odjeżdża z Sortawały raz dziennie o 9:40 i trzeba prosić o przystanek kierowcę, bo znajduje się on pośrodku niczego w odległości ok. 2 km od wejścia do parku.

Taksówki w cenie marszrutki (na 3 os.)*: ceny rzędu 200 rubli w mieście i np. 750 rubli z wodospadów w Ruskeali do Sortawały. Przykładowo ceny biletów na autobus z Sortawały do Ruskeali (zalany kamieniołom) wynosiły 70 RUR z osoby. Co ciekawe w mieście poruszać się marszrutką prawie się nie opłaca: jeśli za taksówkę płaciliśmy 130 RUR, to przejazd marszrutką kosztował 35 RUR z osoby.

Ogólnie taksówki w Rosji nie są drogie - i często bardziej opłaca korzystać z nich, niż z transportu publicznego, szczególnie jeśli się jedzie przynajmniej we dwie osoby.

*nie wykluczam jednak że bez znajomości rosyjskiego (albo z akcentem zdradzającym obcokrajowca) ceny mogą być zupełnie inne. Wtedy oczywiście korzystanie z transportu publicznego okaże się być bardziej opłacalnym. Wszelako zawsze można zapytać, ponieważ jak głosi rosyjskie przysłowie: "за спрос денег не берут" (czyli "nic nie kosztuje się zapytać")

Hotele, które najlepiej opisać w trzech słowach "stay-pay-okay", co w praktyce oznacza bardzo słabą znajomość angielskiego w połączeniu ze słabymi umiejętnościami komunikacyjnymi i słynnymi rosyjskimi manierami, czyli ich brakiem. W zasadzie bez znajomości rosyjskiego przeżyć można, ale może być trudno różnie.

Nocleg najprościej załatwić przez Internet, więc dobrym pomysłem może być kupno (za okazaniem paszportu) miejscowej karty SIM bądź wykupienie Internetu w roamingu, gdyż nie wszędzie jest stabilne połączenie wi-fi.

Karelskie jedzenie. Nie łudźmy się: tu jest północ, więc o świeże warzywa i owoce (oprócz darów lasu) jest trudno. A więc warto próbować świeże jagody: malinę moroszkę, brusznice, malinę, żurawinę, borówki itd oraz przeróżne przetwory z nich. Będzie to również dobry pomysł na pamiątkę z Karelii. Cena małego słoiczka maliny moroszki (który można wieźć w bagażu podręcznym) to 150 rubli.

Oprócz lasów są tu - a jakże! - jeziora. Więc jak najbardziej wskazane jest jedzenie ryb: solonych, suszonych, wędzonych itd. oraz oczywiście słynnej rosyjskiej zupy rybnej czyli uchi.

Co ciekawe bardzo udanym pomysłem jest też łączenie jagód z rybami. Przykładowo w kafejce przy kamieniołomach w Ruskeali przekonałam się do połączenia wędzonej solonej ryby z kwaśnym sosem z brusznicy.

Najsłynniejszym daniem kuchni karelskiej są kalitki  - tradycyjne pierożki z nadzieniem z sera, twarogu, ryżu, ziemniaków.

Innym ciekawym pomysłem na pamiątkę z Karelii może być miejscowy balsam o niewymyślnej nazwie "Карельский бальзам". Ten likier ziołowy na bazie ponad 30 korzeni, jagód i ziół powinien mieć efekt leczniczy. Podobno ma wzmacniać i tonizować organizm oraz pomagać na przeziębienie (rzecz jasna spożywany w małych ilościach). Popularnym sposobem na spożycie tego trunku jest dolewanie go do herbaty, którą w Rosji tradycyjnie bardzo lubią i szanują.

Nie znaleźliśmy w Sortawale dobrej jadłodajni z lokalną kuchnią. Za to możemy polecić kafejkę "Uyut"z kaukaską kuchnią. Personel jest o tyle autentyczny, że z trudem porozumiewa się nawet w języku rosyjskim, co dopiero angielski... Z tego co pamiętam menu po angielsku też nie było, więc raczej skończyłoby się na wybieraniu na chybił-trafił. Bo o tłumacza również mogłoby być trudno, mimo że granica fińska jest tuż-tuż.

Jeśli zechcecie zapuścić się głębiej do lasu, pamiętać należy o kilku rzeczach: o tym, że bardzo blisko jest granica rosyjsko-fińska, więc mogą być kontrole paszportowe (my w ciągu 4 dni byliśmy sprawdzani ze 3 razy); oraz o kleszczach i komarach.

Przed wyjazdem zalecana jest szczepionka na KZM, szczególnie jeśli rozważacie nocleg pod namiotami czy spędzanie czasu w lesie, np. na zbieraniu grzybów czy jagód albo banalne pikniki. Ale nawet przebywając w miastach warto chociażby być odpowiednio ubranym i korzystać z odpowiednich środków. Szczęśliwie pogoda w tych rejonach rzadko rozpieszcza na tyle, żeby chciało się rozbierać. Zresztą jak i woda w Ładodze, której temperatura nawet w upalne dni rzadko przekracza 12 stopni Celsjusza. Tak że jeśli ktoś zabiera za sobą kąpielówki, warto jeszcze raz się zastanowić. Albo ewentualnie połączyć niezapomniane wrażenia z kąpieli w jeziorze karelskim z innymi niezapomnianymi wrażeniami - z bani ruskiej.

Obowiązek meldunkowy. Jeżeli jedziecie do Rosji na własną rękę, spoczywa na Was obowiązek meldunkowy, którego należy dopełnić w ciągu 3 dni po przekroczeniu granicy. Obowiązek leży oczywiście po stronie zapraszającego, tj hotelu czy osoby, u której planujecie się zatrzymać. Formalności meldunkowe możemy załatwić bezpośrednio w Federalnej Służbie Migracyjnej albo w każdej placówce "Poczty Rosji". Powinniśmy otrzymać odcinek wypełnionego formularzu, który należy nosić przy sobie wraz z paszportem na wypadek kontroli.

 

 

 

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.