Wasze wyprawy

Lofoty, czyli jak znalazłam nową miłość na końcu świata.

Plaża Kvalvika

fot.: Fibaczka78

Plaża Kvalvika
To niesamowite, że dziś wracam z miejsca, o istnieniu którego nie wiedziałam jeszcze rok temu. Nie wiem też dlaczego Lofoty wdarły się do mojego umysłu, zakłócając spokój ducha. Opętana myślą o przekroczeniu koła podbiegunowego, w końcu tam dotarłam …

Lofoty, czyli maleńki archipelag wysp u północnych wybrzeży Norwegii, jawi mi się z pokładu promu na trasie Bodo – Moskenes jako pasmo nieprzyjaznych i nieprzejednanych gór, wśród których nie ma miejsca na jakiekolwiek życie. Z bliska jednak zyskuje na uroku, albowiem w świetle polarnego dnia widać schludne, urzekające prostotą i spójną kolorystyką skandynawskie domki rorbu dodające surowemu otoczeniu nieco barw. Wysiadając na ląd grubo po północy czuję, że trafiłam w miejsce, które porwie moją duszę do tańca z naturą.

Dzień pierwszy

Celem są góry, bo z nich najpełniej można podziwiać cuda natury. Pierwsze skojarzenia przywodzą na myśl krajobraz tatrzański. Ośnieżone granie, strzeliste wierzchołki, mroczne kuluary, kuszące a zarazem zdradliwe żleby. Wysokości nominalnie nie oszałamiają. Najwyższy szczyt Lofotów ma niewiele ponad tysiąc metrów, gdyby jednak wziąć pod uwagę, że wysokości względne równają się tu wysokościom bezwzględnym, to góry przestają się już jawić jako byle szczyciki łatwe do zdobycia. Dla nas to bez znaczenia, bo nie lekceważymy   żadnych wysokości.

Starannie wybieramy trasy, uwzględniając w planowaniu paraliżujący mnie niekiedy lęk wysokości i przestrzeni, z którym jednak udaje mi się skutecznie walczyć. Wsłuchując się także w porady przyjaciół, którzy twierdzą, że Lofoty są najpiękniejsze na końcu archipelagu, decydujemy się na bazę w Reine. A jak się jest w Reine, zwyczajnie nie wypada nie wejść na Reinebringen…

Trasa będzie wymagająca, o czym informuje oficjalny komunikat gminy Reine zniechęcający wręcz do wędrówek na szczyt. I w zasadzie nie jest łatwo od pierwszych kroków. Skała ma charakter monolityczny, o nachyleniu sięgającym miejscami czterdzieści stopni, brak ułatwień w postaci łańcuchów, słabo oznaczony szlak – to wszystko buduje w mojej głowie wizję mozolnego wspinania się na szczyt, z koniecznością zakładania niemal „obozów pośrednich”. Idę jednak dalej, bo pogoda nam sprzyja, a widoki już zapierają dech w piersiach. Gdy wydostajemy się zza granicy lasu, szlak łagodnieje. Wiedzie dalej po wysokich, granitowych stopniach ułożonych starannie niczym schody pokutne w Licheniu. Pewność kroku pozwala nam szybko zdobywać wysokość. Do czasu. Droga bowiem zaczęła się zwężać, a kamienne szerokie schody przeszły najpierw w ziemisty, wąski i śliski szlak, by następnie przeobrazić się w ścieżynkę usypaną z luźnych kamieni, które co i rusz zmieniały swoje położenie względem ziemi. Nachylenie stoku wymusza częste postoje, by wyrównać oddech albo uzupełnić płyny. Idziemy jednak dzielnie pod górę, choć niekiedy ręce niebezpiecznie zbliżają się do podłoża przez co nie wyglądamy już jak homo sapiens. W końcu nasz trud zostaje wynagrodzony. Dochodzimy na przełęcz, z której rozpościera się nieziemski widok na Reine. Maleńki port rybacki skąpany w blasku popołudniowego słońca, otoczony łańcuchem górskich szczytów i błękitem Morza Norweskiego. Mogłabym tam siedzieć i wpatrywać się w otaczającą mnie panoramę godzinami, podziwiając majestat wzniesień, zmieniające się układy chmur czy idealnie gładką taflę zatoki wypietrzaną jedynie przez podmuchy morskiej bryzy. Mimo oczywistych trudności na szlaku, nie byliśmy jednak sami na szczycie. Razem z nami widokiem upajało się kilkoro innych miłośników turystyki. Z tej perspektywy dostrzegliśmy szczyt na drugiej stronie przełęczy, na którym nie było żywej duszy. Wizja posiadania go na wyłączność, choćby przez chwilę, skłoniła nas do obrania nowego kierunku. Podejście miejscami było mocno wyeksponowane i wymagało umiejętności wspinaczkowych. Ekspozycja oraz szeroki na pół stopy szlak sprawił, że szczyt zdobył tylko Łukasz, a ja oddałam się podziwianiu widoków po drugiej stronie przełęczy, nieco poniżej szczytu.

Zejście, mimo iż strome, nie nastręczyło większych trudności, choć oczywiście należało ostrożnie stawiać kroki i uważać na kamienie lecące w dół. Góra mierząca niecałe 500 m wysokości warta była każdego kroku, każdej zadyszki i każdego uczucia strachu.

Dzień drugi

Trudno się zmusza organizm do odpoczynku „nocnego”, gdy słońce wciąż wysoko na niebie, a zegarek pokazuje, że jest już grubo po północy. Następnego dnia czekały nas jednak kolejne górskie atrakcje, więc wypadało się zregenerować choćby przez kilka godzin.

Paradoksalnie zaczęliśmy jednak ten dzień od morza. Chcieliśmy na własne oczy zobaczyć jak działa najsilniejszy prąd pływowy na świecie powodujący niebezpieczne wiry o średnicy nawet 12 metrów. Malstrøm, bo o nim mowa, zbiegiem okoliczności występuje właśnie na wodach Morza Norweskiego, na krańcu lofockiej Moskenesoya, a konkretnie na przesmyku łączącym Saltenfjord i Skjerstadfjord. 400 milionów metrów sześciennych wody przelewa się co sześć godzin przez cieśninę z prędkością ponad 35 km na godzinę. Samo wyobrażenie ogromu i potęgi tego zjawiska budzi respekt. Tego dnia Malstrøm okazał się jednak łaskawy, dlatego podjęliśmy, udaną na szczęście, próbę przepłynięcia przez cieśninę. Niech nikogo nie zmyli jednak pozorny spokój wody, albowiem na głębokościach silne prądy nieustannie szaleją i w każdej chwili mogą ukazać swe destrukcyjne oblicze, o czym pisali w swoich powieściach choćby Allan Egdar Poe czy Juliusz Verne.

Po kilku godzinach wałęsania się po okolicznych zatokach, postawiliśmy suchą stopę na lądzie, odpaliliśmy silnik naszego małego białego Nissana i ruszyliśmy w kierunku miejscowości Å z zamiarem wejścia na Trollsdasvatnet. Ten trekking z założenia miał być wyłącznie przyjemnością, dla ciała i zmysłów. Droga w zasadzie wiodła wzdłuż jeziora, zmieniało się tylko jej położenie względem tafli wody. Niekiedy biegła tak nisko, że mogliśmy zanurzyć stopę w jeziornej otchłani, a czasem brzegiem skały stromo opadającej ku wodzie. Krok na szlaku był pewny, choć korzystaliśmy ze sztucznych ułatwień zainstalowanych przez „norweskich taterników”. Słońce dawało w kość, ale bryza znad jeziora łagodziła jego zgubne działanie. Pięliśmy się nieustannie pod górę, mijając strumyki, strumienie, rzeki i wodospady. Zdarzyło się także , że zgubiliśmy szlak, albowiem oznaczenia były często przypadkowe, a ścieżka nie prowadziła w najbardziej optymalny sposób. Uzbrojeni w dwa GPSy odnajdowaliśmy jednak dość szybko  właściwą drogę. Po mniej więcej dwóch godzinach weszliśmy na szczyt, z którego dalej prowadziła dróżka w górską dolinę zalaną kolejnym jeziorem. Woda lśniła w ciepłym słońcu chowającym się już za pobliski górski masyw. Usiedliśmy na pomoście prowadzącym od małego samotnego rybackiego domku i przez długą chwilę kontemplowaliśmy piękno przyrody. Obok nas termos z herbatę, banan i piersiówka z malinówką, której zawartość malała z każdym kolejnym zachwytem.  Do drogi powrotnej zmusił nas „alarm burzowy”. I choć nic na niebie nie wskazywało, by pogoda miała się drastycznie zmienić, postanowiliśmy nie ignorować sygnałów naszego Suunto. Po przeszło dwóch godzinach  dotarliśmy do naszej bazy. I znów, choć słońce wysoko na niebie, to zegarek bezlitośnie wskazuje, że trzeba się położyć, jeśli jutrzejszy trekking ma być przyjemnością, a nie koniecznością. Tej nocy nie spadła jednak ani jedna kropla deszczu ...

Dzień trzeci

Otwierając oczy z niepewnością spojrzałam przez okno, by utwierdzić się, że aplikacja Acuweather nie kłamie i pogoda w realu nie spłatała nam dziś figla w postaci deszczu. Niebo żyleta! A zatem realizujemy nasz plan wejścia na Ryten, przez plażę w Kvalvika.

Po pożywnym śniadaniu, które - jak się okazało - musiało starczyć aż do kolacji, jeśli nie liczyć bananów i orzechów zapakowanych do plecaka razem z termosem gorącej herbaty, ruszyliśmy na północ w kierunku Yttersand. Następnie na zachód do Fredvang, w okolicy którego zaczynał się szlak. Ten początkowo wiódł w górę drewnianymi schodkami, więc sporo było turystów w starszym wieku z wieloma ograniczeniami fizycznymi, którzy nie mieli szans wejść wyżej, choć o tym mieli się dowiedzieć dopiero nieco później. Po chwili schody zamieniły się w kamienistą ścieżkę, która zakosami wiodła nieubłaganie w górę, aż w końcu wyniosła nas poza linię drzew, na szlak prowadzący do przełęczy między masywami Torstfjordtinden, a Moltinden. Już z samej przełęczy rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na plażę Kvalvika. Z każdym kolejnym krokiem wrażenie to potęgowało się jeszcze bardziej.

Osłonięty górami kawałek ziemi pokrytej białym drobnym piaskiem, oblewany co i rusz lodowatymi wodami Morza Norweskiego stał się miejscem kultu za sprawą dwóch norweskich surferów, Inge Wegge oraz Jørn Nyseth Ranum, którzy opętani pasją surfowania postanowili spędzić w tym miejscu dwanaście miesięcy. Korzystając z darów morza oraz własnej kreatywności zbudowali schronienie, nazywane żartobliwie hobbitonem z uwagi na budzące oczywiste skojarzenia z domami hobbitów z powieści  Tolkiena. Projekt uwieczniony w filmie „North of the Sun”, miał być w zamierzeniu próbą zmierzenia się z sobą, naturą i rozmaitymi przeciwnościami, które życie stawia przed nami każdego dnia. Przy okazji chłopaki zrobili wiele dobrego dla natury. Przez cały okres pobytu zebrali ponad trzy tony śmieci, które po zapakowaniu zostały zabrane przez lokalny zakład oczyszczania. Niestety, dziś na plaży znów zalegają rozmaite odpady, te wyrzucone przez morze i te pozostawione przez licznie odwiedzających plażę turystów.

Chwila na złapanie oddechu oraz łyk wody i kontynuujemy nasz marsz w górę ku Ryten. Fragment szlaku z plaży do jeziora Fosvatnet jest niezwykle stromy, a podejścia nie ułatwiało błotniste podłoże oraz mokre i śliskie kamienie, po których spływała woda. Obrana przez nas strategia: 60 kroków w górę, po których następuje przerwa na krótki odpoczynek, sprawiła, że całkiem sprawnie doszliśmy do jeziora. Od tego momentu szlak przypominał bardziej bieszczadzkie połoniny niż tatrzańskie granie, a więc zazwyczaj przytroczone do plecaka kijki trekkingowe, na tej części trasy sprawdziły się znakomicie.

Coraz więcej ludzkich twarzy wokół, a zatem szczyt już nie daleko. Dotarliśmy zmęczeni ale krajobrazy dookoła wynagrodziły nam trud podejścia. Skalna półka wieńczy wysoką na 543 m pionową ścianę wychodzącą w morze, która wygląda niczym odcięta nożem. Zmysły na niej wariują, tyle tu przestrzeni, przepaści i ekspozycji. Mnie po krótkiej chwili oszalał również błędnik powodując lekki zawrót głowy. To wyraźny sygnał, że czas postawić stopy na pewniejszym podłożu. Banan dodał mi energii, albowiem na samym dojściu miałam wrażenie, że trawię już własne białko, a gorąca herbata uzupełniła zapas płynów. Oszałamiająca sceneria, idealna pogoda oraz miła rozmowa w ojczystej mowie z poznaną Martyną sprawiły, że zabawiliśmy na szczycie grubo ponad godzinę. Chłonęliśmy każdy fragment tej urzekającej panoramy, a emocje, które nam towarzyszyły, na zawsze zapiszą się w naszej pamięci.

Nie spieszyliśmy się z powrotem. Raz, że miejsce absolutnie bajeczne, a dwa, że stromość podejścia jest gorsza przy zejściu, więc musimy oszczędzać nasze, Łukasza i moje,  kolana po przejściach. Z ulgą dotarliśmy do plaży. Wdzięczni nogom, że nas doniosły bezpiecznie, postanowiliśmy dać im trochę odpocząć i zanurzyć je w morzu. Lodowata woda cięła jednak skórę jak żyletka, a krew dosłownie w sekundzie zastygała w wąskich naczyniach krwionośnych. Pomysł w innych warunkach byłby genialny, tu spalił na panewce. Nie doceniliśmy bowiem temperatury wody w Morzu Norweskim. Jak szybko zdejmowaliśmy buty, tak szybko zakładaliśmy je z powrotem.

Jeszcze jeden rzut oka na białą plażę i wracamy na przełęcz, skąd spokojnym tempem i w refleksyjnym nastroju docieramy do samochodu. Tym samym żegnając się powoli z Lofotami.

Zaledwie kilka dni, a czujemy się odcięci od rzeczywistości. Natura i jej surowe piękno nas oszołomiły, a zarazem pobudziły apetyt na więcej. Dzień polarny zdecydowanie zaburzył pracę organizmu, co zintensyfikowało wszelkie doznania. Zapach dziesiątek tysięcy suszących się dorszy przeniknął nasz zmysł węchu tak głęboko, że jeszcze przez kilka następnych dni czuliśmy go wokół siebie. Na myśl o cynamonowych bułeczkach kupionych w piekarni w Å, miejscowości na krańcu wyspy, wciąż dostaję gęsiej skórki.  No i ludzie, którzy zachwycają. Na pozór zdystansowani i szorstcy w pierwszych reakcjach, ale też pełni zaufania do drugiego człowieka, co jest szalenie budujące w dobie ksenofobii i nietolerancji.

Często się zakochuję w miejscach, które odwiedzam, równie często te uczucia okazują się ulotne. Tymczasem teraz jestem przekonana, że Lofoty, gdzie z powodzeniem mogę łączyć pasję fotografowania i górską, to będzie prawdziwa miłość. Na długo, jeśli nie na zawsze. 

Widok na Reine z przełęczy Reinebringen
Widok na Reine z przełęczy Reinebringen
Widok na drugą stronę z przełęczy Reinebringen
Widok na drugą stronę z przełęczy Reinebringen
Wonne dorsze suszące się w arktycznym słońcu
Wonne dorsze suszące się w arktycznym słońcu
Rybackie rorbu w Reine
Rybackie rorbu w Reine
W środku Maelstromu
W środku Maelstromu
Wracając z Trollsdasvatnet
Wracając z Trollsdasvatnet
Bułeczki cynamonowe w Å
Bułeczki cynamonowe w Å
Koniec stromizny na Ryten
Koniec stromizny na Ryten
  • 1
  • 2

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.