Wasze wyprawy

Między górami Atlasu i Matmaty

Sidi Bou Said 5, czarna kawa i mietowa herbata

fot.: jp

Sidi Bou Said 5, czarna kawa i mietowa herbata
Tunezja nazbyt często kojarzy się nam wyłącznie z plażą, kompleksem hoteli i basenem z drinkiem. Niesłusznie. Coraz częściej spotkać tu można turystów indywidualnych którzy zapuszczają się w góry, które od Matmaty ciągną się po Atlas.

W rejony południowej Tunezji można dostać się podróżując z północy pociągiem i autobusami, można wylądować na Dżerbie i stamtąd ruszyć na podbój południa, można wylądować w samym sercu południa, bo powstały już lotniska w Tozeur czy okolicach Matmaty. Tunezja nie jest duża, tak mniej więcej połowa Polski, więc optymalnym choć nie najtańszym rozwiązaniem jest wynajęcie samochodu. Jest się wtedy zupełnie niezależnym, ale to kosztuje. Średnio 400 – 450 DT na tydzień plus paliwo. A jeden dinar to około trzech złotych, choć jak wiemy kurs często się zmienia. Noclegi można znaleźć już od  5-6 DT w schroniskach młodzieżowych (Auberges de jeunnese) czy małych hotelikach w Medynie, od 15 DT w zajazdach (fundukach), od 30-40 w tanich hotelach. Trzy gwiazdki to już 100-120 DT. Oczywiście nie licz na klimatyzację i łazienkę w pokoju za 5 DT.

   Budyń Mahometa, czyli labiryntem orientalnych uliczek.

   My, po kurtuazyjnej można rzec wizycie w Tunisie, Sidi Bou Said i Kartaginie, zaczęliśmy naszą podróż 160 kilometrów poniżej. W Sousse. Jest to duże stare portowe miasto ze znakomitą infrastrukturą turystyczną. Ale również piękną starą arabską częścią – Medyną, wpisaną do Dziedzictwa Światowego UNESCO. Jest kwiecień. Od kilku dni w całej Tunezji dawało się zaobserwować wzmożone przemieszczanie się wyznawców Mahometa, czyli praktycznie wszystkich mieszkańców tego państwa. Ulice miast udekorowane były tysiącami czerwonych flag Tunezji. W powietrzu wisiała podniosła atmosfera. Zbliżały się urodziny Proroka Mahometa. Święto narodowe i wolny dzień w całym kraju.

   Wałęsając się od wschodu słońca po zakamarkach Medyny sprawdzałem odporność arabskich mężczyzn i kobiet na natręctwo fotografa. Jak się okazało, nie było tak źle jak straszono. A uliczni przewodnicy byli bardzo otwarci, wręcz nawet zachęcali do fotografowania czy to wnętrza małego meczetu, oczywiście za małą „łapówką” w wysokości 2 TD dla pilnujących go kobiet, czy to przechodzących Arabów. Za swoją usługę "mój" wziął 1,500 TD, to znaczy 1 dinar i 500 ichniejszych groszy. Plus firmowy długopis z polskiego hotelu, któremu przyglądał się chyba z pięć minut, gdy ja robiłem zdjęcia w meczecie, zostawiwszy oczywiście buty na zewnątrz. 

   Zachęcony takim obrotem sprawy postanowiłem działać samemu na polu fotografii. Mimo kilku porażek, gdy paru mężczyzn zdecydowanie acz bez złości prosiło mnie o nie robienie zdjęć, coraz częściej ignorowałem bojkot kobiet czy dziewczyn, widząc uśmiech w ich oczach. I to się setnie opłaciło. Nie ustępując przed udawaną (często) niechęcią do zrobienia zdjęć doprowadziłem do tego, że zbiegło się niemal pół uliczki, kibicując to mnie, to dwóm młodym dziewczynom. Wmieszała się w to zajście wyraźnie rozbawiona matka jednej z nich zapraszając mnie do swojego domu. Zostałem oprowadzony po maleńkim domostwie wciśniętym pomiędzy dziesiątki jemu podobnych. Nie miało okien zewnętrznych, a przez ozdobne drzwi wchodziło się przez korytarzyk do kwadratowego patio, z którego można było wejść bezpośrednio do wszystkich pokoi, których okna wychodziły jedynie w jego stronę. Pokoje były cztery. Sypialnia rodziców. Szeroka na podwójne łoże. Przed nosem stała ozdobna szafa a po lewej stronie sekretarzyk z lustrem, nad którym wisiały dwa osobne ślubne zdjęcia. Gdy weszły dwie osoby było już ciasno. Na wprost korytarzyka usytuowany był największy w całym domu pokój gościnny. Tym razem szeroki na kanapę. Ogromna częściowo przeszklona szafa, na szkło i porcelanę, stała oczywiście przed nosem a kącik z telewizorem znajdował się po lewej. Był jeszcze pokój córki, Nadii, do którego nie byłem zaproszony i kuchnia, której druga część znajdowała się w patio. Tak jak i zresztą otwarta łazienka opierająca się o ścianę pokoju z prostokątnym wykafelkowanym brodzikiem nad którym wisiała półka ze szczotkami do zębów, do włosów i innymi łazienkowymi akcesoriami. Przy innej ścianie, ponad rozwieszonym w całym patio praniem, stał nieduży stół i dwa czy trzy krzesła. Na jednym z nich zostałem posadzony i ku mojemu zaskoczeniu poczęstowany wyjątkową potrawą, w zasadzie deserem, przygotowywanym specjalnie na urodziny Mahometa. Był to zrobiony przez panią domu, co z dumą podkreśliła, dwukolorowy budyń z masą różnych orzechów, bakalii oraz nasion sosny. Rozmowa, choć sympatyczna, nie bardzo się kleiła, gdyż w krajach arabskich oprócz właśnie arabskiego obowiązuje język francuski, którego ja niestety nie znam. Trochę na migi udało się ustalić nazwę tego smakołyku - Asida Zgougou.

   Po tak udanie rozpoczętym przedpołudniu zwiedzanie Wielkiego Meczetu (2 TD, tylko dziedziniec, zakaz wstępu do sal modlitewnych), obronnego klasztoru – Ribatu (3 TD z wejściem na wieżę skąd wspaniały widok na wznoszącą się ku górze Medynę i całą okolicę) i innych atrakcji starożytnej Medyny musiało zakończyć się słodką miętową herbatą (1.300 TD) na dachu jednej z kafejek z boskim widokiem na Medynę, port i Morze Śródziemne. Osobiście polecam Cafe Aladin przy ulicy prowadzącej do targowiska, miejscowego suku, bo oprócz widoków są sympatyczne orientalne wnętrza (trzy piętra) a do herbaty dosypują jeszcze orzeszki piniowe. Zestaw dziwny ale pysznowaty. I ten klimat! Temperatura nieco powyżej dwudziestu stopni, lekki wiaterek od morza, można tak siedzieć i siedzieć, pić herbatę, palić fajkę wodną. I kontemplować przyjemności życia, jakimi są podróże. Można nawet zapomnieć o europejskiej przyjemności, czyli lampce wina, której w Medynie raczej się nie uświadczy. W strefie turystycznej i owszem, ale i tak nie wszędzie.

   W czasie jednej ze sjest w kafejce na dachu zaskoczyła nas rzecz niebywała. Sączyliśmy leniwie miętową herbatkę gdy z pobliskiego meczetu, a dokładnie z minaretu, wysokiej wąskiej wieży która wyrastała, przedtem niezauważona w kubistycznym rozgardiaszu architektury Medyny, dosłownie przed naszymi oczami, dobiegło nas wołanie muezina wzywające do modłów. Za sekundę odpowiedziało mu kolejne z kolejnego minaretu. I kolejne, i kolejne. Cała Medyna rozbrzmiewała głośnymi zawołaniami duchownych. Wrażenie było nieziemskie. Byliśmy tak zaskoczeni i zauroczeni zarazem, że do dzisiaj ciarki przechodzą mi po rękach, gdy sobie przypominam to zdarzenie. Niesamowite!

   Ale w drogę.

   Zostań Tunezyjczykiem, czyli samotność w Górach Matmaty.

   Pierwszy przystanek, El Jem. Kapitalne ruiny trzypiętrowego (plus podziemia dla gladiatorów i dzikich zwierząt), wysokiego na 37 metrów rzymskiego Koloseum w którym zasiadać mogło nawet 30 tysięcy widzów. Obecnie miasteczko liczy tylko 5 tysięcy mieszkańców, ale w czasach swojej świetności w III wieku nasze ery zamieszkiwało El Jem około 100 tysięcy ludzi. Niestety podczas najazdu i panowania przybyłych z terenów Niemiec w V wieku Wandalów zostały zniszczone akwedukty i systemy nawadniające, co spowodowało upadek miasta.

   Oprócz wstępu do Koloseum przy wejściu trzeba zapłacić jeszcze 1 dinara za obnoszenie się z kamerą lub aparatem, czyli teoretycznie za zdjęcia. Teoretycznie, bo w środku już nikt tego nie sprawdza. W czasie wysokiego sezonu odbywają się tu przedstawienia i koncerty. Warto by było zaliczyć kiedyś koncert Pink Floydów w takim miejscu (koncertowali w Pompejach, to czemu by nie w arabskim El Jem?). Albo naszego zespołu Dżem…

   Jedziemy wygodnie dalej, Tunezja w przeciwieństwie do nas dorobiła się już autostrady przecinającej cały kraj (oprócz Sahary). Przy drodze, kierunek Libia, stoją co jakiś czas małe rzeźnie w których zjeść można przyrządzonego na miejscu z grilla barana. Widok jest makabryczny, świeżo zabite barany wiszą bez głów przy samej szosie, rzeźnik wyciera z kafelkowej posadzki ściekającą krew, a kolejne barany stoją przywiązane do filara. Głowy luzem ustawione są na stole pod ścianą. Koszmar. Inną osobliwością tej drogi są nielegalne „stacje benzynowe”, czyli plastikowe baniaki z tanią benzyną „z przecieków” ustawiane w formie piramid przy asfalcie. Nielegalne, ale z uwagi na biedę tego regionu, tolerowane przez lokalną władzę. Natomiast na pewno legalne są gaje oliwne ciągnące się kilometrami hen aż po horyzont. Nie bez przyczyny Tunezja jest potentatem w produkcji oliwy, a zielone i czarne pyszne oliwki dodawane są niemal do każdego posiłku. Zielone drzewka osadzone w rdzawej ziemi chłoną każdą kroplę wody. Żeby im to ułatwić ziemia wokół nich jest bez przerwy bronowana.

     Bierzemy kierunek na Góry Matmata i wydrążone w ziemi domy troglodytów, Berberów wypchniętych przez kolejnych najeźdźców w niedostępne, jałowe tereny. Jest wiele teorii mówiących o przyczynach osiedlenia się tam tych ludzi, ale żadna pewna. Pewne jest to, że nowa władza wyzwolonej w 1956 roku spod francuskiej okupacji Tunezji postanowiła pomóc troglodytom w ich ciężkiej doli i wybudowała osiedle zwane Nową Matmatą, do której kazała przenieść się „jaskiniowcom”, bo to wstyd przed światem. Uszczęśliwienie na siłę oczywiście się nie powiodło, część tubylców wróciła do swoich podziemnych domostw, bo w nich latem jest chłodno a zimą ciepło, a w blokowisku odwrotnie, i dalej wiedzie życie jak przed setkami lat. Część zrobiła ze swoich zagospodarowanych domostw atrakcję turystyczną i czerpie niezłe zyski z turystyki, o czym świadczą wystające gdzieniegdzie spod ziemi anteny satelitarne.

   Miejsce jest na tyle atrakcyjne i niesamowite, że na plener do swojego filmu „Gwiezdne Wojny” wybrał je George Lucas. Elementy filmowej dekoracji zdobią jeden z „podziemnych” hoteli w starej Matmacie, hotel Sidi Driss. Natomiast, gdyby ktoś chciał bez żadnych ceregieli uzyskać obywatelstwo tunezyjskie, wystarczy, że zgłosi chęć zamieszkania w którejś z wyludnionych okolicznych wiosek w górach, i załatwione. Taki jest odpływ ludności z tych terenów.

   Tutaj też można spotkać pierwszych zapaleńców przemierzających na piechotę z plecakiem te wysuszone na pieprz góry. No, ale nocleg w domach troglodytów czy XIII-wiecznych ksarach, ufortyfikowanych glinianych spichlerzach, jest atrakcją nie do odrzucenia. 

   Piaski Sahary, czyli porwany przez Tuaregów.

   Z Matmaty jedziemy do „bramy pustyni”, Douz. Po drodze mijamy kondukt pogrzebowy. Sami mężczyźni. Nawet jeśli zmarłą jest kobieta innym kobietom nie wolno przyjść na cmentarz wcześniej, niż po trzech dniach.  

   Przed nami niekończące się piaski Sahary z pojedynczymi palmami stojącymi u jej skraja i karawana wielbłądów. Widok genialny. Wsiadamy na wielbłądy ubrani w beduińskie stroje (wypożyczenie 2 TD). Jest wysoko i kiwa, ale poza tym ekstra. Na jednej z wydm pojawia się na pięknym koniu malowniczy Tuareg, pirat pustyni. Jest imponujący. Robię mu zdjęcie, co kosztuje mnie 2 dinary. Po niecałej pół godzinie docieramy do miejsca postoju. Nagle pojawia się kolejny Tuareg. Czarny jak smoła. Oczywiście robię mu zdjęcie, chce dwa dinary, mówię OK, ale ja na koniu. Podsadza mnie, wkłada nogę do strzemiona i nagle wskakuje za mną na konia. Klepie go w zad i ruszamy z kopyta galopem w pustynię. Jazda jest szalona i genialna, wiatr świszczy w uszach, Tuareg się śmieje, piach wiruje w powietrzu. Robimy sporą pętlę i wracamy do obozowiska. Pięć dinarów. Drogo jak na tutejsze warunki, ale jak tu się targować z takim zawadiaką, może następnym razem namówię go na porwanie mojej partnerki, myślę, że wtedy ja zarobię. Może ze dwa zdobyczne wielbłądy, bo swojego konia na pewno nie da.

   Po takiej dawce atrakcji malowniczy hotelik przy Saharze z kąpielą w basenie w kwiecistym patio z sziszą, fajką wodną, podaną przez czarnego potomka murzyńskich niewolników, to była prawdziwa rozkosz.

Oazy w Górach Atlasu.

   Pobudka w środku nocy, wyjazd o 5.00. Wszystko po to by powitać wstające nad wielkim słonym jeziorem Chott El Jerid okrągłe zamglone słońce. Miejsce jest magiczne, pełne niebywałych kolorów, czy to chmur, czy wiszącego powietrza, czy wody o dziesiątkach barw stojącej w kanałach przy grobli przecinającej od stuleci jezioro. Kolory podkreślają małe kopczyki białej soli rozsiane nad kanałami a całość od północy zamyka pasmo gór Atlas. Bajka. Zapadającą się 40- kilometrową groblę co rusz się naprawia, gdyż niszczy ją to letni upał, to zimowe deszcze. A wytrwali sprzedawcy księżycowych róż wytworzonych z pustynnego gipsu przez Matkę Naturę, podkolorowywanych w barwach słonej wody, nieustająco odbudowywują swoją skleconą z czego popadnie chatkę nazwaną Cafe Nasseur i od świtu do zmierzchu w bezkresnej pustce płaskiego jak stół krajobrazu czekają na przejeżdżających turystów.

   Za Chott El Jerid, w Tozeur, zwiedzamy wielką naturalną oazę pełną palm daktylowych, zapładnianych od zamierzchłych czasów ręcznie przez człowieka, który przenosi białe kiście palmy męskiej na żeńską. Dzieło wieńczy wiatr.

   Stamtąd jest już niedaleko do malowniczych wiosek w górach Atlasu. Chebika i Tamerza. Górskie oazy z podziemnymi źródłami i wodospadami, z czego ten większy, grande jak go nazywają, ma może ze trzy metry wysokości. Nie mniej okolica przepiękna, wspaniałe widoki i malownicze przejścia urwistymi wąwozami, opuszczona wioska u podnóża gór zniszczona potężnymi ulewami, gdzie czekają na nas sprzedawcy talizmanów, żywych jaszczurek i miętowej herbaty. O tym, że przybywa Polaków odwiedzających te strony świadczą polskie napisy „herbata miętowa” oraz zawołania tubylców: „dobra, dobra zupa z bobra” czy „ładna, ładniejsza, ładna dupa”. No ładnie.

   Jeszcze tylko spotkanie ze stadem wielbłądów majestatycznie przechodzącym przez drogę i skutecznie blokującym niewielki ruch i wracamy z powrotem kawał drogi do Sousse, zaliczając oczywiście po drodze magiczny Kairouan. Obchody urodzin Mahometa przyciągnęły do tego miasta, które jest czwartym po Mekce, Medynie i Jerozolimie świętym miastem islamu, tłumy wiernych przemieszczających się od białego cmentarza usytuowanego pod murami najstarszego meczetu w Afryce Zachodniej, Wielkiego Meczetu Sidi Uqby, do wnętrza starej Medyny by finalnie odbyć modły w ozdobionej arkadami dostępnej tylko dla muzułmanów sali modlitw wspaniałego meczetu. Nie omieszkaliśmy tutaj pospacerować wzdłuż potężnych murów Medyny, zbudowanego jak twierdza meczetu, wtopić się w tłum wiernych i wejść na dach przylegającego do meczetu wystawnego sklepu z dywanami, z którego znakomicie widać było cały meczet i jego piękny dziedziniec wraz z przybywającymi na modły wyznawcami Mahometa. W tle jaśniała bielą domów cała Medyna. Boski widok, Allah akbar!

  

Jerzy Pawleta

www.jpfoto.pl

Tunezja

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.