Wasze wyprawy

Niesamowity huk, krzyk diabła

Niesamowite Wodospady Iguazu

fot.: agadziara

Niesamowite Wodospady Iguazu
Wodospadów Iguazu, nie da się opisać słowami. Całej ich potęgi nie pokażą żadne zdjęcia. To po prostu trzeba przeżyć, zobaczyć na własne oczy. Nigdy nie myślałam, że będzie mi to dane, jednak wyruszyłam do miejsca, które można nazwać Ósmym Cudem Świata.

Argentyna nie należy do najtańszych krajów. Ceny czasami są wręcz zatrważające. Weźmy na przykład taki przejazd z lotniska, około 20 kilometrów, po prostej jak drut drodze, żadnych korków, utrudnień, nic. Transport miał zapewnić właściciel pola namiotowego, na którym zamierzaliśmy się zatrzymać. Nadzieja okazała się złudna- nikt nie odbierał telefonu.

Pozostały dwa wyjścia – siedzieć i czekać na zbawienie, aż właściciel podniesie słuchawkę lub drugie – złapanie horrendalnie drogiej taksówki. Kiedy usłyszałam cenę, myślałam, że padnę na zawał. 480 peso (ok. 100 złotych)?! Chyba ktoś tu zgłupiał!

Tonący brzytwy się chwyta, uznaliśmy z Kubą, że nie mamy innego wyjścia.

Kiedy ze łzami w oczach pozbywamy się sporej części gotówki, zasilając konto pana taksówkarza, stajemy przed zwyczajną ścieżką prowadzącą do lasu. Hm… Robi się ciekawie, nieprawdaż? Na drzewie przed nami widnieje tylko tajemniczy znak z napisem reception. Pozostaje wyruszyć za kierunkowskazem.

Gęsta dżungla

Przedzieramy się przez dżunglę, żałujemy, że nie mamy maczety. Mój plecak raz po raz zahacza o pnącza, nogi toną w ziemi, dookoła roznoszą się niepokojące dźwięki nieznanych zwierząt. Powoli zapada zmierzch, nie mamy latarki. Jedyne niewielkie światło daje nam wyświetlacz komórki… Wydaje się, że dżungla pochłonie nas na zawsze… Oczywiście to fikcja literacka, jednak ewidentnie towarzyszyły nam takie odczucia.

Dochodzimy do małego domu. Otwiera nam ekscentryczny starszy pan, z długą siwą brodą i takimi samymi włosami, w kolorowej koszulce. Przywodzi nam na myśl hipisa. Kilka zamienionych z nim zdań upewnia nas w tym przekonaniu.

Z jednej strony mówił rzeczy dość zabawne, z drugiej zaś bardzo mądre i odpowiadające moim przekonaniom. Że pieniądz niesłusznie rządzi światem. Że ludzie przestali się kochać. Że wszędzie widzą problemy i nie szukają sposobów, by je rozwiązać. Że ciągle są między nimi spięcia, kłótnie, których przecież można uniknąć.

Oscar był o tyle wspaniałomyślny, że przy niepewnej aurze zapowiadanej na noc, zaproponował nam, żebyśmy rozbili swój namiot… w kuchni. Stanowiła ją ogromna altana, kilka stołów z krzesłami. Z ogromną przyjemnością przyjęliśmy propozycję.

"To tylko burza"

Około 2 w nocy budzi mnie huk wystrzału z armat, fajerwerków, walącego się budynku. Nie, to tylko burza. Tylko to mało powiedziane. To była najgorsza burza w moim życiu. Leżąc pod namiotem postawionym pod blaszanym dachem, każda kropla deszczu brzmiała po stokroć głośniej. Każdy piorun wydawał się uderzać zaledwie kilka metrów od naszego schronienia.

Po niedospanej nocy, przebudzam się i wciąż słyszę bębnienie deszczu o dach. Wychodzę z ciepłego śpiwora. I słusznie. Przestało padać! Szybko jemy śniadanie i wyruszamy w stronę jednego z najpiękniejszych miejsc na świecie.

Dojeżdżając do bram parku jesteśmy zwyczajnie podekscytowani. Marzenie kiełkujące od kilku lat, odkąd ujrzałam na oczy zdjęcie wodospadów Iguazu, nawet nie pomyślałam o tym, że kiedykolwiek będę mogła zobaczyć je na własne oczy… Niesamowite, że to wszystko się wydarzyło naprawdę.

Jedyną rzeczą, która po raz kolejny przyprawiała o zawroty głowy, zawał serca była cena wejścia do parku - „jedynie” 330 peso (około 80 zł). No nic, trzeba przeboleć. Takie wrażenie, widoki, późniejsze wspomnienia, wszystko wynagrodzą.

Wejście nie zapowiada czegoś wielkiego. Na początku spacerujemy po kostce brukowej, mijając różne kawiarenki oraz sklepy z pamiątkami. Szlak górny, który wybraliśmy na początek (po stronie argentyńskiej mamy do wyboru szlaki: górny oraz dolny) również był pokryty kostką.

Trochę jak na drodze do Morskiego Oka– śmiejemy się głośno.

Zaczyna się...

Pierwsze prześwity między drzewami. Pierwsze spojrzenie na rozbryzgi, drobinki wody przywodzące na myśl mgłę, zasłaniającą wszystko przed oczami. Mgła opada, za nią ukazują się magiczne wręcz krajobrazy, wydające się tak piękne, że niemożliwe, żeby istniały naprawdę. Kaskady wód rzeki Iguazu przelewającej się jak napój wylewany z butelki nad progiem skalnym. Siła, potęga, huk i prawdziwe, kontrastujące z nimi wszystkimi, piękno. Kontrastujące, a jednocześnie doskonale je uzupełniające.

Im dalej podążamy wyznaczonym szlakiem, tym bardziej jesteśmy zachwyceni. Nie możemy oderwać wzroku od tego prawdziwego spektaklu, jaki przygotowała natura. Kulminację wrażeń stanowi wodospad Salto San Martin, największy na naszej trasie. Okrążamy całą trasę górną i wyruszamy na jeszcze piękniejszy, szlak dolny.

Podczas krótkiego postoju w kawiarni od razu napadają nas koati – rozkosznie wyglądające zwierzątka, ostronosy. Przechodzący obok pan wyraźnie nas ostrzega, aby schować jedzenie. Koati nie są tak słodkie, na jakie wyglądają. Potrafią rzucić się na plecak czy mocno podrapać, aby dostać się do okruszków. Bez tracenia czasu na odstraszanie zwierzątek wyruszamy w dalszą drogę.

Wytchnienie od upału

Patrząc na wodospady w linii ich spadku widać jeszcze szerszy horyzont. Całość kaskad jest dosłownie na wyciągnięcie dłoni. Bardzo dosłownie – nie ma możliwości dostania się bezpośrednio do samego wodospadu bez obfitego prysznica. Daje on nieocenione wytchnienie dla rozgrzanego upałem organizmu.

Nieświadomie wsiadamy na łódkę, która przewozi nas na niewielką wyspę San Martin. Jesteśmy tam prawie sami, wreszcie możemy w pełni napawać się obezwładniającym widokiem. Widzimy też w oddali strażnika parku.

Ups, zrobiliśmy coś nie tak?

Cóż, wybraliśmy się ostatnią łódką - musieliśmy odpłynąć także ostatnią,już opuszczającą wyspę.

Dzień drugi, wciąż zaczarowani

Nazajutrz zamierzamy dostać się do kolejnego z wodospadów.

Mamy do wyboru podróż kolejką wąskotorową lub 3– kilometrowy spacer. Do pociągu kolejka była bardzo długa. Wszystko staje się jasne - idziemy.

Ścieżka prowadzi wzdłuż torów. Wyglądający z kolejki ludzie mają miny pełne politowania. Kto normalny idzie gdziekolwiek w taki upał, kiedy ma do wyboru podróż siedząc na czterech literach?

Nie powiem, żeby to było najprzyjemniejsze pół godziny mojego życia, jednak po drodze widzimy coś niesamowitego. Kwiaty, błyszczące w promieniach słońca niesamowitym odcieniem żółci. Chcę podejść bliżej, jednak dzieje się coś dziwnego. Kwiaty zaczęły się ruszać. Z moim następnym krokiem widoczne było już ewidentne drżenie.

Motyle!

Setki motyli, przytulonych do siebie, z bliska wyglądających jak jesienne, opadłe z drzew liście. Niemożliwym wręcz wydawało się to, że co chwilę któryś z nich odlatywał, po czym wracał na swoje miejsce.

Najpiękniejsze, najpotężniejsyy

Po kilkuset metrach docieramy do metalowych mostków. Jest mnóstwo turystów, robią się zatory. Kilkadziesiąt metrów od podejścia na sam koniec tarasu jesteśmy cali mokrzy. Widzimy obłoki, tumany wody wypychane wysoko w powietrze.

Jeżeli kiedykolwiek o czymkolwiek mówiłam, że było prawdziwą potęgą, Garganta del Diablo przebija to stokrotnie.

Pierwsze wrażenie przywodzi na myśl dosłowne tłumaczenie nazwy, imienia wodospadu – Gardło Diabła. Wydaje się, że woda zwyczajnie wpada do otworu na powierzchni ziemi. Ot tak, do jakiegoś krateru, misy jeziornej, czegokolwiek. Jak napój nalewany do pustej butelki. Wpada i już, wkrótce się skończy, wypełni naczynie. Koniec.

W tym wypadku wszystko wydaje się nie mieć końca. Kaskady mają siłę tsunami, przelewają się z siłą tak ogromną, że mogłyby wgnieść wszystko, zniszczyć każdy najtwardszy materiał istniejący na Ziemi. Potęga - to mało powiedziane. Niesamowity huk, jakby krzyk diabła, ostrzeżenie, żeby go nie rozgniewać.

Niesamowite, jaka potrafi być przyroda, całe środowisko obok nas i którego jesteśmy częścią. Jak wszystko jest doskonale skoordynowane, jak działają wszystkie procesy kształtujące ziemię, jak wszystkie organizmy żywe są „skonstruowane”, jakby stworzył je niesamowity mechanik, matematyk posiadający wzory na istnienie życia...

Dlaczego ta podróż była wyjątkowa? Pomijając fakt, że po raz pierwszy znalazłam się na innym kontynencie i to na aż 2 miesiące, wyjątkowy był sam powód wyjazdu. Ktoś wyjątkowy wyruszył w kierunku Argentyny na pół roku- musiałam tam pojechać. Rzuciłam pracę, zaniedbałam magisterkę, ale niczego nie żałuję. Nie bójcie się spełniać swoich marzeń, jak ja spełniłam swoje.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.