Wasze wyprawy

Od Andów po Atlantyk

Loganem przez Argentynę :)

fot.: igebski

Loganem przez Argentynę :)
Relacja z samochodowego objazdu Argentyny na trasie Cordoba - Mendoza - Chos Malal - San Martin de los Andes - Bariloche - Esquel - Puerto Madryn - Viedma - Bahia Blanca - Winifreda - Cordoba (5 430 km) oraz pieszego zwiedzania Buenos Aires
Droga nr 40 - wylot z Bariloche na Esquel
Droga nr 40 - wylot z Bariloche na Esquel
Jezioro Falkner
Jezioro Falkner
Papugi Patagonki
Papugi Patagonki

 

Z Gdańska  do Oslo  samolot linii Norwegian odlatuje planowo o 13.35. Jest całkowicie zapełniony, co będzie miało znaczenie podczas wysiadania. Na przesiadkę na lot do Londynu będę miał bowiem niespełna pół godziny. Ponieważ jednak mam miejsce w rzędzie 28,  będę wysiadał jako jeden z ostatnich, co zajmie dodatkowe cenne minuty. Podczas lądowania na lotnisku Gardermoen mimochodem stwierdzam, że w Oslo jest już zima (w Gdańsku było słonecznie i ciepło). Nie zastanawiam się jednak głębiej nad pogodowymi kwestiami, bo mam już tylko 20 minut na dotarcie do terminalu S, gdzie właśnie zaczyna się boarding. Pytam jakiegoś pracownika lotniska o kierunek i pędzę  z wywieszonym językiem. Uff, udało się! Spocony, ale zadowolony zajmuję miejsce w prawie pustym tym razem samolocie.

Służbom ochrony na lotnisku Gatwick nie podobają się moje kosmetyki. Testują je więc  pod  kątem  narkotyków. Niczego oczywiście nie znajdują. Polka pracująca na tym lotnisku  pomaga mi odnaleźć drogę do terminalu S, choć tym razem nie spieszę się. Odlot do Buenos Aires mam bowiem dopiero za 4,5 godziny. W lotniskowym sklepie nabywam butelkę wody o pojemności 0,75 litra za 1,99 funta. Gdybym był bardziej przewidujący, to mógłbym przywieźć własną pustą butelkę lub chociaż jakąś manierkę, bo na lotnisku znajduje się punkt, gdzie można za darmo nabrać wodę pitną.

O  21.30 wylot do stolicy Argentyny. Lot długi, ale spokojny. Trochę nudno, bo Norwegian nie daje słuchawek, a ja nie zabrałem swoich, więc niespecjalnie mogłem oglądać filmy dostępne na monitorku przed fotelem. Co najwyżej jakieś przyrodnicze. Zresztą większość lotu i tak przespałem. Na lotnisku Ezeiza wylądowaliśmy pół godziny przed czasem. Dokładnie o 7.46. W Polsce zbliżało się wtedy południe. Z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że w Argentynie, podobnie jak w Polsce, pasażerowie klaszczą po wylądowaniu. W trakcie odprawy paszportowej musiałem dać zrobić sobie zdjęcie i zeskanować linie papilarne kciuka.

Z hali przylotów w terminalu A udałem się do terminalu C, bo właśnie z tego ostatniego miałem odbyć czwarty i ostatni lot do Cordoby. Dojście tam nie było łatwe, gdyż powodu remontów droga wiodła krętymi i długimi korytarzami.  Podczas  kontroli bagażu wypatroszono mi plecak,  bo skaner pokazywał  jakieś  długie  kostki, a to były zwykłe czekoladki w kartonach  po 300 g…

W Cordobie  wylądowałem o 13.20  i czekałem na lotnisku przez ponad trzy godziny na przylot Wojciecha Dąbrowskiego, z którym miałem odbyć właściwą część wyprawy do Argentyny.  Po drobnych perturbacjach udało nam się odnaleźć wypożyczalnię samochodów, w której mieliśmy opłacony wynajem auta, konkretnie renault logan.

Do miejsca noclegu w Villa Carlos Paz było tylko 45 kilometrów. W mieście tym trwały jednak remonty dróg, czego nawigacja z Map Google nie przewidziała. W efekcie trochę pobłądziliśmy, wjeżdżając nawet raz w ulicę jednokierunkową. A propos ruchu jednokierunkowego, to nie ma tu znanych u nas znaków zakazu wjazdu. Kierunek jazdy wyznaczają strzałki umieszczone na tabliczkach z nazwami ulic. W sumie pokonaliśmy 49 kilometrów i o godzinie 19 dotarliśmy do dormitorium  Los Carolinos Depertamentos przy ul. Alejandro Magno 50. Przed udaniem się na spoczynek nabyliśmy jeszcze chleb w pobliskim sklepiku. Nie mieliśmy wymienionych pesos, więc zapłaciliśmy walutą amerykańską. Wyszedł jeden dolar za pieczywo dla dwóch. Ciekawostką jest, że chleb sprzedaje się tu częściej na wagę niż na sztuki.

W czwartek, piątego grudnia, rozpoczęliśmy właściwy objazd Argentyny. Trasa tego etapu wiodła przez San Luis do Mendozy i liczyła 643 kilometry. Zanim jednak opuściliśmy na dobre Villa Carlos Paz, odwiedziliśmy urokliwe jezioro San Roque.

Niedaleko za Copina zatrzymaliśmy się przy niewielkim wodospadzie o wdzięcznej nazwie ”Łza Indianina”. Droga z początku była kręta i wiodła przez górzyste okolice. Ruch dość spory, a krajobraz pustynny. Za to od Dolores  aż do San Luis  szosa prosta  jak strzała  i równa  jak stół. Momentami jadę  140 km/h. Podczas rutynowej kontroli policji widzę zdziwienie na twarzy młodego funkcjonariusza na widok polskiego prawa jazdy. Policja stoi zwykle na granicy prowincji lub na miejskich rogatkach.

W San Luis oglądamy katedrę (remont elewacji),  Plac Niepodległości z wszechobecnym w argentyńskich miastach pomnikiem bohatera narodowego Jose de San Martin i kościół  San Domingo,. Odwiedzamy także znany skądinąd Carrefour. Najtańsze wino Michel Torino kosztuje tutaj  59 pesos, czyli niespełna dolar za butelkę, a półtoralitrowa butelka Coli 88 pesos. Nabyłem tam także konserwy z tuńczykiem po 90 pesos za dwustugramową puszkę.

Popołudnie jest upalne. Do Mendozy mamy około 240 km dwupasmówką. Po drodze  liczne winnice. Od czasu do czasu trafiamy na punkty poboru opłat. W jednym przypadku wzięli od nas dolara, w innym przymknęli oko  i przepuścili za darmo. Jednakże za trzecim razem nie było zmiłuj się. Nie masz pesos – nie przejedziesz! Trzeba było więc wycofać auto i szukać kogoś, kto zgodziłby się sprzedać trochę pesos. Ostatecznie WD nabył argentyńską walutę od szefa tego punktu poboru opłat.

Do Mendozy docieramy tuż przed wieczorem. Mimowolnie konstatuję, że jest to miasto platanów.  Meldujemy się w naszym hostelu Casa Olascoaga przy ul. Olascoaga 268 (tym razem nie było problemów z dotarciem) i niemal natychmiast idziemy na spacer. Przede wszystkim w poszukiwaniu punktu wymiany walut. Po kilkukrotnym zasięganiu języka znajdujemy stosowną instytucję. Pobieramy numerek i czekamy w kolejce. Sama wymiana waluty wiąże się ze sporą biurokracją. Trzeba dać paszport do przeskanowania i podpisać odpowiednie formularze. Wreszcie następuje moment wymiany: za 200 dolarów dostaję 12 000 pesos!

W trakcie sześciokilometrowego spaceru odwiedzamy ładnie podświetlony Plac Hiszpański. Widać, że tętni tu wieczorne życie. W jednym miejscu przygrywa jakiś lokalny zespół, tuż obok stoją stragany z pamiątkami. Fontanna mieni się kolorami tęczy. Na ławeczkach siedzą jakieś pary. Idąc dalej, trafiamy na Plac San Martin z nieodłącznym pomnikiem wspomnianego już bohaterskiego generała.

Za nocleg płacimy 17 dolarów na dwóch. Dokładnie tyle samo, co wczoraj w Villa Carlos Paz. Tyle tylko, że tutaj mamy w ofercie oprócz przysłowiowego łóżka także śniadanie. I to nie najgorsze: croissanty, ser, szynka, dżem, kawa plus gorące mleko.

  Rano, podczas porannej toalety, uświadomiłem sobie, że nie mam jak się ogolić. W mojej elektrycznej golarce brakowało bowiem nasadki na głowicę. Wtedy przypomniałem sobie, że poprzedniego ranka zostawiłem ją na umywalce w Villa Carlos Paz.  Widać los chciał, żebym nieco zarósł i nabrał wyglądu prawdziwego podróżnika.

Po zatankowaniu naszego Logana (44,56 litrów za 2450 pesos) wjeżdżamy na  drogę nr 40. Ta słynna trasa widokowa, zwana też Ruta, ciągnie się na przestrzeni ponad 5 tysięcy kilometrów i niemal na całej długości przebiega wzdłuż Andów. My zamierzamy dotrzeć dzisiaj do Chos Malal. Mamy więc do przejechania 655 kilometrów

Droga jest niemal pusta. Po prawej stronie widzimy niekończący się łańcuch Andów, po lewej zaś rozległe pustkowia. Krótko mówiąc -  pustynia i góry.  Mijamy kanion Rio Diamento i zbiornik Embalse Aqua del Toro  Trasa jest niezwykle malownicza. Dłuższy postój  robimy w Malargue.  W tutejszym punkcie informacji turystycznej, ku zdziwieniu pracowników, anektujemy ich pokój socjalny i spokojnie zjadamy lunch.

Od mostu nad Rio Grande, gdzieś w okolicy Bardas Blancas, niespodziewanie natykamy się na  drogę pozbawioną asfaltu. Nie wiemy jeszcze wtedy, że przed nami będzie znacznie więcej   odcinków pokrytych szutrem. Tym razem jechaliśmy po chroboczącej i kurzącej się nawierzchni przez około  110 km. W kabinie momentalnie pojawiła się warstwa pyłu. Podobnie zresztą w bagażniku, nie mówiąc już o karoserii auta. Zaczęło też być nieco duszno, tymczasem mój współtowarzysz ze względu na przeziębienie i ból gardła nie chciał włączać klimatyzacji. Włączaliśmy zatem tylko zwykły nawiew, a od czasu do czasu uchylaliśmy boczne szyby. Oczywiście nie wtedy, gdy z naprzeciwka nadjeżdżał jakiś samochód, bo wówczas na drodze unosiły się tumany kurzu.

Po południu zrobiło się pochmurno, ale  nadal było ciepło. Na ostatnich kilometrach  droga wiła się wśród licznych górskich zjazdów i podjazdów. Akurat wtedy prowadził WD. Z pewnym niepokojem obserwowałem, jak ostro wchodzi w zakręty, często je ścinając. Ruch był co prawda minimalny, ale można sobie wyobrazić co mogłoby się stać, gdyby jednak z przeciwka coś nadjechało. Wystarczyłaby odrobina pecha…

Nad Rio Barrancas zatrzymujemy się, żeby obejrzeć zabytkowy most. Chmury wiszą coraz niżej, ale nie pada. Jedynie gdzieś za chilijską granicą słychać grzmoty. Stąd mamy już jednak blisko do Chos Malal. Przez całą długą trasę minęliśmy tylko dwa miasta i parę małych wiosek ukrytych wśród wysokich zielonych drzew. Sprawiały wrażenie  oaz.

Zatrzymujemy się w hotelu Picun Ruca przy ul. 25 de Mayo 1271. Nocleg kosztuje tutaj 26 dolarów od osoby, ale  śniadanie jest w formie bufetu i to dość okazałego: szynka, ser, croissanty, jogurt, banany,  tosty, jabłka,  sok, kawa i herbata.

Rano udajemy się na punkt widokowy Torreon. Chos Malal, chociaż to stolica departamentu w prowincji Neuquen, jest małym miastem. Liczy bowiem zaledwie kilkanaście tysięcy mieszkańców. Spod białej wieży roztacza się widok na meandry rzeki Curi Leuvu i na okoliczne wzgórza. Poniżej znajduje się pomnik założyciela miasta, czyli pułkownika  Manuela Jose Olascoaga. Z drugiej zaś strony kolorowy mural

W miasteczku jest tylko jedna stacja benzynowa. Stoją do niej długie kolejki aut. Nie mieliśmy o tym pojęcia i podjechaliśmy bezpośrednio pod dystrybutor. Natychmiast nam uświadomiono, że mamy czekać w ogonku. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, że stojące na ulicy samochody oczekują na możliwość zatankowania paliwa, a nie zwyczajnie parkują.

W Las Lajas zjeżdżamy z Ruta 40 w drogę nr 242. Biegnie ona w stronę granicy z Chile. Teren jest górzysty, a powietrze ostre. Przede wszystkim jednak wspaniałe widoki. Po jakimś czasie, niemal przed samym przejściem granicznym,  zbaczamy w drogę nr 23.  Tu znowu napotykamy na szutrową nawierzchnię. Zaczynam obawiać się o całość naszych opon (jak się później okazało, wytrzymały do końca). Nad Rio Litran podziwiamy piękne widoczki, a potem jedziemy w stronę Alumine. Przed tą miejscowością jest ładne jezioro o takiej samej nazwie. Za nim widać  ośnieżone szczyty górskie. Odbijają się wyraźnie w granatowych wodach jeziora. Pojawia się coraz więcej zieleni, a droga biegnie wzdłuż rzeki Alumine.

 Od Alumine  prowadzi WD. Droga szutrowa kończy się po około 150 kilometrach. Wkrótce też wracamy na naszą Rutę 40, którą dojeżdżamy aż pod San Martin de Los Andes. Przy drodze pojawiają się żółte krzewy podobne do forsycji. Pojawia się też kłopot  ze znalezieniem  kwatery. Mapy Google nie mogą  odnaleźć adresu Barrio las vertientes  lote 16, 8370  San Martin de los Andes. Właściciel nie odbiera telefonu. Po długich  poszukiwaniach i rozpytywaniu miejscowych, wjeżdżamy  krętymi serpentynami na stromą górę  pod miastem. Znajdujemy tu  mały  domek  wśród lasu z pełnym  wyposażeniem.  Jest otwarty. Widoczna jest też sieć internetowa, ale brak hasła do Wifi. Z okna widać  tylko drzewa. W nocy jest niemal idealna cisza. Śpi  się  świetnie.

W niedzielę  zrywamy się  przed szóstą.   Wojciech jest rannym ptaszkiem. Szybkie śniadanie, mycie  samochodu  po wczorajszej jeździe po wertepach i przemieszczenie się do odległego o prawie 10 kilometrów centrum San Martin  de los  Andes.  Zaopatrujemy się najpierw w pieczywo, a potem idziemy do punktu informacji turystycznej. Tu dowiadujemy się o lokalizacji miejscowych punktów widokowych, a także o tym, że Wifi jest dostępne na pobliskim placu o nazwie – jakżeby inaczej – San Martin.

Miasteczko jest bardzo urokliwe. Przyczynia się do tego jego położenie nad jeziorem  Lacar i widok na okoliczne szczyty Andów. Jest tu też mnóstwo kwiatów. Budki z jedzeniem rozlokowane w pobliżu plaży  są jeszcze zamknięte. Raz, że to dopiero początek lata. Dwa, że jest wczesny niedzielny poranek. Mimo to zwracamy uwagę na jedną z przyczep, na której jest wyraźny czerwony napis „Mamusia”. Od razu dopatrujemy się polskich konotacji nazwy tego food trucka.  Potem dowiadujemy się, że po wojnie osiadł w tym miasteczku Zbigniew Fularski,   harcerz Szarych szeregów i żołnierz Batalionu „Parasol” AK. Wraz z żoną Anną otworzyli cukiernię „Mamusia”. Cukiernia istnieje do chwili obecnej, a pan Fularski zmarł w wieku 96 lat przed prawie pięciu laty.

Po krętej szutrowej drodze wjeżdżamy na punkt widokowy. Widać z niego panoramę miasta oraz duży fragment jeziora Lacar. Tego dnia będziemy mieli okazję zobaczyć jeszcze wiele innych jezior. Od San Martin de los Andes rozpoczyna się bowiem widokowa droga Siedmiu Jezior.

 Za nami już 1800 km.

Jako pierwsze na trasie do San Carlos de Bariloche odwiedzamy jezioro Machonico. W jego tafli odbijają się ośnieżone szczyty między innymi Mocho, Olvlis i Tres Dientes. Następnie zatrzymujemy się przy punkcie widokowym, z którego obserwujemy oddalony nieco od drogi wodospad Vullignanco. Spływająca z niego woda trafia do krętej rzeczki, która nieco dalej wpada do jeziora  Falkner. Nad tym ostatnim też wkrótce się zatrzymujemy. Jest tu ładna piaszczysta plaża, a nieopodal kemping. Turystów jeszcze niewielu, bo grudzień to przecież dopiero początek lata w Argentynie. Niemal naprzeciwko jeziora Falkner, po prawej stronie drogi nr 40, rozciąga się Lago (jezioro) Villarino. Przy nim także znajduje się kemping. Tutaj również pięknie odbijają się w wodzie zaśnieżone zbocza gór. Bez przesady można powiedzieć, że widoki są tu bajeczne, wręcz zapierające dech w piersiach. Jeżeli ktoś był na przykład na norweskim archipelagu Lofoty, to wie o czym mówię…

Kolejne jeziora to  malutkie Escondido, dość długie i charakteryzujące się poszarpaną linią brzegową Correntoso oraz jeszcze bardziej meandrowate  Espejo Grande z górującym nad nim szczytem Constancia.

W okolicy miasteczka Villa la Angostura, nad brzegiem dużego jeziora Nahuel Huapi, robimy sobie przerwę na posiłek i krótki odpoczynek. Jest wczesne popołudnie, a do Bariloche zostało już tylko niespełna 80 km.

W przeciwieństwie do innych odcinków drogi nr 40, w okolicy wymienionych tu jezior, panuje spory ruch. Oprócz kierowców aut spotkać można także wielu rowerzystów oraz motocyklistów.

Do Bariloche docieramy ok 16. Tego dnia pokonujemy tylko 214 kilometrów, ale za to jakże barwnej i widowiskowej trasy. Kwaterujemy się w hostelu Tierra Gaucha  przy ul. Gallardo 306 i niemal natychmiast wyruszamy zwiedzać miasto.

Bariloche słynie przede wszystkim z produkcji czekolady. Poza tym jest to ośrodek sportów wodnych  i narciarskich. Nic zatem dziwnego, że jednym z jego miast partnerskich jest Zakopane. Styl architektoniczny wielu tutejszych budynków sprawia wrażenie, jakby były one żywcem przeniesione ze Szwajcarii czy innego alpejskiego kraju. Z promenady z daleka widać wieżę neogotyckiej katedry. Tu ciekawostka – diecezję San Carlos de Bariloche ustanowił w 1993 roku Jan Paweł II.

W trakcie kilkukilometrowego spaceru odwiedzamy także supermarket. Nabywam tu wino Resero Tinto w litrowym opakowaniu za jedyne 56 pesos, czyli niespełna dolara. Nieco gorzej wygląda sprawa z piwem. Za litrową butelkę miejscowej cervezy zapłaciłem 110 pesos plus 49 kaucji.

W cenie noclegu (10 USD od osoby) jest też śniadanie  kontynentalne, czyli dżem,  masło,  croissanty  i płatki kukurydziane z mlekiem. Po śniadaniu wyjeżdżamy w kierunku Esquel. Już od samych rogatek Bariloche witają nas cudne widoki. Niekończące się pasma górskie, błękitne jeziora, kwitnące przy drodze łubiny i forsycje. Aż przyjemnie prowadzić auto w takiej scenerii.

Pierwszy postój i dłuższy spacer robimy przy  Parador Cascada Virgen de la Merced (w wolnym tłumaczeniu – wodospad dziewicy miłosiernej) w pobliżu El Bolson. Znajduje się tutaj kilka kapliczek ozdobionych kwiatami i pamiątkowymi tabliczkami.  Sam wodospad jest słabo widoczny z drogi. Trzeba więc do jego czoła wspiąć się wąską ścieżką.

Do Esquel docieramy tuż przed czternastą. Bez problemu znajdujemy Pintó Hostel przy ul. Roggero 955. Jest to piętrowy dom z pokojami sypialnymi na górze. Mamy tutaj najtańszy nocleg podczas całej podróży po Argentynie. Płacimy bowiem  tylko 12 dolarów za dwie osoby. W tej cenie jest też skromne argentyńskie śniadanie (chleb plus dżem).

Aby nie marnować wolnego popołudnia decydujemy się jechać do odległego o kilkadziesiąt kilometrów Parku Narodowego Los Alerces. Za wjazd na jego teren płacimy po 400 pesos. Już niebawem za punktem kontrolnym natrafiamy na drogę (nr 71) pokrytą żwirową nawierzchnią. Będzie nam ona towarzyszyć podczas całego objazdu parku. Dojeżdżamy na parking nieopodal jeziora Verde. Przez wiszący most przechodzimy nad Rio Arrayanes. Zaczyna się trochę chmurzyć.

Natykamy się na tablicę ostrzegającą przed pumami.  Po krótkim spacerze zawracamy.

  Czy było  warto? Chyba niespecjalnie, bo poza drzewami  ficroi cyprysowatej nie ma tam niczego takiego,  czego nie można  by zobaczyć  gdzie  indziej. Zresztą najstarszego okazu tego drzewa   (mającego 60 metrów wysokości i 2,20 m obwodu), którego wiek szacowany jest na 2 600 lat i tak nie zobaczyliśmy. Trzeba bowiem dopłynąć do niego statkiem, a ten o tej porze dnia już nie kursował.  No, ale sama przejażdżka  po licznych serpentynach drogi 259 z malowniczymi widokami, to też  przecież atrakcja.

Jeżeli chodzi o samo Esquel, to tutejszą atrakcją jest  kolej wąskotorowa zwana „La Trohita” lub „Old Patagonian Express”. Sama kolejka funkcjonuje rzadko i na krótkim odcinku, ale zawsze można popatrzeć na starą lokomotywę parową i wyobrazić sobie czasy świetności tej kolei.

Wczesnym rankiem ósmego dnia naszej podróży budzi mnie kocie zawodzenie.  Wyglądam przez okno, a tam trwa właśnie zawzięta  walka dwóch kotów.  Dzięki temu udało mi się jednak obejrzeć piękny wschód słońca nad otaczającymi Esquel górami.

Tego dnia czekał nas jeden z najdłuższych przejazdów (667 km). Zmieniliśmy kierunek z południowego na wschodni. Pożegnaliśmy też towarzyszącą nam przez 4 dni drogę nr 40. Krótko mówiąc, mieliśmy przemieścić się spod Andów nad Atlantyk. W poprzek Argentyny jechaliśmy drogą krajową o numerze 25 (wjechaliśmy na nią na 85 kilometrze za Esquel) aż do Trelev. Dopiero tu, już niedaleko punktu docelowego, czyli Puerto Madryn, skręciliśmy w drogę nr 3. Oprócz wspomnianego Trelev,  na tej długiej trasie minęliśmy tylko cztery niewielkie miejscowości: Pampa de Agnia, Paso de Indios, Los Altares i Las Plumas. Na znacznym odcinku jechaliśmy wzdłuż rzeki  Chubut. Inne samochody spotykaliśmy średnio co pół  godziny. Monotonię krajobrazu urozmaicały  na niektórych odcinkach ciekawe formacje skalne. Coś w rodzaju lądowych kolorowych klifów. Trafiały się także typowe ostańce. Nie zabrakło też  urozmaicenia w postaci  szutrowej nawierzchni. Drobne kamyki nieustannie „czyściły” podwozie naszego auta. Tuż za Las Plumas zatrzymaliśmy się przy wyglądającej na opuszczoną  Estanci  Laguna Grande. Nie była ona chyba jednak całkowicie zapomniana, gdyż spożywając posiłek zauważyliśmy kręcące się wokół obejścia kury. A propos miejsc postoju i odpoczynku – na całej trasie widzieliśmy tylko jeden „truck stop”.

 Po prawie dziewięciu godzinach dojechaliśmy do Puerto  Madryn. Tym razem mieliśmy zabukowaną kwaterę na dwie noce. Nazywała się  La casa de Silvia. W gruncie rzeczy był to zwykły dom, którego właścicielka, wdowa o imieniu Silvia, dorabiała wynajmem pokoi. Tu zapłaciliśmy po 17 dolarów za noc ze śniadaniem. Trochę drogo, ale warunki lokalowe były wyśmienite. Do brzegu Atlantyku niespełna kilometr. Niestety, plaża brudna i kamienista. Upał odczuwalny o wiele bardziej niż u podnóża Andów. Spaceruję po zakurzonych uliczkach i marzę o przepłukaniu gardła czymś zimnym. Trafiam wreszcie na sklepik z napojami. Biorę litrową butlę piwa Palermo. Kosztuje 170 pesos wraz z kaucją. W sąsiedniej małej piekarnio-cukierni płacę 60 pesos za pół kg chleba i dwie bułki.

Nasza skądinąd miła gospodyni podaje nam bardzo skromne śniadanie: dwa rodzaje dżemu, jakieś smarowidło w rodzaju nutelli i grzanki z suchych kawałków bułki. Za to oferuje kawę z wyborem mleka. Może być gorące lub zimne...

 Jedziemy na półwysep Valdes (od 1999 roku na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Znajduje się tutaj rezerwat biosfery. Za wjazd pobierana jest opłata 850 pesos od osoby i 120 za samochód.  Do Piramides wiedzie droga asfaltowa. Dalej już tylko szutrowa. Do Punta Norte od naszej kwatery jest 174 kilometry. Krajobraz podobny jak na równinach całej Patagonii: trochę karłowatych krzewów, nieco traw. Po drodze spotykamy stadka gwanako.  Zwierzęta te z daleka wyglądają jak sarny. Są ciekawskie, ale raczej płochliwe. Na plaży wylegują się foki, lwy morskie oraz parę młodych słoni morskich. Można tu czasami zobaczyć orki. Poprzedniego dnia widziano ponoć aż cztery sztuki, jednak podczas naszej wizyty nie pokazała się ani jedna.  

Zjeżdżając około 45 kilometrów  na południe zatrzymujemy się przy kolonii pingwinów Magellana. Niektóre z nich siedzą w wygrzebanych  norkach, inne stoją „na baczność” wygrzewając się w słońcu, a jeszcze inne spacerują po kamienistej plaży lub unoszą się na atlantyckich falach.

Jeszcze bardziej na południe w zatoce Caleta Valdes spotykamy trochę wylegujących się słoni morskich. Można je jednak obserwować tylko z daleka. Do Punta Delgada nie udaje nam się wjechać. Wjazdu broni zamknięta brama i stosowne ostrzeżenia. Ponoć teren ten zajęło wojsko.

Następnego dnia wyruszamy na północ, w stronę Viedmy. Na krajowej drodze nr 3 panuje spory ruch. Widać szczególnie dużo ciężarówek. Jest dość wietrznie, co utrudnia nieco prowadzenie auta. Na przestrzeni ponad dwustu kilometrów nie widać prawie żadnych osad. Zatrzymujemy się w Las Grutas i przez piaszczyste diuny idziemy na skraj atlantyckiego klifu. Robimy zdjęcia i filmujemy panoramę, gdy nagle rozlega się wrzask i spod klifu wylatują setki ptaków. Jak się okazało, miały tam swoje gniazda, a nasze kroki je po prostu spłoszyły.

Przed  San Antonio Oeste spotykamy przy drodze niewielki kolorowy samolot. Obok znajduje się aeroklub. Potem z drogi nr 3 skręcamy w żwirową jedynkę i jedziemy wzdłuż Atlantyku w stronę La Loberia. Na plaży zbieramy muszelki, fotografujemy. Zero ruchu i ani śladu turystów. Pył wdziera się do nosa, pokrywa bagaże i całe wnętrze auta. Jakby tego było mało, jakieś sto kilometrów przed celem natykamy się ustawiony pośrodku znak z zakazem wjazdu. Obok tablica informująca o pracach drogowych. Cóż począć? Przygody muszą być! Pozostało tylko zawrócić i drogą 52 przedostać się na opuszczoną wcześniej drogę nr 3.

 W Viedma mamy apartament w stylu loftu. Nazywa się Alta Patagonia Apart. Za noc wychodzi tu 20 dolarów od osoby. Bez śniadania.

Przez Viedmę przepływa Rio Negro. Po drugiej stronie rzeki znajduje się osiemnastowieczne  miasteczko Carmen  de Patagones. Można tam dojechać przez dwa mosty. Ale jeśli jest się pieszo, to można przepłynąć niewielką łodzią motorową. Kurs w jedną stronę tylko 20 pesos. W biurze informacji turystycznej zostaliśmy poproszeni o zgodę na zrobienie zdjęcia. Pracująca tam kobieta powiedziała, że w tym miesiącu byli już u niej Brazylijczycy i Francuzi, więc teraz do kolekcji chce mieć też Polaków.  

Miejscowy kościół jest zamknięty. Spacerujemy więc po wąskich uliczkach pełnych kolorowo kwitnących krzewów. Oglądamy jakieś murale, mniejsze i większe pomniki, po czym powtórnie przepływamy Rio Negro. W Viedmie zachodzimy do katedry p.w. Matki Bożej Miłosierdzia. W bocznej nawie wisi duży portret salezjanina Artemiusza Zatti, którego trzy lata przed swą śmiercią beatyfikował Jan Paweł II. Idąc dalej mijamy Centrum Salezjańskie oraz wszechobecny w argentyńskich miastach plac i pomnik San Martin. Na jednej z ulic natrafiamy też na rosnące na chodniku drzewko pomarańczy. Oczywiście obsypane dojrzałymi owocami. Oprócz nas nikt chyba nie zwracał na nie uwagi…

 W piątek 13 grudnia, jeszcze przed wyruszeniem na właściwą trasę, jedziemy do La Loberia, do której nie udało nam się dotrzeć poprzedniego dnia. Tym razem jednak od północy, a nie od południa. Odległość w jedną stronę wynosi 60 kilometrów. I jest droga asfaltowa! W połowie tego odcinka zatrzymujemy się w El Condor. Tutaj, w ścianie ogromnego klifu, zamieszkuje  największa na świecie kolonia papug Patagonek. Ich liczbę ocenia się na 35 tysięcy par lęgowych. Proszę wyobrazić sobie ten ogromny gwar i równie ogromne ilości guana… Mieliśmy szczęście przybyć tu w porze odpływu, więc mogliśmy podejść bardzo blisko. Gdyby Atlantyk był akurat w fazie przypływu, to usłyszeć i zobaczyć papugi  moglibyśmy  tylko w powietrzu.

 Na La Loberia przeżyliśmy z początku rozczarowanie. Na plaży leżał bowiem tylko jeden młody lew morski. W dodatku martwy. Dopiero od pracujących w pobliżu robotników dowiedzieliśmy się, że właściwe skupisko tych stworzeń znajduje się 5 kilometrów dalej. Pojechaliśmy tam zatem szutrówką. Tutaj, w rezerwacie przyrody Punta Bermeja, znajduje się jedno z największych skupisk lwów morskich. Ich populację w tym miejscu szacuje się na cztery tysiące osobników. Wejście na punkty widokowe kosztuje 100 pesos. Tutaj jednak, w przeciwieństwie do opisywanego wcześniej półwyspu Valdes, jest na co popatrzeć. Tysiące  sztuk kłębiących się cielsk. Ryk i smród.  Szum oceanicznej wody. Potęga natury. Nieco ryzykując, podchodzimy do brzegu prawie pionowego zbocza klifu i pstrykamy bez opamiętania…

 Nasyciwszy oczy widokiem lwów morskich ruszamy w zaplanowaną wcześniej trasę, czyli do Bahia Blanca. Droga jest  prosta, a krajobraz  monotonny. Znowu jednak przeszkadza boczny wiatr. Jakieś 130 kilometrów przed miastem pojawiają  się  pola  i łąki.

 Tym razem nocowaliśmy w Hospedaje La Serranita  przy ul.

José M. Carrega 3434. Nie ma co ukrywać -  to była najgorsza  kwatera  z dotychczasowych. Po prostu klitka  z obskurną  łazienką  w podwórku. Na pewno nie warta 14 dolarów od osoby. Samo miasto też mało atrakcyjne. Jakieś zadymione i zakurzone. Może w centrum jest ładniej, ale nam przypadła w udziale dzielnica przemysłowa.    W nocy przeszkadzały nam komary oraz wycie syren alarmowych.

Przedostatni samochodowy odcinek naszej trasy prowadzi do Winifredy. Jedziemy przez pampę. Dosłownie, zarówno przez prowincję La Pampa, jak i przez określany tą nazwą rodzaj stepu. Jest ciepło, choć pochmurnie.  Droga nr 35 jest prosta  i dość mało uczęszczana. Po bokach trochę zieleni, gdzieniegdzie pastwiska i stada czarnych krów. Teren płaski.

 Sto kilometrów przed Santa  Rosa lekki deszcz. Pierwszy podczas  całej  podróży.  W samo południe  rozpoczynamy spacer po tym mieście. Trochę  siąpi, ale odwiedzamy nietypową architektonicznie (a może lepiej byłoby powiedzieć – o nowoczesnej bryle) katedrę. W jej sąsiedztwie znajduje się plac – jakżeby inaczej – San Martin, a na nim oprócz pomnika generała stoi także bożonarodzeniowa szopka. Jeszcze rzut oka na kościół  Jana Bosco,  wizyta w piekarni i dalsza jazda.

 W hotelu Ambientes de la Patagonia przy ul. 25 de Mayo 366 w Winifreda  jesteśmy przed czternastą. Otrzymujemy schludny pokój  z lodówką  za 14 dolarów od osoby wraz ze że śniadaniem,  czyli płacimy dokładnie tyle co za wczorajszą norę w Bahia Blanca...

 Winifreda to małe  ciche miasteczko  z nieodłącznym  placem  i pomnikiem Jose San  Martina. Podziw wzbudzają niezwykle szerokie ulice. Tego dnia mamy w zasadzie pierwsze całkowicie wolne popołudnie, a zatem pełny relaks i luz. W moim przypadku to uzupełnianie notatek, piwo i oglądanie filmu „Tarzan” w hiszpańskiej wersji językowej. Zawsze to coś nowego…

 W niedzielę rano zaserwowano nam porządne śniadanie w formie bufetu. Po wczorajszym deszczu nie było już ani śladu. Znowu jedziemy przez pampę, choć tym razem w prowincji Cordoba. Z rzadka pojawiają się jakieś drzewa, jeszcze rzadziej pola obsiane kukurydzą. Przeważa,  sprawiająca wrażenie uschniętej, trawa.

   Najpierw jedziemy drogą nr 35, która za Rio Cuarto przekształca się w dwupasmówkę o numerze 36. Od tej pory zaczynają się opłaty drogowe. Jednakże niespecjalnie obciążające kieszeń. Na odcinku liczącym 177 kilometrów płacimy trzykrotnie: dwa razy po 65 i raz 60 pesos, czyli w sumie równowartość trzech dolarów..

  O 15.30 zaczynamy piesze zwiedzanie Cordoby, a właściwie jej niewielkiego fragmentu, bo to przecież półtoramilionowa metropolia i drugie po Buenos Aires największe miasto w Argentynie. Oglądamy z zewnątrz kościół jezuitów, wchodzimy na chwilę do katedry, zaglądamy do Cabildo (siedziba rady miejskiej), fotografujemy fasadę kościoła San Domingo i przechodzimy przez wymieniany tu po wielokroć plac San Martin.

  Wreszcie zajeżdżamy na ulicę Fray Luis Beltrán 2729, gdzie miała być nasza kwatera o nazwie Casa Lugones. Czeka nas tu niemiła niespodzianka. Okazuje się bowiem, że poprzedni właściciele wyprowadzili się do Brazylii, a nowi nic nie wiedzą o żadnej rezerwacji i w ogóle nie trudnią się wynajmem pokoi. W końcu jednak dali się przekonać i zgodzili się nas przenocować. Ba, dostaliśmy nawet odrębne pokoje.

Rano odprowadziliśmy samochód do wypożyczalni. Został przyjęty bez zastrzeżeń. Mimo przejechanych 5430 kilometrów, często po trudnych żwirowych drogach, karoseria nie doznała żadnych uszkodzeń. A skoro już jestem przy statystyce to zużyliśmy 363 litry litrów benzyny, co kosztowało każdego z nas około 600 zł. Średnie spalanie wyniosło 6, 69 litra/100 km.

  Przed południem polecieliśmy do Buenos Aires. Stolica Argentyny przywitała nas upałem. Z lotniska  Jorge Newbery’ego  do centrum pojechaliśmy autobusem linii 45. Koszt przejazdu wyniósł 21 pesos. Aby jednak móc jechać środkiem komunikacji miejskiej, trzeba mieć specjalną kartę. Ja takiej nie posiadałem. Ale i na to jest sposób. Trzeba w takim wypadku poprosić kogoś o użyczenie jego karty i po prostu oddać mu gotówkę.

  Wysiadamy przy najszerszej ulicy świata - Avenida 9 de Julio. Ma ona 140 metrów szerokości. Idziemy przez kilka przecznic w stronę naszego hotelu El Porteno, który znajduje się przy ulicy 1150 Moreno w dzielnicy Monserrat, niespełna 150 metrów od wspomnianej „szerokościówki”. Po drodze mijamy charakterystyczny obelisk o wysokości 67 metrów. El Obelisco – bo tak go tutaj nazywają – zbudowano w 1936 roku dla upamiętnienia 400 rocznicy osiedlenia się hiszpańskich osadników. Obecnie odbywają się pod nim  różnego rodzaju manifestacje. Nawet podczas naszej obecności prowadzono tam jakąś akcję protestacyjną. W pobliżu stoi wieżowiec, na którego fasadzie widać stylizowaną twarz Evity Peron z mikrofonem przed ustami.

Otrzymaliśmy pokój na trzecim piętrze. Jest winda, ale nie ma śniadań. Mamy spędzić tu dwie noce. Po rozpakowaniu się idziemy na siedmiokilometrowy spacer. Na jednej z ulic (Florida) słychać nieustanne nawoływania  „cambio”. To uliczni cinkciarze oferujący skup dolarów. Przypomniało mi się wtedy, ile zachodu z wymianą waluty mieliśmy w Mendozie, na początku naszej podróży.

Trasa naszej  wędrówki wiodła najpierw na Plaza General San Martin. Obok pomnika wymienianego tu aż do znudzenia argentyńskiego bohatera narodowego jest tu też pomnik poświęcony poległym w wojnie o Falklandy. Stoi przed nim warta honorowa. Przede wszystkim jest tu jednak piękny park.

Po raz pierwszy od przyjazdu do Argentyny spotykam się z ostrzeżeniami, żeby uważać i pilnować smartfonów, aparatów i kamer. Ponoć złodzieje potrafią w biały dzień wyrywać z ręki takie przedmioty. Na szczęście nic podobnego nam się nie przydarzyło.

W katedrze metropolitalnej odwiedzamy grób legendarnego generała. Stoi przed nim warta honorowa. Z placem  imienia  generała Jose San Martina i pomnikiem przedstawiającym tę  postać  zetknąłem  się  po raz pierwszy, o czym wspominałem na początku,  w San Luis. Wtedy nie wiedziałem  jeszcze, że  sylwetka  tego argentyńskiego  bohatera  narodowego  będzie  mi o sobie przypominać  podczas  całej wyprawy  po Argentynie - od And  po  Atlantyk  i od Cordoby  poprzez  pampę aż  do Patagonii.

Kim  był  ten człowiek, że każde  miasto, nawet  niewielkie, stawia sobie za punkt  honoru jego  upamiętnienie? Najkrócej  rzecz  ujmując, Jose  San Martin zaskarbił  sobie  wdzięczność  narodów  Ameryki  Południowej (oprócz Argentyny  także  Chile  i Peru) skuteczną  walką o wyzwolenie  spod  dominacji  hiszpańskiej. I mimo to, że z działalności publicznej wycofał się już w 1822 roku i resztę życia (28 lat) spędził w Europie, pamięć o nim nie przygasała. Wręcz przeciwnie, 30 lat po śmierci, jego szczątki sprowadzono do Argentyny i do dzisiaj jego nazwisko otaczane jest nimbem chwały.

Przed powrotem do hotelu popatrzyliśmy jeszcze na Casa Rosada, czyli pałac prezydencki. Z balkonu tego pałacu Evita Peron zagrzewała niegdyś Argentyńczyków do walki.

  Przedostatniego dnia rano sprawdzamy czy na lotnisko jeździ  bus linii 8. Opinie    sprzeczne.  W turist  info mówią,  że  jeździ,  zaś ludzie na ulicy  twierdzą,  że  nie. Czekamy  zatem  na przystanku. Przez 50 minut nie przyjechał...

  Idziemy na kolejny, tym razem 11-kilometrowy spacer. Mijamy gmach Parlamentu i dochodzimy do Bazyliki pilar Del Nuestra senora.  Biała fasada świątyni dobrze komponuje się z czystym błękitem nieba. Wewnątrz na jednej ze ścian wisi portret Jana Pawła II.

Z bazyliki idziemy na pobliski cmentarz Recoleta. Pochowani są na nim najbardziej wpływowi  Argentyńczycy. Myślę, że chyba także bardzo bogaci, bo tutejsze grobowce są niezwykle duże i okazałe. Nigdzie na świecie jeszcze takich nie widziałem. Spoczywa tu między innymi Eva Peron pod panieńskim nazwiskiem Duarte, byli prezydenci, m.in. zamordowany w 1970 roku Pedro Aramburu oraz pisarze, poeci i tp. Spoczywa tu także polski dyplomata (reprezentant rządu RP na uchodźctwie) Zbigniew Żółtowski.

 Popołudniową turę spacerową, także jedenastokilometrową rozpoczęliśmy od odwiedzenia dzielnicy San Telmo i placu Dorrego. Następnie obok parku Lezama  i stadionu  Luis Conde poszliśmy do  La Boca, - włoskiej dzielnicy, w której narodziło się tango.  Oglądaliśmy zarówno charakterystyczne kolorowe domy, jak też pokazy tanga argentyńskiego. Chętni mogli pozować do zdjęć z tancerkami lub tancerzami.

    W czwartek 18 grudnia opuściliśmy Buenos Aires. Na lotnisko  Ezeiza pojechaliśmy Uberem za 825 pesos. Potem był długi lot do Londynu, 6 godzin oczekiwania i przelot do Oslo. Loty z lekkimi turbulencjami. W stolicy Norwegii mieliśmy najdłuższą, bo aż ośmiogodzinną przerwę.

Ireneusz Gębski

Lwy morskie
Lwy morskie

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.