Wasze wyprawy

Od Dakaru do Kairu - Nie bój się Afryki!

"Afrykańska taksówka"

fot.: Rafał Ostrowski

"Afrykańska taksówka"
Ludzie powracający z Afryki opowiadają zazwyczaj o trzech rzeczach. O tym, jacy byli odważni, o tym, jaką widzieli biedę, i o tym, jak było pięknie. Na ogół mówią prawdę.

Trasa
Z Dakaru pojechaliśmy do Mali, przemierzyliśmy Burkina Faso i bezproblemowo przejechaliśmy Benin w dwie strony. Zdziwiłem się, że w niektórych miejscach niemal roiło się od białych turystów. Inaczej było już w Afryce Środkowej. Na pustynnych bezdrożach między Nigrem a Czadem nie spotykaliśmy białych ludzi i dopiero po dotarciu do stolicy Czadu (Ndżameny) widzieliśmy na ulicach i w kawiarniach turystów; wielu białych mieszka w Czadzie. Z Ndżameny polecieliśmy samolotem do Etiopii, następnie do Egiptu. W Kairze skończyła się nasza wielka, dziewięciotygodniowa wyprawa przez Afrykę.

Osobie niewprawnej trudno jest w pierwszej chwili rozpoznać rysy czarnych ludzi. Wiele twarzy wygląda podobnie. Niełatwo z nich odczytać zadowolenie, złość, życzliwość lub wrogość. Wyobraź sobie niepokój towarzyszący pierwszym kontaktom z Afryką, gdy tuż po opuszczeniu gmachu lotniska w Dakarze, w samym środku tropikalnej nocy, wpadliśmy w tłum rozkrzyczanych naganiaczy, których twarze całkiem rozmywały się w ciemności. Pulsował groźnie - ciągnął za rękawy, oferował taksówki, hotele, przewodnika, wisiorki i prosił o jałmużnę, wykrzykując w lokalnej francuszczyźnie niezrozumiałe słowa. Był to tłum, do którego nie umywał się żaden spotkany wcześniej. Przy nim Hindusi z dworca kolejowego w New Delhi czy Bombaju sprawiali wrażenie gromadki hałasujących dzieci. Ten tłum, który nas wchłonął w Dakarze, był tłumem olbrzymów stawiających długie kroki, wymachujących energicznie rękami, święcących wielkimi białkami oczu i kością białych jak śnieg zębów.

Jadąc na poszukiwanie hotelu zdezelowaną taksówką z ledwie widocznymi resztkami tapicerki na podartej gąbce i oglądając ciemne, niebrukowane ulice na przedmieściach Dakaru, próbowałem dojść do siebie po pierwszym spotkaniu z Afryką. Jak będzie dalej wyglądała nasza ambitna wyprawa przez kontynent? Czy wszyscy przyjezdni czują strach przed Afryką?

W STRONĘ MALI
Co jadłem:
Słynny pociąg z Dakaru do Bamako, stolicy Mali, jedzie zazwyczaj dwie doby. Na pierwszym postoju postanowiłem kupić coś ciepłego do jedzenia. Po lekturze wielce uczonego przewodnika turystycznego byłem szczególnie wyczulony na punkcie świeżo i czysto wyglądającej żywności. Szukałem więc jedzenia gotowanego lub smażonego, unikając jak ognia surowizn i nieprzegotowanej wody. I oto po kilku minutach wędrówki po peronie między stoiskami z żywnością znalazłem duży gar z małymi kurczakami pływającymi w tłuszczu.

Przepchnąłem się przez kłębiącą się wokół gara ciżbę i sięgnąłem po portfel. W tym momencie spostrzegłem ociekającą olejem rękę sprzedawcy, który właśnie podał klientowi półtuszę owiniętą w papier i bezceremonialnie zabrał się do przeliczania równie tłustych zachodnioafrykańskich banknotów. Mój europejski zmysł higieny został boleśnie dotknięty! O nie - pomyślałem - sam się obsłużę. Już sięgałem po kurczaka, gdy uprzedził mnie pewien klient, który w ciągu trzech sekund obrócił w ręku trzy kurze półtusze, po czym zwinnie odrzucił je z pluskiem do gara, wycierając ręce w spodnie. Ten niespodziewany gest osłabił moją determinację i mimo głodu zacząłem się wahać. W tej właśnie chwili, niczym na dany sygnał, zanurzył się w garze kolejne dłonie, które pośród ogólnego rozgardiaszu zaczęły przerzucać kurze korpusy jak przeceniony towar w supermarkecie.

Przez kolejne 12 godzin przeżywałem swoją porażkę, rozmyślając nad konsekwencjami ograniczenia jadłosisu do bananów, pomarańczy i gotowanych jajek. I już zapewne zdecydowałbym się na ryzykowną dietę owocowo-jajeczną, gdyby Marcin na następnym postoju nie przyniósł i nie spałaszował ze smakiem smażonego kurczaka ociekającego tłuszczem. Nie mogłem dłużej wytrzymać.

Po przełamaniu pierwszych uprzedzeń jedliśmy już niemal wszystko, co nam wpadło w ręce. Szczególnie upodobaliśmy sobie sprzedawany na ulicy ryż z sosem, mięsem lub rybą, a także pęczak. Braliśmy duże porcje do własnych blaszanych kubków, które trzymaliśmy zawsze na wierzchu.

Dużym przeżyciem, budującym, ale nie wolnym o stresu, był posiłek u afrykańkich znajomych w Mali. Jak każe miejscowy zwyczaj, siedzieliśmy na ziemi i jedliśmy posiłek ze wspólnej miski. Bardzo nam zależało, by nie uchybić etykiecie, o której wiedzieliśmy tyle, ile zdołaliśmy przeczytać w przewodniku. Jedna - i jak się okazuje - cenna rada utkwiła nam w pamięci: "przy stole" należy się posługiwać wyłącznie prawą dłonią, lewa jest bowiem zarezerwowana do podmywania miejsc intymnych. Potencjalne obrzydzenie szanownych współbiesiadników mogłoby objawić się w dużo bardziej wyrazisty sposób niż moje lekkie wahanie na widok kilku dłoni zanurzonych w garnku z kurzymi korpusami.

MALI
Gdzie spałem:
Wbrew obiegowym opiniom na olbrzymich połaciach Afryki zwierzęta nie zagrażają człowiekowi. Takim bezpiecznym miejscem jest Sahel. Nie ma tu śmiercionośnych węży ani innych drapieżnych zwierząt, z wyjątkiem tych, które żyją w bardzo nielicznych rezerwatach. Spanie w namiocie czy pod gołym niebem nie wiąże się z zagrożeniami większymi niż tymi spotykanymi w Polsce. Warto jednak mieć moskitierę, gdyż bardziej niebezpieczne niż drapieżniki są komary

Ze względu na przystępne ceny zazwyczaj korzystaliśmy z hoteli. W każdej większej miejscowości znaleźć można niedrogi nocleg. Tam, gdzie nie było hotelu, znajdowała się zawsze prywatna kwatera. Jednak z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że najlepiej pamiętam noce pod gołym niebem. Najmilszy był nocleg w Timbuktu, gdzie spędzałem czas w grupie poznanych afrykańskich przyjaciół. Dico i jego towarzysze spali na środku jednego z miejskich placów w Timbuktu. Rozkładali w przewiewnym miejscu słomiane maty, unikając gorąca bijącego ze ścian glinianych domów. Kładli się około godz. 23, gdy ruch na ulicy zamierał, i wstawali o 6, gdy na piaszczyste ulice wtaczały się pierwsze wozy, przekupnie rozkładali kramy, a pustynni Tuaregowie prowadzili wielbłądy. Idąc spać, zdjąłem sandały i położyłem przy głowie. - Lepiej zanieś je do domu - powiedział Dico. - Jeśli zostawisz je tutaj, to jestem pewien, że gdy się rano obudzisz, to już ich nie będzie. Śpiąc w takim miejscu, lepiej niczego przy sobie nie mieć.

BENIN
Gdzie się myłem
: W Grand Popo, znanym kurorcie nad Zatoką Gwinejską, można spędzić wakacje, których nie powstydziłyby się najlepsze europejskie ośrodki. Pusta szeroka plaża, czysty i ciepły ocean, luksusowe warunki, dobra kuchnia serwująca wyszukane dania z owoców morza. Pięknie urządzone pokoje z eleganckimi łazienkami i nowoczesnymi urządzeniami sanitarnymi. A jednak mieszkając w takim hotelu, podróżny nie doświadcza prawdziwej Afryki.

Typowy prysznic afrykański (douhe africaine) składa się z wiadra i plastikowej konewki, mniej wytworny - z wiadra i zardzewiałej puszki. Łazienki to zazwyczaj niezadaszone pomieszczenia ulepione z gliny. Ich ściany sięgają nieraz tylko do wysokości ramion. W tańszych hotelikach, często wyposażonych w europejski prysznic, widok karaluchów goniących po półce mydło początkowo odstręcza. Z czasem karaluch wielkości małej myszy przestaje robić większe wrażenie. Najprostsza afrykańska toaleta to po prostu dziura wziemi wykopana w łazience i przykryta klapą.

NIGER
Jak podróżowałem: Naczelną zasadą rządząca komunikacją w Afryce jest, że żaden środek transportu nie może odjechać, póki ostatnie miejsce, ostatni centymetr wolnej przestrzeni, ostatni skrawek dachu nie zostanie zajęty. Jeżdżąc po Afryce, uczyliśmy się czekać na transport. Czekaliśmy zawsze: aż znajdą się chętni do jeepa, aż wypełni się taksówka, aż dach autobusu zapełni się mozaiką ludzi i rupieci. Trwało to zazwyczaj długie godziny, choć można było czekać i dni. Godzina odjazdu była zawsze umowna. Obyci turyści pieszczotliwie nazywali ją "afrykańskim rendez-vous" (rendez-vous africaine). Gdy rendez-vous jest na godz. 8 rano, znaczy to, że od tej godziny zaczną zbierać się pasażerowie i przy odrobinie szczęścia wyjedziemy około południa.

Ja czekałem, leżąc pośród bezkresnego pustkowia sawanny na pograniczu Nigru i Czadu. Przez długie godziny akacja dawała mi cień, bez którego przetrwanie w tym miejscu i w tym ualebyłoby niemożliwe. Leniwie, choć często wiedziony nieznoszącą sprzeciwu siłą instynktu, sięgałem po butelkę z wodą. Z niesmakiem łypałem okiem na żelastwo wielkiego pickupa, który miał przewieźć nas przez pustynię, a teraz stał bezużyteczny. Dlaczego? Zabrakło benzyny. Ile to razy podczas naszej podróży przez Afrykę pojazd stawał z powodu pustego baku? Jak to się dzieje, że problem braku benzyny, tak obcy i niezrozumiały dla człowieka korzystającego z płatnego transportu w Europie, tu jest na porządku dziennym?

To nie mieściło mi się w głowie. Co my teraz zrobimy? Gdy braknie benzyny, po prostu wysyła się umyślnego, który nocą wyrusza w kierunku najbliższej bitej drogi. Tam, raz na jakiś czas, przejeżdża samochód. Gdy droga jest blisko, to umyślny wraca z kanistrem benzyny - uśmiechnięty, choć niewyspany. Byłem zaskoczony, że mimo wielu komplikacji podróż po drogach Afryki była tak łatwa. Między miastami kursują regularnie różnego rodzaju pickupy, bushé, ciężarówki, jeepy, autobusy i taksówki. Czasami było prawie jak w Europie.

CZAD
Jak zniosłem smak porażki:
Kiedy spotkanemu na szlaku pracownikowi kanadyjskiej placówki humanitarnej NGO opowiedziałem o planie przejechania Afryki wszerz, przez Sahel, odpowiedział krótko: - Nie uda Ci się. Też kiedyś miałem taki plan. W tej części Afryki nie dostaniesz wizy do Sudanu. - Ale przecież Lonely Planet podaje, że jest to możliwe w Czadzie - upierałem się. - Opowiem Ci moją przygodę - powiedział. - Gdy składałem podanie o wizę, bardzo sympatyczny urzędnik z promiennym uśmiechem zapewnił mnie, że Sudan to piękny kraj, wart odwiedzenia, po czym jednym tchem dodał, że mam przyjść po odpowiedź za pięć tygodni. Byłem wstrząśnięty.

Jak można czekać pięć tygodni na odpowiedź w sprawie wizy? Oficjel, ściskając mnie jak brata, tłumaczył, że trzeba wysłać faks do centrali i czekać na odpowiedź, a to zawsze trwa. Miałem jednak dużo czasu. Po pięciu tygodniach urzędnik z równie uroczym uśmiechem powiedział, że potrzebny jest jeszcze tydzień, a po kolejnym, następny. Mimo naszej już niemal przyjacielskiej relacji zacząłem narzekać na opóźnienia, przez co urzędnik zrobił się bardziej chłodny, aż wreszcie stał się opryskliwy. Po dwóch miesiącach olśniło mnie, że oni w ogóle nie mają w ambasadzie faksu! Znam Afrykę od wielu lat i wiem, że tutaj nikt Ci niczego nie odmówi, tylko będzie się do Ciebie tak długo uśmiechał, aż sam wycofasz prośbę!

Parę tygodni później osobiście ściskałem rękę ozpromienionego urzędnika, który mówił: - Proszę przyjść za trzy tygodnie po odpowiedź. - Dziękuję - pomyślałem - nie urodziłem się wczoraj. Mimo głębokiego rozczarowania dziś nasuwa mi się piękna maksyma Desideraty: "Nie wątp, że świat jest takim, jakim być powinien". A następnym razem wizę do Sudanu zdobędę w Berlinie.

CZAD
Jak zniosłem ten upał: Dopóki jechałem naprzód, wiatr przyjemnie chłodził twarz, przynosząc ulgę spoconej skórze. Lecz przy każdym postoju, przerwie lub spowolnieniu na nierównościach drogi pot rzęsiście spływał mi na czoło, oddech stawał się ciężki, a ciało ślizgało się w mokrym fotelu. Wychodziłem i łapczywie szukałem cienia pod drzewem, kładłem się byle gdzie i zastygałem w półśnie niczym jaszczurka. Każdy ruch był zbędny, książka zbyt ciężka, a oczy zbyt zmęczone, aby znieść światło. Można było tylko czekać, aż wieczór przyniesie ulgę.

Jadąc przez sawannę i wpatrując się w jej dzikie ostępy, zapominałem o lejącym się z czoła pocie i o koszuli klejącej się do pleców. Oglądałem cudowne, bezkresne przestrzenie Sahelu oblane skwarem i notowałem w dzienniku: "Nie dziwi mnie to, że najbardziej znana powieść o Afryce nosi tytuł »Pożegnanie z Afryką«. Miłość do Afryki jest miłością niespełnioną. Jest miłością do piękna, które jest zbyt surowe i trudne, aby Europejczyk przywykły do wygód mógł je zaakceptować jako swoją przestrzeń. Moment opuszczania Afryki jest końcem najgorętszego romansu, jedynej autentycznej i namiętnej życiowej przygody, która jednak od samego początku skazana była na niepowodzenie i ból rozłąki. Pożegnanie z Afryką jest chwilą melancholii i piękna, o której skryta myśl rodzi się w świadomości już w chwili pierwszego spotkania".

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.