Wasze wyprawy

Okolice Seattle - nowoczesność kontra historia

Droga do Port Townsend, Waszyngton

fot.: marcin.sieradzki

Droga do Port Townsend, Waszyngton
Jednym z ciekawszych miejsc w USA jest północny Waszyngton gdzie dobrze widać jak owoczesne technologie żyją w symbiozie z wiekową historią.

Okres zimowy w USA ogranicza trochę pole manewru i kieruje wszystkie wyprawy w kierunku ciepłych miejsc. Zwykle są to wycieczki w stronę południowej Kalifornii, Nevady i Arizony, gdzie cały rok pogoda jest ładna. W San Francisco okres jesienno-zimowy bywa przewrotny, jednego dnia mamy cały dzień opady deszczu, a następnego dnia upał około 30 stopni C, i tak jest aż do marca.

Oscar Wilde powiedział kiedyś, że "najzimniejszą zimę, którą przeżył było lato w San Francisco", z czym na przykładzie tego roku zgodzę się w 100%. Ale znam kilka osób, które uśmiałyby się z określenia jako zimnej - pogody z chmurami i temperaturą 15-20 stopni C :). Ale to zostawmy, bez komentarza :), w tym mieście jest kilka stref klimatycznych i czasem wystarczy podjechać autobusem 15 minut dalej i różnica w pogodzie jest ogromna.

Tak, więc siedząc ze znajomymi na łódce w Monterey w pierwszych dniach listopada, cierpieliśmy mocno z powodu pierwszego deszczu o niepamiętnych czasów. Padało ponad 2 dni i nie można było wypłynąć na ocean, smutki topiliśmy w butelkach piwa i whisky. Weekend się skończył miłym akcentem i wyszło słońce, temperatura skakała jak wykresy na giełdach. Praca upomniała się o nas w poniedziałek rano, a było coś do zrobienia akurat w Seattle, gdzie normalnie w takiej sytuacji bierze się samolot i po krótkim locie - człowiek jest na miejscu. Ale tym razem w głowach naszych zaświtał diabelski plan, pojedziemy tam samochodem przy okazji zwiedzając nieodkryte przez nas tereny w stanie Washington i Oregon.

Z samego rana ruszyliśmy z Monterey do San Jose, gdzie wzięliśmy samochód z wypożyczalni, na koszt firmy - wybraliśmy sporego SUVa GMC Envoy. Podjechaliśmy jeszcze do mnie po sprzęt i ubrania. Była chyba pierwsza w południe, kiedy opuszczaliśmy słoneczne San Francisco przez most Golden Gate, nasz GPS wskazywał czas przybycia na ... 5 rano! Przez chwilę myślałem, że to niemożliwe, ale jednak maszyna nie kłamała. Byliśmy w trzy osoby i postanowiliśmy podzielić jazdę tak, żeby każdy mógł odpocząć i nie ryzykować zaśnięcia za kierownicą. Uzbrojeni w wykrywacz radarów ruszyliśmy ostro. Wyszło na to, że każdy przejechał po jednym stanie, a mnie przypadł Oregon. Jechaliśmy międzystanową numer 5, która przecina zachodnie stany wzdłuż. Speed limit jest tu w miarę wysoki, co pozwalało szybko jechać. Do hotelu w Kirkland koło Seattle dotarliśmy na... 5 rano, GPS znowu mówił prawdę. Do przespania było mało godzin i padliśmy jak trafieni piorunem. Od połowy Oregonu zaczął padać deszcz i skończył padać po 3 dniach :).

W ciągu tych szarych dni w Seattle zrozumiałem ludzi narzekających na depresyjną pogodę w tym mieście, wiele razy spotkałem w Kalifornii i Arizonie uciekinierów z Seattle. Trudno było mi uwierzyć, że w takim pięknym mieście można na coś narzekać, ale teraz już czułem, że faktycznie sam też - nie dał bym rady na dłuższą metę tutaj mieszkać. Temperatury były umiarkowane i chłodne, ale jednak nie spadały poniżej 0 C i śnieg tutaj nie gości. Wszędzie czuć wilgoć i jedynym plusem tego jest zieleń, która zachowuje swój kolor długo, wiele europejskich drzew gubi tutaj liście, ale większość pozostaje nietknięta.

ostatniej wizycie w kwietniu, teraz dobiło mnie coś czego nie doświadczyłem od czasów wizyty w Los Angeles - KORKI, drogi zapchane były już o 4 nad ranem -szok! Zresztą każdy plan udania się wieczorem do centrum miasta kończył się ucieczką na pierwszy zjazd, perspektywa stania godzinami w masie samochodów zniechęcała, a ciemno tutaj robi się już przed godziną 18. Pierwsze trzy dni można uznać za zmarnowane, na szczęście mieszkamy w Kalifornii i zostaliśmy naświetleni przez słońce na zapas. Posnuliśmy się tylko po mniej zapchanych ulicach, zwiedzając okoliczne miasteczka-dzielnice Seattle.

Miasto to przypomina mi trochę układ podobny do tego z San Francisco i Bay Area, gdzie wokół głównego miasta-matki pobudowane jest kilkanaście mniejszych i tak naprawdę człowiek nie wie, kiedy przejeżdża do następnego. Jest to jeden wielki twór rozdzielony administracyjnie jedynie na papierze. Wszystko położone jest w okolicy jezior i zatoczek, gdzie się nie ruszymy zawsze jakiś akwen wodny lub most. Hotel nasz mieścił się prawie w Redmond, więc postanowiłem odwiedzić siedzibę słynnej na cały świat firmy komputerowej Microsoft.

miasteczko wygląda jak prywatny folwark Microsoftu, której budynki widać na każdym kroku, a w obecnej chwili firma poważnie się rozbudowuje i co chwila mijamy kolejne place budowy. Microsoft ma swój system transportowy i czasem dochodzi do komicznych sytuacji kiedy cała ulica zapełniona jest zielono-białymi busami i służbowymi samochodami Microsoftu! To prawie państwo w państwie. Na oficjalnej stronie firmy podany był adres Visitiors Center, gdzie można odwiedzić małe muzeum i zrobić pamiątkowe zakupy w sklepie firmowym. Oczywiście :) jak to bywa z Windowsami - tak w życiu... i adres okazał się nieaktualny... hihi (co za problem zrobić poprawkę na oficjalnej stronie?). Na drzwiach podana była nowa lokalizacja na szczęście niedaleko, podjechaliśmy szybko, oczywiście nie obyło się bez problemów, kilka ulic było pozamykanych ze względu na przebudowę. Odnaleźliśmy parking dla gości i przeszliśmy przez następny plac budowy i dotarliśmy do wejścia w budynku numer 92 (numeracja budynków robi wrażenie, mają tego naprawę sporo).

Po wejściu natrafiliśmy na malutki sklepik i mikroskopijne muzeum. Wszytko rozczarowuje jak na takiego potentata i firmę, która zarabia krocie to nie bardzo się popisali :). Muzeum - to tylko kilka eksponatów z historii techniki i produkty obecnie dostępne w sklepach. Zabawne w tym wszystkim jest to, że przyjechałem do Redmond prosto z Cupertino, miasta w którym mieści się siedziba Apple głównego rywala Microsoftu w branży komputerowej :).

Czwartego dnia pogoda zmieniła swoje oblicze, wyszło słońce, a temperatura była ponad 20 stopni, nareszcie można było ruszyć gdzieś dalej. Wymyśliłem żeby pojechać na półwysep Olimpic do miasta Port Townsend. Dotarcie przez korki do Edmonds zajęło chwilkę, stąd musieliśmy wziąć prom- co okazało się logistycznie dość trudnym zadaniem, nie patrzyliśmy uważnie na drogę i znaki, co zemściło się na nas krążeniem po okolicy.

Dla wjeżdżających na prom jest, wydzielony specjalny pas i nie ma innej opcji, żeby się na niego wbić, niż odpowiednio wczesne wjechanie z jednego kierunku! No, ale wszystko się udało i zaparkowaliśmy na promie. Zawsze mnie ciągnęło do statków i wszelkiego typu promów, pływanie po morzach i oceanach to jest to! Rejs nasz trwał tylko 30 minut, ale widoczki były naprawdę ciekawe. Wylądowaliśmy w wiosce Kingston, skąd dalej ruszyliśmy wąską drogą - w stronę celu. Okolica przypominała trochę Kanadę, ale nie ma się co dziwić, niedaleko jest granica :). Mocno w pamięć zapadła mi osadka Port Gamble z przepięknymi zabudowaniami w stylu wiktoriańskim, wyglądała trochę jak skansen, a nie jak miejsce w którym żyją ludzie. Przez całą drogę towarzyszyło nam słońce, co bardzo mnie cieszyło w perspektywie oglądania miasteczka i robienia zdjęć.

Przywitała nas górująca nad miastem wież egarowa sądu hrabstwa Jefferson. Wyglądała imponująco, a muszę wspomnieć, że Port Townsend położony jest troszkę nietypowo, przy nabrzeżu biegnie główna ulica miasta Water Street z budynkami z cegły, a pozostała część miasta już drewniana wznosi się na "klifie", czyli mam dwie uliczki i naturalny wysoki mur ze skały równo przycięty i następnie dalszą część miasta, do której można dostać się po stromych schodach lub wjechać po krętych uliczkach. Przypomina to trochę San Francisco i rzeczywiście - czytając o tym w przewodnikach, można się dowiedzieć, że planowano tu stworzyć drugie San Francisco i co zabawne - zwane "Nowym Yorkiem Zachodu"! Niestety plany rozbudowy zostały wstrzymane, a miasteczko pozostało w takiej formie do dzisiaj. Przechadzka główną ulicą to jedna wielka przyjemność, kolorystyka i architektura urzekają, po dwóch sekundach wiedziałem, że mój aparat będzie miał dużo pracy :). Trochę podniszczone ogromne reklamy sprzed wieku wymalowane na ścianach budynków dodają miejscu uroku, dobrze - że nikomu nie przyszło do głowy, aby je usunąć - a jest ich sporo. Ann Starrett Mansion, Rothschild House, Hastings Building i Hill Building to prawdziwe perły (nie perełki). Pojeździliśmy między rezydencjami pamiętającymi stare dobre czasy rozkwitu Ameryki.

Nawet trafiliśmy na zabłąkaną sarenkę na środku ulicy. Podobno wszystkie rezydencje zostały w ostatnim czasie ciekawie odrestaurowane, co zmieniło mocno charakter miasteczka czyniąc je tym bardziej wartym obejrzenia. Wróciliśmy tym samym promem do Edmonds, a pora była późna - to postanowiłem zabrać znajomych do Seattle, ostatnim razem przegapiłem świetny taras widokowy i teraz musiałem to nadrobić. Dotarcie do Kerry Pakr na Highland Dr nie zajęło dużo czasu, widok na miasto z tego miejsca uważam za najlepszy jaki można zobaczyć, mamy całą panoramę downtown jak na dłoni. Miejsce te oblegają fotografowie ze statywami i nie ma się co dziwić. Dzielnica - w której znajduje się ten punkt widokowy jest chyba mocno elitarna, domy muszą kosztować krocie, ale tutaj płacimy za widoki :).

Po dość długiej sesji zdjęciowej ruszyliśmy na Pike Place Market, ponieważ być w Seattle i nie odwiedzić tego targu - to jakby wcale nie być w tym mieście. Zaprowadziłem znajomych do miejsca, gdzie swoje show wykonują pracownicy stoiska z rybami, jest to słynne Flying Fish. Miejsce oblegane jest przez turystów, którzy dla samej rozrywki kupują ryby, żeby zobaczyć i sfilmować jak obsługa rzuca wielkimi rybami między sobą. To wymaga trochę wprawy, bo ryby są śliskie, ale efekt jest niesamowity. Dla żartów - co jakiś czas sprzedawcy rzucają sztuczną rybę w kłębiący się tłum - co mocno rozbawia publikę. Zjedliśmy obowiązkowego łososia i przespacerowaliśmy się starą uliczka zachodząc do pierwszego Starbucksa w USA. Wszystko co było do załatwienia zostało zrobione i następnego dnia trzeba było ruszyć w nieznane zakątki Waszyngtonu i Oregonu.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.