Wasze wyprawy

Opowieść o Korowajach – kanibalach mieszkających w domach w koronach drzew

Domek Ludzi Drzew

fot.: NowaczykFoto.pl

Domek Ludzi Drzew
Przeczytajcie opowieść o moich spotkaniach z ostatnimi wyizolowanymi plemionami naszej planety, które zamieszkują jedną z największych połaci lasu deszczowego świata - Ludźmi Drzew.

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam o wyprawie do Korowajów, długo nie mogłam o niej zapomnieć. Mimo że próbowałam wybić ją sobie z głowy, że za daleko, że za drogo, że pewnie nie dam rady, to myśl aby tam pojechać wracała do mnie przy każdej okazji. Spotkać dzikich ludzi i to w ich własnym domu – to musi być przeżycie! A jeśli nie teraz, to kiedy? Nigdy nie miałam w zwyczaju za bardzo odkładać rzeczy, których bardzo chciałam, dlatego i teraz przyszedł moment, kiedy stwierdziłam, że chcę pojechać – i pojechałam.

Rzeczywiście było bardzo daleko. Podróż w jedną stronę zajmuje normalnie około 50 godzin z paroma przesiadkami, jednak ja nie miałam zamiaru spędzać półtorej doby w samolocie, wymyśliłam więc nocleg i zwiedzanie Dżakarty. Ale o tym mieście może innym razem. 

Pierwsze spotkanie z mieszkańcami Papui

Na Papui w Jayapurze czeka na nas Thonny – nasz lokalny przewodnik, który jest jednocześnie tłumaczem, kucharzem i pomocnikiem na całej trasie... i właściwie każdy. Od pierwszego spotkania zdobywa moją sympatię. Jesteśmy już na wyspie, gdzie ma się rozpocząć nasza przygoda, ale czeka nas jeszcze jeden lot do Dekai. Tam dzień aklimatyzacji w hotelu, zakupy na lokalnym bazarze i kolejnego dnia docieramy do rzeki Sirzet, która zaprowadza nas w głąb lasów deszczowych na spotkanie Korowajów – Ludzi Drzew.

Po drodze mijamy wiele drewnianych domów, stojących tuż nad brzegiem rzeki, wiele z nich to zaledwie dachy na palach przykryte liśćmi z palmy. Mijamy też grupy ludzi stających na brzegu i wypłukujących złoto. Kiedy zatrzymujemy się przy jednych z nich, pokazują nam w plastikowym woreczku efekty swojej pracy. Czyli w tej rzece naprawdę jest złoto.

Przed zmrokiem docieramy do chatki nad samą rzeka, gdzie ma być pierwszy nocleg nim wyruszymy, już na własnych nogach, w głąb dżungli. Dopiero teraz zauważam, że pojawiło się tu dużo różnych ludzi i to nie tylko silnych mężczyzn, którzy mają nieść nasze bagaże. Są też kilkuletnie dzieci i kobiety z malutkimi bobasami, które jeszcze cały czas są karmione piersią. W podróż razem z nami wybierają się całe rodziny i oswojona dzika świnia. Kobiety noszą tu małe prosiaki na plecach, zupełnie jak niemowlęta. Czasami również karmią je piersią i w taki sposób je oswajają. Potem te zwierzęta, zachowujące się zupełnie jak nasze psy domowe, przyprowadzają z dżungli inne, dzikie świnie, które są zjadane.

Chata, gdzie mamy nocować jest tylko jedna. Jest zbudowana na palach i położona na małej skarpie tuż przy rzece, dzięki czemu widok podczas zachodu słońca jest wprost bajkowy. Pewnie czasami spędzają tu noce poszukiwacze złota, których nadzieja, że coś jeszcze wypłuczą zatrzymuje tu dłużej. My na podłodze tej chaty mamy rozbite namioty. Pozostali uczestnicy wyprawy kładą się gdzie popadnie. Jest więc dosyć ciasno i wychodząc z namiotu muszę uważać aby na kogoś nie nadepnąć. Tuż obok namiotów, pod tym samym dachem, pali się też ognisko, na którym gotujemy obiad, a pod podłogą nocują świnie. To pierwsze bliskie spotkanie z lokalną społecznością. Ale dopiero oni pomogą nam dotrzeć do Ludzi Drzew, którzy jeszcze nigdy nie wyszli z lasu.  

Jeszcze tego samego wieczoru, kiedy robi się zupełnie ciemno wybieramy się z latarkami na polowanie na krewetki w pobliskiej rzece. Trochę się boję bo Thonny mówi, że są tu też krokodyle, ale całe szczęście żadnego nie spotykamy. Krewetek też nie udaje nam się złapać, choć ich małe pomarańczowe oczy dosyć często migają mi w świetle latarki tuż przed stopami.

Spacerująca modliszka
Spacerująca modliszka

Codzienne życie Korowajów

Kolejnego dnia, po kilku godzinach marszu, docieramy do pierwszego domu, gdzie wita nas gospodarz ubrany zaledwie w drewnianą opaskę na biodrach. Po chwili pojawia się jego żona w spódnicy z trawy i z naszyjnikiem z zębów psa. Wyglądają jak z jakiejś bajki. Zastawiam się czy wypada mi robić zdjęcia, ale nie mogę się powstrzymać, a oni nie protestują.

Spędzamy z nimi dwa dni, nocując w domu 20 metrów nad ziemią i towarzysząc im w codziennych zajęciach. Przyglądamy się jak wygląda budowanie pułapki na dzikie świnie, pieczenie placków z mąki sagowca, przyrządzanie robaczków w liściach palmy. Uczymy się robić pułapki na ryby oraz ćwiczymy strzelanie z łuku. Kolejny cały dzień uczestniczymy w ścinaniu i obrabianiu palmy Sagowca. Na tę okazję przybywają kobiety z innych pobliskich domów, wszystkie ubrane tylko w spódniczki z liści. To taki lokalny obyczaj, że jak się dzieje coś większego jak budowanie domu czy ścinanie palmy, to wszyscy okoliczni mieszkańcy sobie pomagają. Część drzewa jest przerabiana na mączkę, a czubek zjada się na surowo (smakuje zupełnie jak głąb kapusty, który często jadałam w dzieciństwie). Pozostałość przeznaczane jest na hodowlę białych robaków. Później mam okazję zobaczyć, ile można ich wyhodować w jednym drzewie i uczestniczę w ich zbieraniu. To jest dla Korowajów wielki przysmak. Ja zjadam tylko jednego, dobrze upieczonego, a i tak potem na myśl o tym mam wrażenie, że pojawia mi się w gardle.

Kto by pomyślał, że wśród tych ludzi ciągle zdarzają się przypadki kanibalizmu. I choć się o tym oficjalnie nie mówi, bo jest to obecnie zakazane, to kanibalizm rytualny zdarza się do dzisiaj. Czasami może to być forma kary za złamanie tabu, czasami jako rodzaj społecznej „sprawiedliwości”, a niekiedy po prostu chęć zatrzymania przy sobie cenionej osoby. Taka sytuacja miała miejsce z pewnym misjonarzem, który został zabity i zjedzony, bo chciał odejść do innego plemienia.

Papuas ze swoim pożywieniem
Papuas ze swoim pożywieniem

Wędrówka przez dżunglę

Trzeciego dnia wyruszamy w dalszą podróż przez dżunglę. Jest bardzo gorąco i wilgotno, lokalni mieszańcy idą przeważnie na bosaka i mają na sobie krótkie spodenki i cienką koszulkę. Natomiast my, chroniąc się przed owadami, jesteśmy ubrani w długie spodnie, koszule z długim rękawem, trapery oraz kapelusz, który ma za zadanie raczej zapobiec robalom wpadnięcie za kołnierz, bo słońce ledwo do nas dociera przez gęstą koronę drzew. Buty mam cały czas mokre, gdyż co chwilę przechodzimy przez jakieś bagna i strumyczki, które nie zawsze da się przejść suchą nogą. Przez noc przeważnie nie udaje im się wyschnąć, tym bardziej, że klimat temu nie sprzyja. Po kilku dniach przyzwyczajam się do zakładania mokrych butów i skarpetek. Dziwi mnie tylko, że ja idę w porządnych butach, które mają mi pomóc w chodzeniu po zwalonych drzewach, a i tak idzie mi to dużo gorzej niż Papuasom, którzy poruszają się z gołymi stopami.

Kolejne noce spędzamy u kolejnych gospodarzy, śpiąc w ich domach na drzewach. Czasami są one zbudowane kilka metrów nad ziemią, a czasami kilkanaście albo kilkadziesiąt. Raz przybywamy do domu, który jest bardzo wysoko, a w podłodze nie ma jeszcze kory palmowej i są bardzo duże dziury, tak, że noga się w nich mieści. Nasz przewodnik organizuje świeże liście palmy i cała podłoga robi się zielona. Ale i tak czuję się trochę niepewnie, a w nocy wyczuwam pod plecami każdy szczebelek przez mój cienki materac.

Wędrujący po dżungli turysta a Korowaj w swoim codziennym ubiorze
Wędrujący po dżungli turysta a Korowaj w swoim codziennym ubiorze

Niezapowiedziana wizyta

Nie za każdym razem gospodarze witają nas radośnie, tym bardziej, że przeważnie się nas nie spodziewają. Pewnego dnia, kiedy przybywamy do małego domku, gospodarzy w ogóle nie ma. Mimo tego, wchodzimy do środka i wszyscy, którzy nam towarzyszą, zachowują się jakby byli u siebie. Rozpalają ognisko, wyciągają znalezioną żywność i rozkładają się na podłodze, jeśli chcą odpocząć. Mija wiele godzin, a gospodarze się nie pojawiają. Ponieważ przychodzi noc, rozbijamy pod dachem domu nasze namioty i idziemy spać.

Następnego dnia, kiedy budzę się o świcie, spoglądam z wysokości naszego domu na okolicę, a tu na dole, wśród zieleni, stoi młodzieniec w stroju Adama i przygląda nam się z zaciekawieniem. To właśnie wrócił gospodarz, po upewnieniu się, że nic mu nie grozi. Po chwili pojawia się też drugi i również ma na sobie tylko opaskę z kory na biodrach, pióropusz na głowie i łuk ze strzałami na ramieniu.

Spędzamy razem trochę czasu, porozumiewając się przez używanie mowy ciała i nie mogę chwilami uwierzyć, że to jest normalne życie tych ludzi, a nie jakiś plan filmowy, na który trafiliśmy przez przypadek. Siedzimy wspólnie wokół ogniska rozpalonego na środku ich chaty i spożywamy pieczone przez nich placki z mączki sagowca. Smakują trochę jak przypieczona guma, ale za to są bardzo sycące. Wcale nam nie przeszkadza, że nie znamy wspólnego języka. Mam wrażanie, że cofnęłam się do czasów filmu „Walka o ogień”.

Korowaj u siebie w domu
Korowaj u siebie w domu
  • 1
  • 2

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.