Wasze wyprawy

Pierwsze spotkanie nastolatka z via ferratą

Ferrata Folletti z Cima Capi

fot.: Fibaczka78

Ferrata Folletti z Cima Capi
Co za rok! Jakbym w 12 miesięcy chciała nadgonić czas i zrobić to, o czym do tej pory bałam się myśleć. Wspinaczka, wysokie góry, ferraty. Czy przekraczanie magicznej granicy pomiędzy młodością a dojrzałością paradoksalnie dodaje nam energii życiowej?

Nabywanie pierwszych doświadczeń zaczęliśmy od europejskiej stolicy wspinaczki oraz trekkingu zlokalizowanej nad jeziorem Garda w południowym Trydencie, czyli Arco, Jest to urocze miasteczko, w okolicach którego można znaleźć niezliczoną ilość atrakcji zarówno dla ludzi aktywnych, jak i  tych lubiących stacjonarny tryb spędzania wakacji. Ambitnie zaliczając się do tej pierwszej grupy wyposażeni w niezbędny i obowiązkowy osprzęt, czyli uprzęże, lonże via ferratowe, kaski oraz wspinaczkowy szpej rozpoczęliśmy planowanie tras.
 
W okolicy Arco zlokalizowanych jest ponad trzydzieści „żelaznych dróg” o różnorodnej długości i trudnościach technicznych, a więc każdy znajdzie odpowiednie drogi dla siebie, niezależnie czy jest starym wyjadaczem czy też początkującym adeptem turystyki górskiej, jak nasz 11-letni Rafał. Naszym celem jest zachęcenie go do chodzenia po górach, wybraliśmy więc drogi, dzięki którym sukcesywnie podnosiliśmy poziom trudności.
Warto przy tym dodać, że via ferraty w swoim założeniu to nie Droga Pod Reglam, czy szlak do Doliny Chochołowskiej, gdyż każda  nich jest mniej lub bardziej wyeksponowana i może spowodować szybsze bicie serca u każdego, kto nie jest przyzwyczajony do wysokości oraz ekspozycji.
 
Ferrata del Colodri
Naszym pierwszym celem było Monte Colodri, 373 m n.p.m, na szczyt którego prowadzi droga o przewyższeniu 270 metrów, w tym 150 -metrów po via ferracie del Colodri. Stopień trudności według zakupionego na miejscu przewodnika I.2 (cyfra rzymska skalowana jest od I do III i dotyczy długości drogi, zaś cyfra arabska odpowiada skali od 1 do 5 i dotyczy stopnia trudności oraz ekspozycji danej drogi). Szacowany czas podejścia 2 godziny 15 minut.
 
Ferrata del Colodri to bardzo przyjemna i rozgrzewkowa trasa, której początek zlokalizowany jest w pobliżu kempingu komunalnego oraz zoo, a więc nie trzeba się zasadniczo ruszać z samego miasta. Ekspozycja ściany od strony wschodniej, dlatego też rekomendujemy rozpoczęcie drogi jak najwcześniej, gdyż z każdą kolejną godziną temperatura rośnie, a słońce dokucza niemiłosiernie. Nie chcąc marnować czasu i odczuwając silną ekscytację przed nieznanym, już o 9 rano meldujemy się przy początku drogi.  Promujemy bezpieczne chodzenie po górach, więc bez zbędnej zwłoki przywdziewamy na siebie cały niezbędny osprzęt, a więc kaski, rękawiczki, uprząż oraz kwintesencję via ferrat, czyli specjalnie dedykowane do tego rodzaju dróg lonże.
 
Szlak miejscami wiedzie dość wąską i wyeksponowaną ścieżką, na której ledwo mieszczą się czubki butów. Jest za to wyposażona w dobrze naprężone stalowe liny umocowane na dogodnej wysokości, a przeloty są stosunkowo blisko siebie, co niewątpliwie wpływa   bezpieczeństwo. Gdzieniegdzie zamontowane są klamry, które wyraźnie ułatwiają podejście po bardziej pionowych odcinkach. Często trawersujemy wzdłuż ściany. W pewnym momencie drogi musimy dać krok nad szczeliną, z której odsłania się imponujący widok na przepaść, ale jesteśmy dobrze zabezpieczeni, więc nie stanowi to dla nikogo problemu.  Końcówka trasy to wysoki na 5 metrów komin, który, jak wszystkie odcinki na tej drodze, jest bardzo dobrze zabezpieczony klamrami. Pokonujemy go bez najmniejszego wysiłku. Wychodzimy na plateau, z którego rozpościera się cudowna panorama na Arco, Riva del Garda, jak i na samo jezioro Garda, a także na okalające nas góry. Ze szczytu Monte Colodri dostrzegamy również całe mnóstwo winnic, których w tej okolicy wydaje się być nieskończenie wiele. Tego widoku nie przesłania nam nawet monstrualny metalowy krzyż,  górujący na szczycie. Podziwiając wspaniały krajobraz, wciąż przeżywamy nasze pierwsze podejście po „żelaznej drodze”.
Zejścia są dwa. Pierwsze tą samą via ferratą , drugie czerwonym szlakiem przez Santa Maria di Laghel. Kusiła nas pierwsza opcja, ale tłum ludzi czekający na podejściu pod kominem, uświadomił nam, że krócej nie zawsze oznacza szybciej. Wybieramy więc wariant drugi, dłuższy i bardziej mozolny, za to bardziej przewidywalny, jeśli chodzi o czas zejścia. Koniec drogi wieńczy Via Crucis, czyli droga biegnąca przez urokliwy gaj oliwny, która w określone dni pełni funkcję drogi krzyżowej.  Szczęśliwi wracamy do auta i kontynuujemy tak pięknie rozpoczęty dzień w wodach jeziora Garda oraz ze szklaneczką cudownie orzeźwiającego Aperol-Spritz.
 
Ferrata Rio Sallagoni
Celem jest Castel di Drena, na szczycie którego znajduje się zamek. Podejście całkowite 210 metrów, w tym 170 metrów po via ferracie. Stopień trudności I.3. Szacowany czas podejścia 2 godziny.
 
Wejście na szlak znajduje się w okolicy Dro, ok. 8 km od Arco. Via ferrata wiedzie przez kanion, a rozpoczyna się pionowym podejściem na wysokość ok. 8-10 metrów, po metalowych klamrach, które meandrują nie tylko w bok, ale i w górę, co wymaga sprawnego i pewnego kroku. Dodatkowo ściana w pewnym momencie z pionowej przechodzi w przewieszoną, i tu przydać się może podstawowa wiedza wspinaczkowa, która mówi, że w przewieszeniu podstawą są proste ręce. Początek był trudny dla naszych współtowarzyszy. W nogach załączył im się „telegraf”, a ręce w przybloku szybko się zmęczyły.  Trudności drogi zaczynają też narastać poprzez zwiększane stopniowo odstępy między klamrami. Adrenalina szaleje, a nasz  11-latek zaczyna mieć delikatne problemy. Precyzyjne instrukcje taty przynoszą jednak pozytywny efekt i wszyscy bez szwanku dochodzimy do końca drogi w kanionie.
 
Tam czeka nas sceneria rodem z Szangri-La. Wodospady, wilgotny tropikalny klimat, gęsta  zielona roślinność. A nad tym wszystkim góruje przewieszony 15- metrowy most. Słowo „most” na ogół budzi skojarzenie z szeroką drogą zabezpieczoną barierkami po obu stronach, która ma przeprowadzić bezpiecznie z jednego końca na drugi. Tu mamy do czynienia z cienką, pojedynczą metalową liną na stopy oraz dwiema linami na wysokości łokci, do których przypinamy lonże. Zawieszenie jest na wysokości ok. 15 metrów, ponad szumiącym kojąco strumieniem potoku, który  kaskadą wodospadu opada z góry.
 
Chwila wytchnienia podczas spokojnego podejścia i  dochodzimy do drugiej via ferraty. Została ona dedykowana żołnierzom włoskiej żandarmerii, którzy zginęli w bombardowaniu w An-Nasirijji w Iraku w listopadzie 2003 roku. Zginęło wówczas 28 młodych chłopców. Przyznać trzeba, że ten odcinek drogi był naprawdę wymagający.  Trudność polegała przede wszystkim na dość wysoko oddalonych od siebie klamrach, które następnie znikaj  a stopnie na nogi trzeba było wyszukiwać samemu, idąc niekiedy po gładkiej i pionowej skale wierząc, że w razie poślizgnięcia obie lonże wyłapią potencjalny lot. Nie było łatwo, jednak cali dochodzimy do drugiego mostu linowego, który był mniej więcej o połowę krótszy od pierwszego. Radzimy sobie z nim błyskawicznie, tak jak z końcówką naszej dzisiejszej drogi. Dochodzimy do podnóża Castel di Drena na zasłużony odpoczynek. Zejście na parking jest krótkie i nieprzysparzające żadnych trudności. W ciągu 20 minut dochodzimy do samochodu, by resztę dnia spędzić na eksploracji lokalnych winnic.
 
Ferraty Susatti i Foletti z wejściem na Cima Capi
Celem na dziś jest Cima Capi położona na wysokości 909 m n.p.m. Podejście całkowite 500 metrów, w tym  200 metrów po via ferracie. Stopień trudności II.2. Szacowany czas podejścia 3 godziny 30 minut.
 
Start w uroczym górskim miasteczku Biacesa, ok. 30 km na północ od Arco. Podejście pod początek ferraty zajęło nam w przybliżeniu 90 minut, albowiem musieliśmy pokonać blisko 300 metrów przewyższenia. Droga wiedzie przez las i pnie się bardzo powoli w górę, a więc jest idealna na rozgrzewkę. Po dotarciu do pierwszych łańcuchów, zakładamy  obowiązkowy zestaw, czyli kask, uprząż oraz lonżę i ochoczo ruszamy  ku Cima Capi. Droga wiedzie niemalże przez cały czas po południowo-wschodniej stronie zbocza. Nie ułatwia to wspinaczki, gdyż silnie operujące słońce odbiera co krok siły, a woda w bukłakach znika w szaleńczym tempie. Via ferrata jest za to bardzo przyjemna, gdyż od samego początku do końca prowadzi granią, niemal pionowo w górę. Rozmiar ekspozycji oraz widoki są oszałamiające, zwłaszcza że wyszliśmy już dawno poza granicę lasu. Jak na dłoni widzimy okolicę jeziora Garda oraz pobliskie szczyty. Warto dodać, że niektóre odcinki  wymagały regularnej wspinaczki, którą ułatwia mnogość dobrych chwytów na ręce i stopni na nogi. Droga jest bardzo urozmaicona, zarówno pod kątem technicznym, bo wymaga podciągania oraz trawersowania zboczem, jak i widokowym, czyli idealne zestawienie dla ciała i dla zmysłów. Położone gdzieś poniżej jezioro lśniło w południowym słońcu, a przecinające jego taflę żaglówki oraz surferzy wyglądali z tej wysokości jak figurki ułożone na makiecie z klocków lego. Zmęczeni zarówno słońcem jak i samą wspinaczką docieramy w miejsce, które wydaje nam się szczytem. Znajdujemy kawałek cienia i przez dłuższą chwilę upajamy się wspaniałym widokiem. Jak się okazuje później, to zaledwie przedwierzchołek. Nie ma to dla nas w tym momencie żadnego znaczenia. Szybko regenerujmy siły i ruszamy dalej.
Sam wierzchołek Cima Capi uwieńczony jest kolorowymi chorągiewkami, przywodzącymi na myśl himalajskie trasy i bazy, co automatycznie przekierowuje myśli w chłodniejsze rejony naszego globu. Ulga jest jednak chwilowa, bo żar południowego słońca na tej wysokości daje się nam mocno we znaki.
 
Decydujemy się zejść ferratą Foletti, którą mamy dotrzeć na parking. Już pierwszy odcinek wiedzie bardzo wyeksponowanym trawersem, ale stosunkowo dobrze i gęsto zabezpieczonym metalowymi klamrami. Potem było już tylko ostro w dół w jeszcze bardziej przepaścisty teren, co stanowiło nie lada wyzwanie dla najmłodszego uczestnika naszej wycieczki, który mimo otarcia pięty szedł dzielnie. Długość trasy spowodowała, że na końcowych odcinkach wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni, co miało negatywny wpływ na naszą koncentrację. Chwila relaksu przy Bivaco Arcioni (ogólnodostępne i samoobsługowe schronisko) i ruszamy już na ostatni  odcinek dzisiejszego dnia, zejście trudniejszym szlakiem przez Sentr.Attr.delleLaste. Szlak, choć  oficjalnie nie jest już klasyfikowany jako via ferrata, w wielu miejscach jest zabezpieczony łańcuchami i klamrami. Do Biacesa dochodzimy po 7 godzinach od momentu wyjścia. Styrani,ale niesamowicie szczęśliwi. AperolSpritz, coca-cola i lokalny sernik dodają nam sił, dzięki czemu możemy wrócić do Arco i szybko zapominamy  zmęczeniu.
 
Ferrata Sentiero Artpinistico
Celem jest Libro di Via. Podejście całkowite 210 metrów, w tym 188 metrów po via ferracie. Stopień trudności I.3. Szacowany czas podejścia 1 godzina 40 minut. 
 
Przekorny bywa los. Od kilku dni planowaliśmy via ferratę Monte Albano, jako zwieńczenie naszych zmagań z „żelaznymi drogami”, czyli przysłowiową wisienkę na torcie. Stopniowaliśmy trudności tak, by przygotować siebie, ale przede wszystkim naszego 11-latka na drogę o trudności I.4 i czasie przejścia przekraczającym trzy godziny. Pogoda, a dokładniej nieuchronność burzy w godzinach popołudniowych, zmusiła nas do natychmiastowej zmiany planów. Postanowiliśmy pożegnać się z Arco na nieco krótszej drodze, tak aby na spokojnie wrócić na parking przed 13, czyli godziną, kiedy prawdopodobieństwo burzy było najwyższe. Wystarczył jeden rzut oka na chmury, by stwierdzić, że nasze plany mogą i teraz zostać przez matkę naturę zrewidowane. Sugerując się wyłącznie czasem przejścia drogi, przegapiliśmy informację o długości podejścia samą via ferratą, która to informacja powinna była zapalić w nas co najmniej pomarańczową lampkę. 188 metrów w godzinę czterdzieści? Hmmm… o jak pionowych wejściach mówimy?
Szlak zaczynał się w odległości 20 minut jazdy samochodem od Arco, w kierunku Tione i Madonna di Campiglio. Już samo wejście na via ferratę zwiastowało trudności . Ale nie to było największym wyzwaniem dzisiejszego dnia, gdyż przed nami ukazała się ponad  15- metrowa, niemal w całości pionową ściana. Według przewodnika ten odcinek drogi posiadał dobre chwyty na ręce oraz dogodne miejsca do odpoczynku. Tych drugich nie widziałam, poza jedną niewielką półeczką skalną, na której zmieścić się mogły góra dwie osoby. Znam dużo bardziej wygodne miejsca do odpoczynku, czego nie mogę powiedzieć o tej półce. Do tego jakość żelaznych lin pozostawiała wiele do życzenia. Brak naprężeń, do czego przyzwyczaiły nas poprzednie drogi, bardzo długie przeloty, w wyniku których często blokowała się lonża pomiędzy kamieniami. Mieliśmy do czynienia z jakąś pionierską ferratą, która na pewno nie była w ostatnim czasie remontowana. Sama droga była rzeczywiście krótka , ale stromość ściany, duża ekspozycja oraz brak oczywistych chwytów zdecydowanie plasowały ją powyżej określonej w przewodniku skali trudności wycenionej na 3. Wszystko to sprawiało, że czas naszego przejścia mocno się wydłużał.
 
Wiedzieliśmy, że Rafałek, może mieć problem na tym odcinku, ale „wycof” już nie wchodził w grę. Zdecydowaliśmy, że Łukasz będzie asekurował jego podejście przy pomocy liny, czyli   metodą „na wędkę”. Powyższa decyzja wpłynęła zasadniczo na komfort psychiczny zarówno podchodzącego drogą nastolatka, jak i  nas, jego opiekunów, że nic złego się nie może wydarzyć. Niestety, z mojego punktu widzenia, cała operacja zakładania stanowiska, zrzucania liny, wiązania się przez Rafałka, jak i samo jego podejście trwało  zbyt długo, aby móc wytrzymać na bardzo małej półeczce skalnej przy operującym niemiłosiernie słońcu. Przedłużające się oczekiwanie na swoją kolej budowało niepotrzebne napięcie i sprawiało, że w głowie pojawiały się myśli, iż ściana jest mega trudna. Zdecydowałam, iż nie czekając na linę idę dalej „na żywca”, czyli przy wykorzystaniu lonży. Mimo to  odczułam ulgę, gdy lina została, w połowie odcinka, zrzucona i do mnie. Nie ukrywam, że trzęsącą się ręką, ze sporą „lufą” za plecami, udało mi się związać podwójną ósemką, by móc być asekurowaną przez męża na tym naprawdę trudnym odcinku. To nic, że asekuracja podziałała w zasadzie tylko na moją psychikę, bo przecież wciąż sama musiałam wyszukiwać odpowiednie stopnie oraz chwyty, ale dzięki niej robiłam to pewniej, a więc i szybciej wspięłam się na szczyt tej ściany. Niestety całość zajęła nam znacznie więcej czasu niż zakładaliśmy, ale z drugiej strony w górach nie należy się spieszyć i zawsze dostosowywać tempo oraz trudności szlaku do najsłabszej osoby w grupie oraz pogody. Dla nas najważniejsze było, aby wszyscy w miarę „komfortowych” warunkach pokonywali swoje ograniczenia, bo tylko wtedy można czerpać przyjemność i radość z obcowania z górami. Czas przejścia ma, a nawet powinien mieć, drugorzędne znaczenie – to są tylko dane orientacyjne, do których nie warto się za bardzo przywiązywać.
 
Łzy ulgi, spowodowane emocjami sięgającymi zenitu, kabanos, biszkopt, łyk herbaty i idziemy dalej .Do szczytu Libro di Via pozostało nam w dalszym ciągu trochę podejścia, dwa trawersy, jeden komin i dwie pionowe ściany, na szczęście tym razem kilkumetrowe. Dodatkowo koncentracja siwo-granatowych chmur nie pozwala nam na  marnowanie czasu. Dochodzimy do pierwszej „przeszkody”, czyli 15-metrowego trawersu, zawieszonego nad około stumetrową przepaścią. Miejsca na nogi niewiele, ale sucha skała sprawiła, że vibramowska podeszwa dobrze się na niej trzymała. Widoki dookoła były wręcz nieziemskie,  jednak nie możemy pozwolić sobie na zbyt długie zachwyty, widząc, ile jeszcze przed nami oraz to, co zaczyna już dziać się na niebie. Chwilę potem komin. Nie prezentował trudności technicznych, ale … idąc z plecakiem, można było się w nim zaklinować, a do tego obejście jednej skały wymagało maksymalnego rozciągnięcia lonży. Mnie zabrakło kilku centymetrów, więc musiałam się z niej na moment wypiąć. Dalej wąską ścieżynką nad stromym urwiskiem idziemy przez las, by po chwili dotrzeć do ściany prowadzącej na małe plateau, na którym umieszczony jest duży metalowy dzwon. Tymczasem nad nami zaczęło grzmieć. Łukasz w ostrych słowach „zachęca” do zwiększenia tempa. To powoduje, że niestety w pośpiechu popełniam błąd. Tak zaplątuję sobie linki od lonży, że nie mam innego wyboru jak odpiąć się całkowicie, odplątać i przypiąć ponownie. Świadomość, że robię to trzymając się wyłącznie jedną ręką stalowej liny, na wątpliwej jakości stopniach skalnych i z przepaścią w tle nie uspokaja . Zaczyna padać. Łukasz, po chwili wahania, daje komendę do odwrotu, mimo że do szczytu zostało nam już tak niewiele,  czyli krótki trawers i końcowe podejście. Z deszczem i burzą jednak nie wygramy. Rafałek, chcąc uciec  przed burzą , zaczyna schodzić po via ferracie bez asekuracji, reagujemy natychmiast, przypominając o zasadach bezpieczeństwa, które właśnie w takich sytuacjach są najbardziej niezbędne.. Zeszliśmy w zdecydowanie bezpieczniejsze dla nas miejsce, niż nieosłonięte plateau. Po uspokojeniu emocji, zakładamy przeciwdeszczowe ubrania i tą samą leśną ścieżką wracamy do miejsca, w którym musimy ponownie przetrawersować ścianę. Niestety, w wyniku opadów deszczu, tym razem skała jest już mokra, co nie ułatwia poruszania się po niej, a tym samym bezpiecznego powrotu. Ślizgamy się jak na łyżwach. Do tego nad nami w dalszym ciągu szaleje burza, podczas której nierozważne jest trzymanie metalowych lin. Nie mamy jednak wyboru. Musimy schodzić  do wyjścia ewakuacyjnego.
 
W końcu udało się. Jesteśmy bezpieczni. Zejście  zajmuje nam nieco ponad 15 minut.  Wsiadamy do samochodu i odjeżdżamy w kierunku Arco.
 
To było naprawdę godne pożegnanie z via ferratami. Góry pokazały po raz kolejny, iż nie da się w nich wszystkiego przewidzieć. Nagła zmiana pogody, silny deszcz, czy burza, mogą spowodować, iż przyjemna wycieczka w blasku słońca, w deszczu przeradza się w koszmar . Trzeba mimo wszystko pamiętać, aby i zachować spokój i nie dać się ponieść emocjom, gdyż te nigdy ni są dobrym doradcą. To nie wstyd umieć się wycofać, nawet gdy ma się szczyt na wyciągnięcie dłoni. Według nas taka decyzja świadczy o dojrzałości, szacunku dla gór i własnego zdrowia. Jutro, za tydzień, czy rok ten szczyt będzie dokładnie w tym samym miejscu i przy lepszych warunkach będzie można go zdobyć bez dodatkowych komplikacji. Właśnie chcieliśmy, aby to zapamiętał nasz 11-letni dzielny trekker.
 
Ferraty to cudowny sposób na chodzenie po górach, albowiem otwiera szlaki, trakty i ścieżki na co dzień niedostępne. Ułatwia przyzwyczajenie się do ekspozycji, pozwala na zdobywanie pierwszych umiejętności wspinaczkowych, bo wymusza szukanie optymalnych chwytów i stopni. Daje możliwość zaznajomienia się ze sprzętem wspinaczkowym, ale przede wszystkim daje ogromny komfort psychiczny, dzięki któremu mamy znacznie szerszą paletę możliwości obcowania z pięknem otaczającego nas świata. Z wielu poziomów i pionów.
 
Dla nas największą nagrodą i najlepszą recenzją były słowa Rafałka: - To gdzie jedziemy za rok?
 
 
 
 
 
 
 

Widok z Ferraty del Colodri
Widok z Ferraty del Colodri
Ferrata del Colodri
Ferrata del Colodri
Po drodze do Dro, na Ferratę Rio Sallagoni
Po drodze do Dro, na Ferratę Rio Sallagoni
Wyjście bezpieczeństwa na ferracie Rio Sallagoni
Wyjście bezpieczeństwa na ferracie Rio Sallagoni
Kanion na ferracie Rio Sallagoni
Kanion na ferracie Rio Sallagoni
Wodospad, ferrata Rio Sallagoni
Wodospad, ferrata Rio Sallagoni
Wejście na most linowy, ferrata Rio Sallagoni
Wejście na most linowy, ferrata Rio Sallagoni
Winnice w Pietramurata
Winnice w Pietramurata

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.