Wasze wyprawy

Po śmierci monarchy

Rama IX

fot.: igebski

Rama IX
Żeby dogłębnie poznać Tajlandię, trzeba byłoby spędzić tutaj przynajmniej kilka miesięcy, jeżeli nie lat. Niniejsza relacja stanowi tylko zachętę do poznania tego pięknego i pełnego kontrastów kraju.

 Z targu kwiatowego spacerkiem udaliśmy się do Wat Pho, czyli Świątyni Leżącego Buddy. Jest to największy i najstarszy kompleks świątynny w Bangkoku. Monumentalny posąg Buddy ma 15 metrów wysokości i 46 metrów długości. Wykonany jest z cegły pokrytej gipsem i cienką warstwą złota. Do świątyni można wejść tylko boso, z zakrytymi nogami i ramionami. Na terenie kompleksu świątynnego turyści otrzymują po małej butelce wody z widokiem  świątyni na etykietce. Przy niewielkim sztucznym wodospadzie kłębi się mnóstwo barwnych ryb.

Kilkaset metrów dalej znajduje się Wielki Pałac Królewski. Wokół niego widać mnóstwo policyjnych posterunków. Policjanci stoją najczęściej na specjalnych okrągłych podestach. Wzdłuż trasy, podobnie jak w całej Tajlandii, ustawione są bogato zdobione portrety zmarłego 13 października ub. roku króla Ramy IX (Bhumibol Adulyadej). Trwa właśnie roczna żałoba po śmierci monarchy, który rządził aż przez 70 lat (najdłużej we współczesnej historii świata). Oprócz wielkich portretów władcy ozdobionych kwiatami w każdym niemal miejscu spotkać można biało-czarne szarfy. Rozciągają się one na płotach, wzdłuż dróg i na ścianach budynków. Pogrzeb króla odbędzie się prawdopodobnie w rocznicę jego śmierci. W tej chwili trwają prace nad budową specjalnego krematorium, w którym spopielone zostaną doczesne szczątki monarchy. Wizualizacja jednego z projektów krematorium pokazuje, że będzie to okazały gmach przypominający świątynię. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż zmarły król otaczany był   ogromnym i prawdziwym szacunkiem. Świadczą o tym choćby nieprzebrane tłumy ubranych na czarno Tajów zmierzające do pałacu królewskiego, aby pokłonić się przed trumną króla. Jego następca nie cieszy się nawet w minimalnym stopniu taką sympatią Tajów jaką okazywali ojcu. Znany jest bowiem z rozrywkowego trybu życia i wielu skandali. Oficjalnie nie jest jednak krytykowany, gdyż prawo zabrania obrazy majestatu i można za to trafić na wiele lat do więzienia.

Przed wejściem na rozległy teren królewskiego pałacu trzeba zakryć ramiona i nogi, a także poddać się kontroli. Pałac nie jest obecnie siedzibą królów (Rama IX przeniósł ją do Chitralada), ale na jego terenie znajduje się Wat Phra Kaew, czyli świątynia Szmaragdowego Buddy. Jest to najsłynniejszy tajski posążek Buddy. Jest więc oczywiste, że do wnętrza skrywającej go świątyni można wejść tylko na bosaka. Pod  żadnym pozorem nie wolno robić zdjęć w jej wnętrzu. Ten ostatni zakaz udało mi się ominąć dzięki potężnemu zoomowi mojego aparatu, który pozwolił mi na zrobienie zdjęcia z dziedzińca świątyni.

Dodać jeszcze warto, że pałac został zbudowany w końcu osiemnastego wieku za rządów Ramy I.

Po południu pojechaliśmy do Siam Niramit Theater. Jest to jeden z największych teatrów Tajlandii. Obejrzeliśmy tutaj niezwykle barwne show ukazujące historię Syjamu.  Godne podkreślenia są rozmach i scenografia przedstawienia. Na scenie zobaczyć można było między innymi rzekę (prawdziwa woda) oraz jak najbardziej żywe słonie (wychodziły nawet na widownię). Do tego porywająca muzyka, efekty świetlne oraz 3D. Niestety, nie można było robić zdjęć. Aparaty były zabierane do depozytu przed wejściem do teatru. Na pocieszenie część artystów występowała przed właściwym spektaklem na dziedzińcu teatru. W cenie biletu (55 USD) była też kolacja w miejscowej restauracji. Tu także zachwycała różnorodność potraw, np. kurczak z curry, gotowana ryba z chili w sosie cytrynowym, ryba smażona w słodkim sosie, kurczak grillowany i wiele innych. Do tego oczywiście cała gama owoców tropikalnych.

We wtorek rano opuszczamy Bangkok i drogą numer 35 jedziemy w stronę prowincji Samut Songkhram. Wyjazd z ogromnej metropolii, gdzie niemal każdy mieszkaniec za punkt honoru przyjmuje posiadanie auta lub chociaż skutera, przebiega dość sprawnie. Korki rozładowywane są dzięki dobrze przemyślanemu systemowi ruchu drogowego. Jeżeli droga ma trzy pasy w każdą stronę, to podczas szczytu wyjazdów z miasta dla wyjeżdżających uruchamia się czwarty pas, który jest jakby wypożyczony z przeciwległego kierunku. Kiedy zaś fala pojazdów zwiększa się z drugiej strony, ruch jest po prostu odwracany. Unika się w ten sposób nadmiaru wolnej przestrzeni z jednej strony i nadmiernych korków z drugiej.

Około 70 kilometrów od Bangkoku mijamy słynny Mae Klong, czyli bazar na torach kolejowych. Nie zatrzymujemy się jednak w tym miejscu, gdyż naszym celem jest Damnoen Saduak, czyli targ na wodzie. Wysiadamy z autokaru na parkingu i dalej płyniemy jednym z kanałów długą wąską łodzią. Rejs trwa około pół godziny. Nieco inaczej wyobrażałem sobie Floating Market (targ wodny). Sądziłem bowiem, że cały handel odbywa się tu z łódek, bezpośrednio na wodzie. Tymczasem tych pływających z towarem jest niewiele. Owszem, przy nabrzeżu są zacumowane pojedyncze jednostki z owocami oraz z lodami w skorupie z kokosa (pyszne), ale większość straganów usytuowana jest na stałym lądzie. Nabyć można tu ubrania, pamiątki, a nawet meble. Sprzedawcy nie czekają biernie na klientów, chwilami wręcz dość natarczywie namawiają do robienia zakupów. Przyznać przy tym trzeba, że chętnie się targują i są w stanie zejść z początkowej ceny nawet o  trzy czwarte. Przy targowaniu nie trzeba wiele mówić. Handlarz wypisuje na podręcznym kalkulatorku swoją cenę, my podajemy swoją, potem on schodzi trochę w dół, my nieco dokładamy i tak aż do skutku. Istnieje jednak pewna zasada, której bezwzględnie powinno się przestrzegać. Jeżeli nasza cena zostanie zaakceptowana, to już nie mamy odwrotu. Rezygnacja z zakupu naraziłaby nas na nieprzyjemności.

Nie ulega wątpliwości, że ten wodny targ funkcjonuje już tylko dla turystów. Tajowie rzadko  tutaj się zaopatrują. Chętnie za to świadczą różne usługi farangom (białym), np. robiąc zdjęcia  czy wymieniając walutę. Z tym ostatnim przypadkiem spotkałem się na parkingu, kiedy zapytałem o kantor. Kobieta handlująca jakimiś pamiątkami powiedziała, że ona może wymienić mi dolary. Dla pewności sprawdziłem kurs w kantorze. Dawali 32 bahty za USD. Wspomniana kobieta zaoferowała 34...

Z Floating Market przenosimy się do prowincji Kanchanaburi. Zwiedzamy tutaj Muzeum Kolei Tajsko-Birmańskiej. W dziewięciu galeriach pokazano  nie tylko proces budowy tej kolei, ale także historię japońskiej ekspansji w Azji i na Pacyfiku. Kolej potrzebna była Japończykom w celu przesyłania zaopatrzenia do Birmy. Do jej budowy zaangażowano  dziesiątki tysięcy pracowników, w tym alianckich jeńców. Pracowali oni  niezwykle ciężko i w wyczerpujących warunkach. Nie bez kozery inwestycja ta nazywana jest Koleją Śmierci. Przy jej realizacji zginęło bowiem około  stu tysięcy cywilów i 16 tysięcy jeńców. Ci ostatni spoczywają na przylegającym do muzeum cmentarzu.

Niedaleko od muzeum znajduje się słynny most na rzece Kwai, będący niegdyś newralgicznym punktem tego kolejowego szlaku. Pewnie każdemu obiła się ta nazwa o uszy. Jedni być może czytali książkę  "Most na rzece Kwai", której autorem jest Pierre Boulle. Jednak większość oglądała zapewne film pod tym samym tytułem. Nakręcono go 60 lat temu w pięć lat po ukazaniu się książki francuskiego pisarza. Ciekawostką jest fakt, że sceny do tego filmu kręcono nie w Tajlandii, lecz na Sri Lance.

Obecnie w okolicy dawnego mostu stoi kilka zabytkowych lokomotyw oraz - jak zwykle przy turystycznych atrakcjach - pełno różnorodnych sklepów i straganów. Magnesem przyciągającym turystów jest też kursujący tu pociąg. Trasa jego przejazdu jest bowiem bardzo malownicza. Szczególnie pięknie jest w okolicy przystanku Thamkra Sae. Znajdują się tutaj wysokie wiadukty oraz jaskinie z nietoperzami.

Na skraju Parku Narodowego Erawan znajduje się farma słoni (Taweechai Elephant Camp). Półgodzinna przejażdżka na słoniu kosztuje 800 bahtów, czyli w przybliżeniu 80 złotych. O ile nie widzę nic złego w tym, że te zwierzęta wykorzystuje się do transportu ludzi (dwie osoby plus machud to naprawdę niewielki ciężar dla słonia), to spore wątpliwości budzi zmuszanie ich do pokazywania różnych sztuczek. Dla przeciętnego widza to zabawny widok, gdy słoń kogoś całuje lub masuje trąbą. Podobają się też zabawy z piłką czy z obręczami. Trzeba jednak wiedzieć, że do osiągnięcia takich umiejętności słonie zmuszane są bardzo brutalnymi metodami. Są nie tylko bite, ale też głodzone i pozbawiane picia. Treserom chodzi o całkowite podporządkowanie zwierząt ich woli.

Niedaleko od farmy słoni znajdują się wodospady Erawan.  Nie są one zbyt wysokie, ale bardzo urokliwe. W sumie jest siedem poziomów rozciągniętych na odcinku około półtora kilometra. Do drugiego poziomu można dojść bez żadnych ograniczeń. Wyżej obowiązuje już całkowity zakaz wnoszenia żywności. Wodę można wnieść, ale po uiszczeniu kaucji w wysokości 20 bahtów za butelkę. Chodzi oczywiście o jak największe zredukowanie możliwości zaśmiecania parku. Początkowe odcinki trasy pokonuje się łatwo, idąc po chodniku i betonowych schodkach. Im bliżej siódmego poziomu, tym droga trudniejsza, bardziej stroma, kamienista, a chwilami błotnista. Wejście na samą górę zajęło mi 35 minut, łącznie z przerwami na robienie zdjęć. Po drodze zatrzymywałem się bowiem przy każdym z wodospadów oraz przy wieszakach z sukniami.  Skąd suknie? Zostawiają je tutaj Tajki, które wyszły za mąż i ślubne odzienie przestało im być potrzebne. Mijałem wielu turystów z Rosji i z Francji. Po zejściu na drugi poziom popływałem nieco pod wodospadem. Następnie usiadłem na kamieniu i pozwoliłem sobie zrobić peeling stóp. Tutejsze małe rybki z ogromnym upodobaniem zjadają bowiem zużyty naskórek. Czuje się tylko lekkie szczypanie przechodzące w łaskotanie. Gorzej, gdy na nodze ma się jakąś rankę, jak było w moim przypadku. Wtedy uszczypnięcie rybiego pyszczka jest dość bolesne.

Kolejny dzień to przede wszystkim zwiedzanie świątyń i ich ruin. Tu wspomnę o pewnym incydencie z tym związanym. Jeden z uczestników naszej wycieczki (niegdyś prokurent wielkiej firmy należącej do jednego z najbogatszych Polaków) zaproponował, żeby lepiej zostać przy hotelowym basenie niż oglądać tę kupę kamieni. Jego wniosek nie zyskał jednak nawet śladowego poparcia. Najpierw obejrzeliśmy pozostałości  Wat Maha That. Znajduje się tu sporo ocalałych, choć mocno już pochylonych i podniszczonych stup. Nic dziwnego, wszak pochodzą z XIV wieku. Charakterystycznym punktem jest głowa Buddy tkwiąca w korzeniach drzewa. Podobno odpadła kiedyś z jakiegoś posągu i długo leżała w ziemi. W końcu rosnące drzewo wydobyło ją na powierzchnię.

Następna świątynia na naszej trasie to Wat Phra Si Sanphet obok dawnego Pałacu Królewskiego.  Też mocno zniszczona. Doskonale natomiast prezentują się trzy stupy (czedi) odrestaurowane w połowie ub. wieku. O tym jak kompleks tych budowli wyglądał dawniej, pewne wyobrażenie daje makieta umieszczona w specjalnej altance.

Z Ayutthayi jedziemy do Lop Buri. Jest tutaj świątynia Prang Sam Yod. Jej główną atrakcją są małpy. Opanowały nie tylko teren świątyni, ale też najbliższe okolice. Mieszkańcy sąsiednich ulic zakładają kraty w oknach, aby wszędobylskie makaki niczego nie zabrały. Są bowiem znane z tego, że rzucają się nie tylko na jedzenie, ale na wszystko to, co błyszczy, np. potrafią wyrwać z ucha kolczyk lub porwać torebkę ewentualnie aparat fotograficzny. Są jednak tolerowane, podobnie jak w Galta  Ji w Indiach. Wynika to ze względów religijnych. Znany jest przecież Hanuman, bóg z głową małpy a także tzw. trzy mądre małpy.

Obiad zjadamy w Panorn Wine Bar&Restaurant, gdzie za 130 bahtów oferowanie jest małpie piwo (Monkey beer). Przed wejściem zaś witają nas figurki dwóch dużych pomarańczowo-popielatych małp. Kolejne dwie, elegancko ubrane i przyozdobione muszkami,  siedzą ze skrzyżowanymi nogami na krzesłach.

W piątek rano udajemy się do Prasat Hin Phimai. Zwiedzamy tu khmerską świątynię z przełomu XI i XII wieku. Pochodzi ona z okresu angkorskiego. Porównywana jest często ze słynnym  Angkor Wat w sąsiedniej Kambodży. Nie widzę tu zbyt wielu turystów europejskich, za to jest dużo wycieczek szkolnych. Park historyczny rozciąga się na terenie o powierzchni 1020 x 580 metrów.

W Sai Ngam niedaleko Phimai znajduje się Banyan  Tree, czyli ogromny figowiec bengalski zwany też banianem. Jest to największe drzewo w Tajlandii (światową palmę pierwszeństwa w tym zakresie dzierży Kalkuta). Jego cechą charakterystyczną jest ogromna korona, z której wypuszczają się w dół korzenie. Z nich zaś wyrastają kolejne pnie, ale drzewo nadal stanowi jeden organizm.

W Pattayi  oglądamy film "Piękny bokser". Nieprzypadkowo. Kolejnego dnia mamy bowiem uczestniczyć w słynnej rewii transwestytów. Film o mistrzu boksu tajskiego, który czuł się kobietą i w końcu nią został, jest doskonałym wprowadzeniem w temat. Przypomnę, że bohater filmu Nong Thoom (obecnie  Parinyia Charoenphol)  to postać autentyczna.

W sobotę 11 lutego   (pełnia księżyca) wypadło w tym roku święto buddyjskie. W związku z tym oficjalnie nigdzie nie można było nabyć alkoholu. W sklepach sieci 7-Eleven umieszczono nawet stosowną informację w języku tajskim i angielskim. W małych sklepikach gabloty z piwem były zasłonięte kotarami. Jednak nie wszyscy sprzedawcy rygorystycznie przestrzegali zakazu. Kiedy w pobliżu hotelu poprosiłem o piwo, sprzedawczyni z uśmiechem odchyliła zasłonę i zachęcająco kiwnęła głową, żebym wybrał sobie odpowiedni gatunek.

Hotel Cholchan zapewnia darmowy transport do centrum i z powrotem. Skorzystałem z tej okazji. W trakcie jazdy zwróciłem uwagę na coś, z czym nie spotkałem się wcześniej w Tajlandii. Otóż w tej turystycznej i mocno rozrywkowej miejscowości niektórzy kierowcy nadużywają klaksonów. Przeszedłem się wzdłuż plaży, począwszy od hotelu Hilton chodnikiem Beach Road, następnie przez Walking Street aż po molo, z którego odpływają promy i motorówki na pobliską wyspę Ko Lan. Lokale rozrywkowe były o tej porze (około południa) puste, ale na ulicy widać było sporo amatorek przygodnego seksu. Niestety, wyglądały na takie, którym przez całą noc nie udało się znaleźć klienta. W dziennych świetle ich szanse były jeszcze mniejsze, mimo iż uśmiechały się zachęcająco do każdego białego turysty...

Wieczorem pojechaliśmy na wspomnianą już rewię transwestytów. Odbywa się ona kilka razy dziennie w Alcazar. Obecna siedziba tego znanego na całym świecie kabaretu czy też teatru ma już 27 lat. Niegdyś przedstawienia odbywały się przy 350 osobowej widowni. Teraz na sali mieści się 1200 widzów. Pokaz trwa około 70 minut. W programie jest 17 piosenek. Oczywiście puszczane są one z playbacku, gdyż artystki, będące jeszcze niedawno mężczyznami, nie mają odpowiedniego głosu. Trzeba przyznać, że widowisko jest bardzo dynamiczne i barwne. Zachwycają stroje oraz scenografia. Trzecia płeć, w Tajlandii zwana kathoey, doskonale radzi sobie na scenie z tańcem. Po przedstawieniu artystki wychodzą przed teatr i pozują do zdjęć. Im można je robić za darmo, ale z nimi za 40 bahtów.

 

Ireneusz Gębski

Świątynia Złotego Buddy
Świątynia Złotego Buddy
Klongi w Bangkoku
Klongi w Bangkoku
Targ wodny w Damnoen Sausak
Targ wodny w Damnoen Sausak

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.