Wasze wyprawy

Porwana przez Beduina

Ja i Ahmed

fot.: Orch73

Ja i Ahmed
Czy zwykła metalowa miska może spełniać rolę urządzenia wielofunkcyjnego? Może! Udowodniło to dwóch Beduinów podczas wspólnie spędzonej nocy na pustyni w okolicach miejscowości Douz w Tunezji.

Pustynia ma w sobie coś magicznego. Zawsze kojarzyła mi się z bezkresną przestrzenią wypełnioną złocistym piaskiem, co oczywiście było błędnym wyobrażeniem, o czym mogłam się przekonać podczas kilku pobytów w Afryce.

 
Do Tunezji pojechałam w większym gronie. Siedem osób, w większości świeżo poznanych, postanowiło wspólnie podróżować przez trzy tygodnie. Razem z bagażami upchnęliśmy się w dwóch samochodach, by wspólnie przejechać prawie 10 tys. kilometrów. Jednak wszystkie niedogodności były warte tej przygody. Jedną z większych atrakcji wyjazdu był wypad na pustynię. Zawsze znajdzie się miejscowość, obok której są tak zwane „wrota pustyni”, czyli magnes dla turystów, a tak naprawdę miejsce, gdzie można zobaczyć piaszczystą część Sahary, która w większości jest kamienista, szara i mało atrakcyjna. W Tunezji taką miejscowością jest Douz, gdzie dojechaliśmy w środku lipca, czyli w czasie największych upałów. Wypady na pustynię w takim okresie to istne szaleństwo, dlatego organizuje się je dopiero późnym popołudniem, gdy temperatura spada poniżej 20 stopni i w miarę daje się oddychać, a pobyt pod bezchmurnym niebem nie grozi odwodnieniem, udarem lub śmiercią.

 
O 17:30 pod nasz kemping podjechały taksówki i zabrały nas w umówione wcześniej miejsce. Tam czekali na nas przewodnicy – dwóch Beduinów, którzy nie mówili po angielsku, oraz siedem wielbłądów. Już się zdążyłam przyzwyczaić, że kto inny zachwala daną atrakcję, a kto inny w niej uczestniczy. Najczęściej z tym co uczestniczy nie da się nawiązać kontaktu, podejrzewam, że chodzi o to, aby nie omijać pośredników, w końcu każdy musi zarobić na białym turyście. Zwierzęta były bardzo objuczone, a my dołożyliśmy im nasze śpiwory, karimaty, butelki z wodą, aparaty fotograficzne i oczywiście nas samych. Podróż na grzbiecie wielbłąda nie należy do przyjemnych. Ze względu na ilość rzeczy na grzbiecie zwierzęcia, nogi muszą być szeroko rozstawione, co przy niewyćwiczonych mięśniach już samo w sobie sprawia ból, a każdy krok sprawia, że człowiek buja się jak wańka-wstańka. Gdy dodatkowo trafi się na takiego wielbłąda jak mój, który co trzeci krok musiał się tylnym kopytem podrapać za uchem, to żołądek podjeżdża do gardła, jak na kolejce górskiej. Przez półtorej godziny podroży modliłam się, aby nasze miejsce docelowe nie było za daleko. W końcu moje prośby zostały wysłuchane i Beduini nagle zatrzymali wielbłądy. Zatrzymali je w środku niczego, zupełnie na pustkowiu, nie było tu przygotowanych dla turystów namiotów, oazy ze źródełkiem, ani innych rzeczy, które mogłyby być namiastką cywilizacji. Był tylko piasek, nasze wielbłądy i my. I zachód słońca. Sesja fotograficzna na pustyni, na wydmach, podczas zachodu słońca to wymarzona sytuacja. Przez chwilę z niej korzystałam, ale gdy tylko zauważyłam, że nasi Beduini rozpalają ognisko i ustawiają nad nim kocioł, postanowiłam do nich dołączyć. Najpierw do garnka powędrowały obrane i pokrojone ziemniaki, potem dynia w kostkach, cebula, ciecierzyca z puszki, koncentrat pomidorowy i oczywiści sól, olej i zioła. Byłam pod wrażeniem, jak panowie sobie radzili z przygotowywaniem posiłku, bądź co bądź w spartańskich warunkach. W czasie gdy warzywa sobie pyrkały w garnku, jeden z Beduinów, nazwijmy go Ahmed, bo za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć, jak miał naprawdę na imię, próbuje się ze mną porozumieć. Ja gadam po swojemu, czyli mieszaniną angielskiego z polskim, a on po swojemu, czyli mieszaniną arabskiego i francuskiego. Nijak nie możemy się dogadać, ale czym dłużej mieszamy w garnku, tym więcej o sobie wiemy. Na przykład Ahmed wie, że pozostali to moi znajomi, a ten, co robił mi zdjęcia to mój mąż, co chyba go nie przekonuje, bo widzi, że nie mam obrączki. Ja natomiast wiem, jak zawiązać turban na głowie, aby chronił twarz przed słońcem i wiatrem.

Słońce już prawie zaszło, warzywa zmiękły, więc czas na magiczną miskę. Duża stalowa miska, a właściwie miednica, na początek posłużyła do przygotowana kuskusu. Kasza została zalana gorącą wodą i ustawiona nad gotującym garnkiem z warzywami. Po kolacji, która okazała się przepyszna, miska posłużyła do zebrania resztek jedzenia, którym posiliły się wielbłądy. Gdy ostatnie ziarenko kuskusu zostało wylizane, miska zmieniła przeznaczenie i została zlewem, w którym Ahmed umył naczynia. A na koniec, gdy wszystko lśniło, łącznie z miską, nasze urządzenie wielofunkcyjne stało się instrumentem muzycznym. Wszystko zadziało się bardzo szybko, ogień wesoło strzelał iskrami w rozgwieżdżone niebo, jeden z Beduinów odwrócił miskę i zaczął na niej wygrywać melodię, a Ahmed zaczął nucić jakąś piosenkę. Zrobiło się bardzo wesoło i nie wiadomo jak, ale nagle wszyscy tańczyliśmy. Musiałam się wyjątkowo spodobać Ahmedowi, bo postanowił, że będziemy razem podrygiwać. Broniłam się przed tym, co zupełnie go nie zniechęciło, bo w pewnym momencie porwał mnie do góry i zarzucił sobie na plecy. Zrozpaczona rzucałam spojrzenia na znajomych, ale zupełnie nie reagowali, uważając chyba tę sytuację za bardzo zabawną. Na szczęście Ahmed w końcu się zmęczył i postawił mnie na ziemi. Uff. Byłam uratowana.

 
W końcu przyszedł czas na spoczynek. Ja i mój partner, jako małżeństwo, dostaliśmy miejsce do spania w pewnej odległości od reszty grupy, chyba abyśmy nie gorszyli pozostałych, jeszcze nie związanych. Spanie pod gołym niebem na pustyni, jest ogromnym przeżyciem. Dobrze, że liczne ślady małych zwierzątek, które chodziły po nas i wkoło naszych karimat, zobaczyliśmy dopiero rano po przebudzeniu. Oj, chyba były spotkania z pająkami, skorpionami i gadami.

 
Poranek był rześki, słońce dopiero wstawało, a Ahmed zdążył już upiec placek na ognisku i zaparzył kawę. Śniadanie lepsze niż u Tiffaniego.

 
Niestety wszystko się kiedyś kończy. I nasza przygoda na pustyni też się skończyła, ale zapisała się na zawsze w naszych pamięciach.

 

 

 

 

 

 

 

Nasze Żaglowce Pustyni
Nasze Żaglowce Pustyni
Kolacja na pustyni
Kolacja na pustyni
Jest muzyka, jest zabawa
Jest muzyka, jest zabawa

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.