Wasze wyprawy

Redyk po gruzińsku - zejście z Tuszetii

Redyk po Tuszecku

fot.: magdalenakonik

Redyk po Tuszecku
Po suchym lecie w Tuszetii nagle nadeszła zima. Ci, którzy nie zdążyli wyjechać czekali na komunikaty potwierdzające odśnieżenie Przełęczy Abano i drogi do niej. Co jakiś czas wyruszało po kilka aut, by sobie nawzajem pomóc przy zbyt dużym śniegu.
Achiko i Levan pakujący zapasy na wiosnę
Achiko i Levan pakujący zapasy na wiosnę

Po tygodniu jednak zima odpuściła ustępując złotej jesieni. Po potwierdzeniu, że przełęcz została otwarta wyruszyliśmy w drogę powrotną do Doliny Alazańskiej.

Dzień 1
Pogoda znacznie się poprawiła, a prognozy obiecywały kilka dni bez deszczu, więc trzeba było to w miarę szybko wykorzystać. Rano chłopaki osiodłali konie i po umieszczeniu na jednym z metalowo-skórzanych siodeł cienkiej poduszki, wiedziałam, że dostanie mi się najlepszy koń w składzie, Gaga. Zanim jednak wyruszyliśmy wznieśliśmy toast za dobrą drogę… w sumie nawet kilka. Na każde podniesienie się z krzeseł reagowałam gotowością do wyjścia. Ale najpierw kolejna kawa. Kolejny papieros i toast. Ponieśli się w końcu, by zapakować na pozostałe konie bagaże, zapasy soli i suche produkty, które na zimę miały zostać w obozowisku pasterskim. Nie jestem cierpliwą osobą, a podekscytowanie drogą nie ułatwiało czekania. Po 2 godzinach po planie udało się wyjechać… najpierw w dół do rzeki, przeprawa przez niewysoką już wodę i potem dość stromo pod górę, do przełęczy pierwszej grani. Alik jechał pierwszy, ja za nim na razie bez obowiązków, a Levan z Achim zaganiali konie z bagażami na końcu. Trasa do przełęczy przerażała mnie za każdym razem, kiedy nią jechałam. Jest stroma, ścieżki czasem się obsuwają, a momentami trzeba na koniu wskakiwać na wystające skarpy. Tym razem doszedł śnieg w wyższych partiach oraz błoto, na którym dość się ślizgaliśmy.
Lurdżia, biały wałach, jako jedyny szedł bez obciążenia i każdą chwilę wykorzystywał na tarzanie się w piasku, nawet na nachylonej ścieżce. Po dotarciu do obozowiska, jako najbardziej zmęczony koń położył się i po chwili zaczął chrapać.
Owce były w górach na wypasie z Giorgim. Zjedliśmy coś na szybko. Po chwili odpoczynku zaczęliśmy ogarniać obozowisko i wypakowywać zapasy. Przywieźliśmy do obozowiska makaron, mąkę i sól, by następnie zostawić to na przyszły rok w beczkach przykrywając od góry folią i zasypując solą.

Zmrok przyszedł zaskakująco szybko. Siedzieliśmy przy ognisku w izbie i popijając ziołową herbatę omawialiśmy trasę na kolejny dzień. Dostałam znów przywilej spania w kuchni, ze względu na ciepło od ogniska. Chłopaki, mimo mrozu spali na zewnątrz.

Podróż z zapasami przez góry - okolice jeziora Oreti / Tuszetia
Podróż z zapasami przez góry - okolice jeziora Oreti / Tuszetia

Dzień 2
Podczas śniadania Achi zapalił świeczkę i przymocował ją przy stole. Wznieśliśmy toast za dobrą drogę… Można było wyczuć nieco spiętą atmosferę. Tego dnia czekała nas najtrudniejsza przeprawa – sroma, ośnieżona grań niedaleko jeziorka Oreti, przejście przez góry do wsi Khiso i dopiero tam zejście do drogi.
Po porannej kawie chłopaki rozmawiali o podziale obowiązków.
– Magda. Jak widzisz nie zatrudnialiśmy dodatkowego pasterza, bo liczymy na Twoją pomoc. Możesz iść z baranami, jeśli Cię to interesuje, ale według nas poprawiłaś na tyle umiejętności jeździeckie, że możesz zostać Mkhedari i zajmiesz się końmi. Więc co? Konie czy barany?
Odpowiedź była oczywista. Levan z Alikiem wyszli ze stadem owiec w drogę, a my skończyliśmy pakować obozowisko, prowiant i rzeczy do spania. Wyruszyliśmy ok 1,5 godziny po wyjściu owiec. Gio zabrał mi Gagę i na dalszą trasę dostałam Maliszę – wałacha, na którym dotarłam do obozowiska 5 miesięcy wcześniej.
Ośnieżona, stroma grań okazała się nie taka straszna, jak wyobrażałam sobie to przez ostatnie kilka dni. Na dodatek po jej przejściu konie poczuły zew wolności i rozbiegły się swobodnie w różnych kierunkach. Zamiast myśleć o śniegu musieliśmy skupić się na ich zagonieniu. Kiedy byliśmy już wszyscy razem na chwilę zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie w maju poślizgnęłam się z Maliszą na śniegu. Pogłaskałam mojego wałaszka i popatrzyłam na Gio. Nic nie mówił, ale uśmiechnął się pokazując mi, że pamięta to miejsce.
Niedaleko obozowiska pasterskiego zaatakowały mnie i Maliszę 2 psy. Jeden tylko ujadał, ale drugi po chwili szczekania zaczął łapać Maliszę za nogę. Na początku Malisza tylko chylił uszy, kiedy jednak poczuł psie zęby na pęcinie zaczęło się rodeo. Skopał oba psy na tyle dotkliwie, że zrezygnowały z dalszego ataku. Kiedy pasterz przy stadzie wstał, by je zawołać było już po starciu. Uciekły z podkulonymi ogonami do swoich owiec.
Dojechaliśmy do ostatniej z grani i ścieżki prowadzącej na prawo do Kumelaury i na lewo do Khiso. Tam Achi zsiadł z konia i po chwili rozmowy z Gio oznajmił mi, że jest pewien, że sobie damy radę z końmi, a on wraca do Omalo pomóc przy remoncie domu.
Gio ruszył, a ja za nim zaganiałam wszystkie konie. Kiedy zeszliśmy ze stromego zbocza na odsłoniętą łąkę konie znów galopem ruszyły przed siebie, ale po chwili udało się je ogarnąć. Nad Khiso czekali na nas Alik z Levanem i owcami. Zdjęliśmy sakwy z jedzeniem z koni i usiedliśmy do wspólnego posiłku. Kolejny toast za dobrą drogę. Tym razem, przygotowaną na specjalną okazję, pigwową Soplicą.
Pasterze z owcami ruszyli w drogę jako pierwsi. Po chwili odpoczynku dołączyliśmy do nich, a potem ruszyliśmy szybciej by zaleźć miejsce na obozowisko. Odcinek, który w maju był zalany nadal budził strach. Kamienie stale usypywały się na prowizoryczną drogę. Ponieważ dzień wcześniej otworzono przejście przełęczą na drodze panował tłok. Liczne stada owiec i koni, rozpraszały się przy trąbiących na nie Kamazach. Malisza jest odważnym koniem, nie boi się psów, niedźwiedzi, nie reaguje na wycie wilków, skacze na osypujące się skały czy bez problemu wchodzi do rzeki. Boi się jednak panicznie dużych samochodów. Droga była zablokowana przez Kamaza przed nami i stado owiec. Za nami nadjeżdżał kolejny samochód, który trąbiąc sprawiał, ze mój koń zaczął panikować. Schowaliśmy się we wnęce pod usypującym się zboczem. Nie wiedziałam czy bać się bardziej tego, że Malisza spanikuje i mnie zrzuci czy tego, że przez nadużywany klakson osuną się na nas kamienie. Gio wyprzedził Kamaza i kiedy ten zbliżał się do nas zasłonił nas swoim koniem. Samochodów na trasie było jednak dość dużo i w końcu Malisza musiał się z nimi zmierzyć. Najgorzej było, kiedy samochód zablokował nas przy skale, gdzie mieliśmy metr szerokości, by przejść. Zaskoczyło mnie wtedy, jak Malisza daje łatwo się uspokoić łagodnym głosem. Kiedy udało nam się wyprzedzić auto był bardzo pobudzony ale szybko się uspokoił. Poklepywanie go po każdym zmierzeniu się ze strachem dało niesamowity efekt.
Na trasie z Tuszetii miałam dodatkowe zadanie – musiałam przetransportować i zaopiekować się maleństwem, które przyszło na świat 2 tygodnie wcześniej. Na imię miała Kusa – mała kaukaska sunia z charakterkiem (uzasadniona mieszanka po rodzicach – Koszce i Chuliganie).
Kiedy wyruszaliśmy z obozowiska i psy pobiegły jak zawsze ze stadem owiec, Koszka pewnie nawet nie przewidziała, że wyruszamy w dłuższą drogę i była pewna, że wróci. Kusa została sama. Znalazłam ją, kiedy zaczęła piszczeć. Wzięliśmy ją do sakwy na mojego konia. Bałam się, że mogę ją uszkodzić, bo była bardzo delikatna. Kilka razy przyprawiła mnie o dreszcze… ciągle wdrapywała się do góry by wyjść, czasem zaczynała piszczeć jakby coś się stało, a raz była za cicho. Włożyłam rękę do sakwy i jej nie znalazłam… zamarłam. Obejrzałam się za siebie, czy nie wypadła… Ale przecież, co chwilę sprawdzałam, czy za bardzo nie wychodzi. Okazało się, że tak się szamotała, że spadła głębiej do sakwy obok mojej bluzy, było jej tam ciepło i zasnęła.
Podczas postoju nad Khiso wyjęłam ją i oddałam jej mamie. Chyba nigdy nie widziałam tak wielkiej wdzięczności zwierzęcia. Mała od razu dossała się do mleka, a kiedy skończyła wzięliśmy ją do siebie. Od tamtej pory Koszka już nie szła z owcami. Pilnowała mnie, broniła przed psami z mijanych stad, a w chwilach, kiedy poiliśmy konie lub zatrzymywaliśmy się na odpoczynek od razu troskliwie przejmowała opiekę nad małą.
Przed zachodem słońca dotarliśmy do chatki rengersów, gdzie na noc zatrzymały się już 2 duże stada owiec. Żeby psy nie wchodziły w konflikt i owce nie mieszały, cofnęliśmy się nieco i rozbiliśmy się na brzegu rzeki. Po chwili dołączyło nasze stado owiec, a zaraz za nim przyszło stado teścia Levana. Usiedliśmy razem do kolacji i dość szybko poszliśmy spać. Noc zapowiadała się dość zimna i miałam plan schować jeden śpiwór w drugi, a potem wskoczyć do przygotowanego kokona. Levan jednak stwierdził, że ma lepsze rozwiązanie. Rozłożył na kamieniach „nabadi” – filcowe obszerne okrycie, które pasterze tradycyjnie używali, by się ogrzać w górach, schronić przed deszczem lub do spania (kiedyś któryś stwierdził, że do porywania kobiet, które chciano poślubić). Wzięłam cieńszy śpiwór, położyłam się na skraju i byłam zaskoczona wygodą – lepsze niż niejedna mata, nawet samopompująca. Przykryłam się drugą częścią nabadi. Mimo, że temperatura spadła w nocy kilka kresek poniżej zera, spałam na kamieniach przy rzece i było mi bardzo ciepło.

Przejście z naszym stadem owiec
Przejście z naszym stadem owiec
Przejście tymczasową drogą przy nowym jeziorze, powstałym po usypaniu się góry
Przejście tymczasową drogą przy nowym jeziorze, powstałym po usypaniu się góry
Korek na tuszeckiej drodze
Korek na tuszeckiej drodze

Dzień 3
Rano Alik z Levanem oraz pasterz z drugiego stada zapakowali rybne konserwy, trochę Araki, chleb i wyruszyli z owcami. My mieliśmy czas, by na spokojnie napić się kawy z ogniska, a nawet przyrządzić coś ciepłego na śniadanie, W stadzie owiec pasterze znaleźli młodą owcę, która złamała nogę. Zwierzę nie mogło iść dalej, a przewiezienie jej na koniu nie wchodziło w grę. Nie posiadaliśmy żadnego auta, które mogłoby ją zabrać więc trzeba było ją zabić, rozebrać ze skóry, pozbyć się wnętrzności i choć minimalnie posiekać siekierą mięso, by zmieściło się do worka, a potem do sakwy na konia. Panowie postanowili przyrządzić na śniadanie największe baranie rarytasy, czyli wątróbkę, serce i nerki. Gio wziął sieć i kilkukrotnie próbował złowić w rzece pstrągi, ale przez niski poziom wody i dość późną porę roku udało mu się złapać tylko jednego. Szef kuchni tuszeckiej wypatroszył rybę, posolił i położył na żar z ogniska. I tu nadszedł moment, kiedy zostałam zauważona jako kobieta – chłopaki stwierdzili, że rybka jest tak mała, że głupio ją dzielić i oddali mi ją wiedząc, że uwielbiam pstrągi. Z czystym sumieniem mogę przyznać, że to najlepszy pstrąg, jakiego jadłam w życiu.
Dzień zapowiadał się słoneczny i dość ciepły. Wraz z wysokością wiał chłodniejszy wiatr, ale pogoda była idealna. Wyprzedziliśmy kilka stad owiec i co jakiś czas doganialiśmy stadko koni gnanych przez starszego pana. Wyglądał na minimum 60 lat, a kiedy jego stado zaczynało się ociągać i go dochodziłam z naszymi końmi wskakiwał niczym młodzik na konia nie używając strzemion i zaganiał je galopem. Po pewnym czasie zdecydował się pojechać z nami. Nie odpowiedział na moje „dzień dobry”. Popatrzył tylko na mnie jak na dziwaka i podszedł do jadących na końcu Gio i teścia Leo. Jego konie przyłączyły się do naszego stada, a ja zaczęłam zaganiać wszystkie razem. W sumie miałam wtedy pod opieką ponad 20 koni + 3 facetów, którzy na luzie jechali za mną, palili papierosy i coś komentowali.
Potem Gio opowiedział mi ich rozmowę:
– Co, zabraliście turystkę ze sobą? – zapytał starszy Pan – to nie miejsce dla baby
– Magda jest pastuchem i właśnie zdaje świetnie egzamin na zaganiacza koni – zaczął mu tłumaczyć Gio.
– Sam popatrz, wzięła całe stado – odezwał się teściu Leo – nic na tym nie zarabia, idzie jej świetnie i jak wariat jara się tym, że jedzie na koniu… pracownik idealny.
Przynajmniej wiedziałam z czego śmiali.
W pewnym momencie oślica ze stada starszego pana zaczęła mi uciekać. Zagoniłam ją z powrotem do stada, ale nie było to łatwe. Sopo (Zosia) – bo tak miała na imię, była niezwykle uparta i zaczepiła inne konie podgryzając je. Podobno dostała swoje imię po byłej żonie owego pasterza, bo miały zbliżone charaktery.
Chłopaki śmiali się co jakiś czas. Byłam jednak wtedy zbyt przejęta tym, że opuszczam Tuszetię, by zastanawiać się, o co chodzi.
Za przełęczą w końcu podjechał do mnie Gio:
– Super sobie radzisz, może przyjmiemy Cię na kolejny sezon – śmiał się – ale przestań przeklinać do koni i osłów, jak Ci uciekają. One nie rozumieją po polsku

Mijane stado owiec
Mijane stado owiec
  • 1
  • 2

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.