Wasze wyprawy

SPACER Z LWEM

SPACER Z LWEM

fot.: Malgorzata Drewniak

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam zdjęcia przedstawiające turystów spacerujących po afrykańskiej sawannie w otoczeniu rozbrykanych lwiątek niemalże ciągnących ich za nogawki, pomyślałam sobie – o co tu chodzi ?

Gdy chwilę potem natknęłam się na kolejne, przedstawiające parę Holendrów pozujących dumnie u boku nieco większego lwa, obudziło się we mnie dziecięce, niezwykle silne pragnienie - „ja też tak chcę!”

Niestety dzikich kotów  przyciągających miłośników przyrody do parków narodowych centralnej i południowej Afryki jest coraz mniej. Nie oszukujmy się – spotkanie z bliska lwa w środowisku naturalnym graniczy z cudem. Zdarza się wprawdzie, że przewodnik safari widząc wyraźnie słabnące zainteresowanie i znużenie turystów kolejną już antylopą, kolejnym stadem zebr i setną kupą słonia, próbuje przywołać na nowo ich uwagę: „Ciii, chyba właśnie słyszałem lwa..”, albo „Widzicie te uciekające gazele?.. Wygląda na to, że tam czai się jakiś większy drapieżnik..” No i na tym nastrój grozy zwykle się kończy.

Gdzie zatem mamy gwarancję napotkania tych drapieżników? Istnieje wiele prywatnych ośrodków, których liczba rośnie na kontynencie jak grzyby po deszczu. Organizacje te szczycą się projektami ochrony przyrody, mającymi na celu „zwiększenie populacji zagrożonych gatunków i przywrócenie ich środowisku naturalnemu”. Większość z nich przyjmuje turystów z otwartymi rękami. Za odpowiednią i bynajmniej nie niską opłatą, umożliwia interakcję ze zwierzętami, jak np. spacer z lwem, przejażdżkę na słoniu, czy obecność podczas karmienia gepardów. Część z tych organizacji ma typowo komercyjny charakter i nawet się z tym nie kryje, część nosi miano „non profit”, ciągle zarabiając na tym ogromne pieniądze, a są i takie, które rzeczywiście przyczyniają się do rehabilitacji dzikich zwierząt. Problem w tym, ze trudno się rozeznać, z kim tak naprawdę mamy do czynienia.

Podczas kolejnego już pobytu w krajach Afryki południowej, chcę spełnić moje dziecięce marzenie spotkania oko w oko z lwem, a także dowiedzieć się czegoś więcej o działalności tych ośrodków i sprawdzić, w jakim stopniu spełniają swą rolę. Decyduję się na spacer z królem zwierząt.

Moim pierwszym punktem docelowym jest zajazd reklamujący się jako „miejsce spokoju”, położony pomiędzy głównymi miastami RPA – Johannesburgiem i Pretorią. Strona internetowa przyciąga sławami pokroju Kylie Mynogue, które były w przeszłości  bywalcami ośrodka i zdążyły pozostawić ślad.. nazywając lwiątko swoim imieniem.

 

NAKARMIONE CZY NIE..?

Spacer z lwami koniecznie trzeba rezerwować z wyprzedzeniem, ponieważ jest to bardzo chwytliwa atrakcja. Odbywa się we wczesnych godzinach porannych lub późnym popołudniem, aby uniknąć nadwyrężania zwierząt w najgorętszej porze dnia, kiedy normalnie odpoczywają. Po dotarciu na miejsce i dołączeniu do kilkuosobowej grupy turystów, wysłuchuję krótkiego wprowadzenia oraz czekam w napięciu na pojawienie się lwów. Prowadząca nas wolontariuszka, w towarzystwie dwóch innych pracowników ośrodka niesie wiadro kurczaków, które mają służyć przez całą drogę jako lekka przekąska  i “odwracacze” lwiej uwagi. Już z daleka słychać donośny ryk, który musi wydobywać się z gardła króla zwierząt.. i to nie jednego. Nasza przewodniczka – atrakcyjna, filigranowa blondynka na nasz pytający wzrok odpowiada z uśmiechem “Nie martwcie się, jakby co, biorę  je na siebie”. Brama ogrodzenia otwiera się, w powietrze leci pierwsza para surowych nóżek z kurczaka, które parę sekund później znikają w paszczach naszych nowych towarzyszy – trzech dorastających lwiątek. Następnie podążamy za przewodniczką, a lwy beztrosko biegają wokół nas, połykają kolejne udka i bawią się ze sobą. Dochodzimy do urokliwego jeziorka prawie przed zachodem słońca. Aparaty znów idą w ruch, tym razem, aby uwiecznić lwy baraszkujące w trakcie wieczornej kąpieli.  Ubiega niespełna godzina i musimy już niestety wracać, „ponieważ skończyły się kurczaki..” Potem już tylko każdy z uczestników dostaje certyfikat zaświadczający, iż tego i tego dnia brał udział w spacerze z lwami.. Wspaniałe doświadczenie, ale pozostawia jednak niedosyt, gdyż o samej organizacji i przeprowadzanych tu badaniach dowiedziałam się niewiele.

Przejeżdżam  zatem kolejne 1300 km, aby w miasteczku Victoria Falls – turystycznej mekce Zimbabwe, odwiedzić  inne centrum rehabilitacji lwów. Tym razem wstaję skoro świt i czekam na zapakowany autobus, który odbiera zapisanych wcześniej turystów z wszystkich hoteli w mieście. Rzeczywiście jest nas sporo, więc po dotarciu na miejsce jesteśmy podzieleni na podgrupy z różnymi przewodnikami. Zaczyna się miło, od rozgrzewającej herbatki, krótkiej przedmowy i filmu prezentującego działalność ośrodka. Wygląda na to, że tym razem dowiem się czegoś więcej.

“Od 1975r. straciliśmy jakieś 80 - 90% populacji lwa w Afryce. Ich liczba ciągle spada. Z Twoją pomocą możemy to zmienić. Możemy ocalić ten gatunek.” brzmi wprowadzenie do filmu. Centrum jest jednym z dwóch w Zimbabwe, które realizują innowacyjny program ALERT (African Lion Rehabilitation and Release into the Wild Program - Program Rehabilitacji i Przywrócenia do Środowiska Naturalnego Afrykańskiego Lwa). Filia tej samej organizacji istnieje również w Zambii.

ALERT wyszedł z inicjatywą projektu, który zakłada cztery stadia umożliwiające powrót króla zwierząt na łono przyrody oraz zwiększenie jego liczebności. W pierwszym etapie lwica w ośrodku wydaje na świat młode, które odbierane są jej po upływie trzech tygodni, a następnie wychowywane przez człowieka aż do 18 miesiąca życia, kiedy to uczestniczą w spacerach z turystami, oswajając się przy tym ze swoim naturalnym środowiskiem. Po tym okresie są izolowane i przewożone do ogrodzonych rezerwatów, gdzie uczą się polować i żyć w stadzie bez ludzkiej interwencji. W dalszym ciągu są jednak nadzorowane. Kolejny etap polega na przemieszczeniu stada na większy, ale nadal ogrodzony i monitorowany teren, z większą ilością zwierzyny łownej, a także gatunkami konkurencyjnymi (np. hieną). Lew karmiony ręką ludzką jak na ironię z większym prawdopodobieństwem zapoluje w przyszłości na człowieka niż taki, który nie miał z nim nigdy do czynienia. Nie ma wrodzonego strachu przed ludźmi, więc nie jest możliwe, aby kiedykolwiek był wypuszczony na wolność. Dopiero jego potomstwo, dorastające bez jakiegokolwiek kontaktu z człowiekiem, może zostać wywiezione do parków narodowych w Afryce i cieszyć się pełnią swobody (etap czwarty).

Filmik wprowadzający dobiega końca, dopijamy więc herbatę i przygotowujemy się na spotkanie z lwami. Jeszcze tylko krótkie formalności oraz zapoznanie się z przepisami bezpieczeństwa. Trzeba podpisać oświadczenie, że jest się świadomym podejmowanego właśnie ryzyka i że w razie zaistnienia nieszczęśliwego wypadku, nie będziemy obciążać organizacji odpowiedzialnością za uszczerbek na zdrowiu. Mimo zachowania wszelkich środków ostrożności, mamy przecież do czynienia z dzikimi zwierzętami, zatem nigdy nie wiadomo... Nasz przewodnik wylicza - należy unikać zachowań, które potencjalnie mogłyby obudzić w lwiątkach lwa, czyli wszelkich gwałtownych ruchów, kucania, wyprzedzania, przyspieszania, odłączania się od grupy, itp. Nigdy nie przyspieszamy nagle kroku, ponieważ zgodnie z kocią dewizą “ucieka tylko jedzenie”, zwierzęta te instynktownie czują, ze coś co biegnie, należy gonić. Do ośrodka ze względów bezpieczeństwa nie wpuszczane są dzieci poniżej 15 roku życia oraz bardzo niskie osoby, jako ze król zwierząt w naturze swej upatruje zazwyczaj najmniejsze i najsłabsze osobniki. Jakkolwiek lwiątka mogą sprawiać wrażenie słodkich, leniwych i skłonnych do zabawy kociaków, drapanie za uchem, czy ciągnięcie za ogon też nie wchodzą w grę!

Na zakończenie każdy uczestnik dostaje do ręki kij, który ma służyć jako przedłużenie dłoni i pomóc w odepchnięciu zwierzęcia “na wypadek gdyby chciało się bawić”. Trzeba wtedy powiedzieć “NIE” (..?)

-          Macie jeszcze jakieś pytania ?

-          Czy lwy zostały dzisiaj nakarmione ?

-          Ach tak, nie musicie się obawiać, już jadły. Jak do tej pory nikt z resztą nie został tutaj pożarty..

Zawsze to jakieś pocieszenie, możemy więc śmiało przejść do głównego punktu programu i wyruszyć na spotkanie z lwami. Naszymi towarzyszkami będą dwie 13-miesięczne, czyli jeszcze bardzo młode lwice. Spostrzegamy je, kiedy rozciągają się leniwie na polance korzystając z pierwszych promieni wschodzącego słońca. „Te lwiątka traktują jeszcze ludzi jako swych opiekunów i członków stada, dlatego też można się do nich zbliżyć”, tłumaczy przewodnik wyznaczając tym samym pierwszą ochotniczkę do zdjęcia. Instruuje wyraźnie przestraszoną dziewczynę, aby podeszła do któregoś ze zwierząt, stanęła za nim, przyklęknęła na jednym kolanie podpierając się kijem, pogładziła po plecach.. i postarała uśmiechnąć się do kamery.. No i po bólu. „Następny proszę”!

Każdy z nas kolejno ma szansę, aby poczuć bliskość tego wspaniałego zwierzęcia. Obawy szybko mijają i zaczynamy czerpać z tego doświadczenia coraz większą przyjemność. Same lwice nie przejawiają raczej zainteresowania naszą obecnością, co chwilę ziewając i przewracając się na jeden, raz na drugi bok. Gdy tylko któraś z nich odwraca głowę, aby zobaczyć, co się tam z tyłu dzieje, jakiś z opiekunów od razu reaguje przyciągając  jej uwagę w swoją stronę.  Gdy zwierzę decyduje się wstać, dostajemy komunikat, aby natychmiast zrobić to samo i nie sprawiać wrażenia, że nagle stajemy się niżsi i słabsi od niego.

Po krótkiej, pełnej emocji  sesji fotograficznej odbywa się następna część interakcji, czyli półgodzinny spacer. Podążamy za lwami krok w krok, noga przy nodze, rzeczywiście będąc członkami tego surrealistycznego stada przemierzającego gęstwiny afrykańskiego buszu. Czujemy respekt dla tych niesamowitych zwierząt i otaczającej nas przyrody. Lwiątka leniwie podążają za swymi przewodnikami, jakby nie zwracając na nas uwagi, mimo, że ciągle jesteśmy tak blisko, ciągle mamy szanse pogładzić je po plecach i poczuć miękkość ich skóry.  Buszują po trawie i bawią się ze sobą, co chwile przystając, lub kładąc się dla odpoczynku. Jak dla mnie spacer ten mógłby trwać cały dzień, ale niestety nasz czas dobiega końca i musimy zostawić “kociaki” w rękach opiekunów, aby mogły pójść w swoją stronę. “Dziękuje Wam serdecznie za wsparcie naszego projektu” - żegna się z nami przewodnik. “No to teraz idę nakarmić lwy”.

 

KANA YAPERA, YAPERA

Lwy zamieszkiwały niegdyś powszechnie Azję i Europę – od Portugalii po Indie, większą część Afryki oraz Amerykę. Obecnie ich zasięg występowania ograniczony jest do kilku państw Afryki południowo – centralnej. Lew azjatycki z kolei żyje na wolności jedynie w lesie Gir w północnych Indiach.

Na drastyczny spadek lwiej populacji składa się wiele czynników. Głównym winowajcą jest jednak człowiek i nadmierna eksploatacja przyrody. I nie chodzi tutaj o Masajów, którzy od wieków wychodzili z włócznią, aby zabić lwa w bohaterskim pojedynku i udowodnić tym samym swoją męskość. Chodzi o chęć zysku dużych firm zagranicznych i wielkich gospodarstw rolnych ogradzających olbrzymie powierzchnie, uniemożliwiające zwierzętom ich naturalne migracje. Dochodzi do konfliktów farmerów z dzikimi kotami, które w wyniku ograniczenia przestrzeni życiowej coraz częściej zbliżają się do człowieka i „częstują się” trzodą z jego hodowli.

Gdy po kolejnym, jakże miłym safari w Parku Narodowym Zambezi, podczas którego oczywiście nie widziałam lwa, podejmuje rozmowę z pracownikiem Khanondo Safaris, jednego z większych biur podróży w Victoria Falls. Jest dobrze poinformowany i wylicza kolejno problemy, które czynią życie króla zwierząt w ostatnich latach wyjątkowo uciążliwym.

„Jest źle. Turyści chcą zobaczyć lwa, czy lamparta, ale tak naprawdę to atrakcja, której w najmniejszym stopniu nie jesteśmy w stanie zagwarantować”. Wygłasza następnie długi wykład i kolejne gwoździe do trumny wymierającego gatunku. Są to przede wszystkim kłusownictwo, wciąż legalne w wielu krajach Afryki południowej polowania (m.in.Tanzanii, Namibii, Botswanie, Mozambiku) oraz kwitnący handel kośćmi. Popularna w Azji medycyna tradycyjna wykorzystująca produkty zwierzęce na afrodyzjaki i inne specyfiki o wątpliwej naukowo skuteczności, aktywnie przyczynia się do destrukcji wielu zagrożonych gatunków.

Kwitnie także rynek tzw. polowań dla trofeów, który przynosi zyski znacznie większe niż turystyka. Nie brakuje chętnych, którzy są w stanie zapłacić kilkadziesiąt tysięcy dolarów za możliwość zastrzelenia lwa, słonia, lamparta, czy żyrafy, zrobienie sobie zdjęcia z martwą zdobyczą i wywiezienia wypchanej skóry jako poświadczenia zdolności myśliwskich i “bohaterstwa”.

„Jeśli obecna tendencja utrzyma się, za 10-20 lat król zwierząt zostanie najprawdopodobniej całkowicie wymazany z afrykańskiego pejzażu. Będzie można go zobaczyć jedynie w zoo i prywatnych kolekcjach, ale już nie na wolności” – kontynuuje.

W ostatnich latach powstało więc wiele organizacji, które starają się temu przeciwdziałać. Na licznych portalach internetowych reklamują się ośrodki poszukujące wolontariuszy i darczyńców, którzy byliby chętni wesprzeć ich działalność, przysługując się w ochronie przyrody przyszłym pokoleniom.

Idea projektów jest szczytna. Sam przebieg natomiast - kasowanie okrągłych sum na turystach, zbytnie rozciąganie realizacji w czasie, a przede wszystkim wychowywanie lwów i innych „dzikich” zwierząt w ciągłej obecności człowieka, budzą spore kontrowersje. Badania trwają, specjaliści debatują, a lwów coraz mniej, co przysparza tego typu organizacjom coraz więcej sceptycznych i wrogich opinii. Pojawiają się zarzuty wykorzystywania zwierząt dla celów zarobkowych, a nawet sugestie, że dorosłe, już za drogie na utrzymanie lwy, sprzedawane są prywatnym farmom, które skazują je na odstrzał. Same organizacje stanowczo temu przeczą.

Jak przyznają członkowie ekipy ALERT, do tej pory nie udało się przywrócić środowisku naturalnemu ani jednego osobnika, a pionierski, nigdy wcześniej nie stosowany program, niesie ze sobą ryzyko porażki.. Widząc ich zapał i zaangażowanie w projekt przywrócenia królowi zwierząt jego dawnej chwały myślę, że mają jednak dobre intencje.

Może jednak warto próbować ? Co jeśli w ciągu najbliższych lat w świecie zwierząt rzeczywiście zapanuje bezkrólewie?  Jak mówią miejscowi w języku Szona - KANA YAPERA, YAPERA - kiedy znikną, znikną na zawsze..

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.