Wasze wyprawy

Spitsbergen. Wędrówka w północnym słońcu.

Widok z góry Vesuv. Topniejący śnieg rozlewa się dolinami.

fot.: asiakrzeminska

Widok z góry Vesuv. Topniejący śnieg rozlewa się dolinami.
Czas nie płynie. Czujemy się tak daleko do świata, że aż poza czasem. Nie ma zmroku, czas nie ogranicza. Chłodny powiew nie zapowiada zbliżającej się nocy, a obserwacji dzikiego zwierza nie trzeba odkładać do poranka. „Midnight sun” – dzień polarny.

Czas nie płynie. Czujemy się tak daleko do świata, że aż poza czasem. Można iść tak długo, aż starczy energii. Nie ma zmroku, czas nie ogranicza. Chłodny powiew nie zapowiada zbliżającej się nocy, a obserwacji dzikiego zwierza nie trzeba odkładać do poranka. Pora doby nie ma znaczenia. „Midnight sun” – dzień polarny. Takie jest lato na arktycznej wyspie Spitsbergen. I wbrew skojarzeniom z Arktyką, wcale nie białe, a kwitnące i rozmokłe.

Spitsbergen jest największą wyspą archipelagu Svalbard – ok. 3 000 km od Warszawa a ponad 700 od najbardziej północnych rubieży Norwegi – najbliższego lądu. Lądujemy po północy, ale to nie ma znaczenia. Przez 5 miesięcy słońce nigdy nie zachodzi, więc kiedy około trzeciej nasze obozowisko przy psiarni na wylocie Longyearbyen (największej osady archipelagu) jest gotowe, czujemy się jak w środku dnia. Wakacyjna wyprawa na tundrę rozpoczęła się jak dobra kolonia nad Bałtykiem – deszcz, chmury, chłód i nadzieja, że jutro już się przetrze.

Kluczowy powód naszej wyprawy to trekking po bezdrożach tundry i zobaczenie zabytków upadłego przemysłu węglowego, dlatego największej osadzie, albo jedynemu miastu Spitsbergenu poświęcamy tak mało uwagi jak jest to konieczne do przygotowania się do wyprawy właściwej. Uzupełniamy zapasy w jednym z dwóch supermarketów miasta, wypożyczamy broni i EPIRB. Mamy za sobą miesiące przygotowań – treningi na strzelnicy, suszenie mięsa, opracowywanie trasy, treningi kondycyjne, optymalizowanie menu pod kątem wagi i kalorii, to samo z pakowaną garderobą. Ze względu na już coraz rzadsze, ale wciąż możliwe, spotkanie z niedźwiedziem polarnym zasadą i koniecznością na Svalbardzie jest posiadanie karabinu przy wyjściu poza miasto. Uzbrajamy się w Mausera z czasów II Wojny Światowej i pistolet hukowy. Każdy w skrytości serca marzy o wypatrzeniu białego cielska choćby - a właściwie najlepiej - z daleka. Bliskie spotkanie to olbrzymie niebezpieczeństwo, ale w pierwszej kolejności broń ma służyć odstraszeniu.

Krajobraz Spitsbergenu wyłania się z mgły.
Krajobraz Spitsbergenu wyłania się z mgły.

„Najbardziej lubimy to północne słońce – wtedy pogoda często się poprawia i wyciągamy leżaki na pokład, żeby złapać trochę słońca. Dziwi nas, kiedy jadąc latem na południe ściemnia się i nastaje noc” – przewodniczka na katamaranie płynącym do opuszczonej osady Pyramiden chętnie opowiada i o lodowcach i o życiu na Arktyce. Dziś jednak nie zapowiada się dobra pogoda, mgła zagęszcza się beznadziejnie. Przewodniczka nie ma rękawiczek jak wszyscy wokół – tutejsza zima z pewnością hartuje. Podobnie jak większość mieszkańców wyspy ima się rożnych zajęć. Teraz pływa jako przewodniczka, po sezonie być może będzie pracować w sklepie albo barze albo na kilku różnych etatach. Po drodze zatrzymujemy się przy dochodzącym do morza lodowcu. Zionie od niego zimnem - wyczuwamy go szybciej niż widzimy. Na skraju ma jakieś 40 metrów wysokości, ale w głębi lądu grubość lodu dochodzi do 400! W pobliżu lodowca na morzu pojawiają się i znikają białe grzbiety bieług. Mimo że nie są to najbardziej efektowne do obserwacji walenie, oglądanie ich olbrzymiego stada jest ekscytujące. Morze wydaje się pełne życia – wokół nas latają mewy, maskonury i mniej znane ptaki zwabione na północ bogactwem morskiego pożywienia.

Ogromne stada ptaków przylatują tu na krótkie lato, by skorzystać z bogactwa pożywienia w morzu.
Ogromne stada ptaków przylatują tu na krótkie lato, by skorzystać z bogactwa pożywienia w morzu.

Pyramiden to dawna górnicza osada rosyjska. Miasto widmo. Kopalnie już nie funkcjonują, a garstka pozostających tu osób obsługuje turystów. Miasto jest puste. Lokalny przewodnik oprowadza nas pomiędzy opuszczonymi budynkami i raczy niezorientowanych turystów podkoloryzowanymi historiami. „Sasza, a Ty czemu przyjechałeś tu na to pustkowie?” - pytam barmana z Doniecka, kiedy wracamy do pustej restauracji zalać nasze liofilizowane obiady wrzątkiem - „wajna”. Więcej nie musi nam tłumaczyć. Później zorientujemy się, że jego historia nie jest tutaj wyjątkowa. Nasz katamaran odpływa, my zostajemy. Oddalamy się od osady na bezpieczną odległość i budujemy stanowisko strzelnicze z kopca ziemi i znalezionej przy drodze blachy. Po raz pierwszy jesteśmy na otwartym terenie, najwyższy czas sprawdzić broń. Każdy ma kilka naboi treningowych do wystrzelania. Cel – pal. Huk niesie się po górach jakby nad głowami przeleciał nam samolot. Nie ma tu sportowych warunków ze strzelnicy, słuchawek, okularów – po wystrzale w głowie aż dźwięczy i myśli wyskakują uszami. Trening dodaje nam pewności – broń jest dobrze skalibrowana a wśród nas są dobrzy strzelcy.

Nim następnego dnia przypłynie kolejny statek, którym wrócimy, zdobywamy szczyt, od którego nazwę wzięła osada – Pyramiden. Liczymy na polepszenie pogody w nocy, większość drogi błądzimy jednak we mgle. Zbocze to gołoborza, spod nóg sypie się żwir i kamienie. Prawdziwa nagroda to jednak nie szczyt a widok jaki się nam ukazuje po zajściu poniżej chmury! Lodowiec już nie ukrywa się we mgle, widać go jak na dłoni. Morze ma miliony odcieni niebieskiego. Tam gdzie wpływa woda z doliny jest bardziej brunatne, bliżej lodowca granatowe. W oddali błyszczy słońce. Ciężko oderwać wzrok. Nie wiem czy skupiać się na widoku w oddali czy na obserwacji maleńkich kwiatuszków malujących Arktykę na różowo, fioletowo, żółto, błękitno. Do Pyramiden wracamy o 4 rano. Jest pusto i głucho. Tylko mewy gnieżdżące się na każdym możliwym parapecie wydzierają się jak małe dzieci. Resztką sił zwiedzamy budynki, które jeszcze nie są zamknięte na kłódkę. Rozważamy spanie w którymś z tych budynków, ale otwarte szafy i taczki zostawione jakby na chwilę odstraszają nas bardziej niż potencjalne niedźwiedzie na zewnątrz. Rozbijamy się pod dawnym budynkiem gospodarczym. Moja wypada między 6 a 8. Piękny czas. Jak nigdy można, a nawet trzeba skupić się na otaczającej przyrodzie. Obserwować, wypatrywać, chłonąć, czuć. Początkowy lęk przed możliwym jednak niebezpiecznym spotkaniem uspokajam ćwiczeniem się w obsłudze pistoletu i opracowaniem strategii obrony. Odwiedza nas kilkakrotnie jedynie ciekawski lisek. Podchodzi też Sergiej z malej rosyjskiej wsi, który tutaj pracuje jako kierownik elektrowni węglowej. Wracał akurat z nocnej zmiany i stęskniony za towarzystwem w tym bezludnym mieście podszedł pogadać i być może podszkolić się z norweskiego. „To lato jest deszczowe i pochmurne” - usprawiedliwia pogodę. Mało też niedźwiedzi, ale jak już są to bez lęku podchodzą blisko. Dlatego nie można wychylać nosa bez chociażby pistoletu hukowego.

Przyroda silniejsza niż stal. Świadectwo dawnego górnictwa.
Przyroda silniejsza niż stal. Świadectwo dawnego górnictwa.

Do Longyearbyen wracamy nastrojową łajbą Polargirl. Ta sama zabierze nas nazajutrz do kolejnej rosyjskiej osady, tym razem żywej i funkcjonującej – Barentsburga. Coraz mniejsze, ale jednak, wydobycie węgla daje Rosji prawo do tego miasteczka. Pełną piersią czujemy zew artyki, kiedy nasza łajba tnie wielkie fale lodowatego morza. Nawet nie bardzo przeszkadza nam mroźna woda rozbryzgująca się na pokładzie i spędzamy tu większość rejsu wyglądając bezskutecznie wielorybów i wystawiając zmarznięte policzki na wiatr. Samo miasto jest pastelowo kolorowe, smutne i nieładne. Widok na lodowce po drugiej stronie zatoki jest jednak oszałamiający. Stąd zamierzamy wracać marszem wzdłuż wybrzeża i przez góry. Nie ma żadnej wyznaczonej trasy, musi wystarczyć GPS w telefonie, kompas i wydrukowane z internetu fragmenty mapy. Za miasto wywozi nas swoją węglową ciężarówką Turkmen, który pracę w kopani za marne pieniądze traktuje jako przepustkę do lepszego życia, licząc na zatrudnienie i godne warunki gdzieś w Europie albo tutaj na Svalbardzie. Nie jest mu lekko ale i tak lepiej niż w rodzinnych stronach – żali się nam. Pieszą wędrówkę rozpoczynamy przy znaku ostrzegawczym przed niedźwiedziami. Na dobrą wróżbę spotykamy duże stado reniferów i kilka lisków.

Czas jakby stał w miejscu, tylko my się przemieszczamy. Nie musimy zdążyć przed zmrokiem więc nasza wędrówka jest regulowana wyznaczonymi punktami na nocleg. Przez to odcinki naszej marszruty rozkładają się nierównomiernie. Śpimy też nierównomiernie i bez zegarka. Nic nie szkodzi, że położyliśmy się spać o 4 rano a wstaniemy o 12. Droga jest piękna. Tundra wydaje się być pokryta zielonym dywanem. Całe połacie trzymają wodę i przechodząc nasze buty zatapiają się po kostki w tych gąbkach. Pęki mchów tworzą bajkowe kule, wszędzie kwitną maleńkie kwiatuszki. Rośliny nie mogą za bardzo wyrosnąć bo spływający śnieg sieka wszystko co pnie się wyżej niż kilka centymetrów. Co krok natrafiamy na poroża reniferów, którymi mieszkańcy ozdabiają swoje hytty, czasem nawet na całą czaszkę lub inny kawałek szkieletu.

Tundra topnieje całą powierzchnia i spływa do morza wielkimi rozlewiskami. Niektóre łatwo przeskoczyć, czasem udaje się zrobić przeprawę z drewnianych bali wyrzuconych przez morze. W końcu jesteśmy pokonani. Trafiamy na rozlewisko, dolinę dziesiątek mniejszych i większych strumieni. Próbujemy po kolei przeskakiwać, iść wzdłuż nurty w górę licząc na przewężenie. Nurt jest wszędzie rwący, a pasy lądu rzadko rozdzielają pasma wody. Ściągamy buty. Takie rzeczy trzeba szybko i naraz – mówimy sobie z zapałem, ale tysiące lodowych igieł tak kuje nam stopy w tych wodach ze stopionych śniegów, że szybko się nie da. Dno jest miejscami błotniste miejscami kamieniste, na szczęście znieczulenie zimnem pomaga przebrnąć przez to drugie. Tracimy czucie, ale ból jest tak zaskakujący, że kilka razy po wyjściu z wody muszę sobie ulżyć nieskrępowanym krzykiem. Nie udało się szybko, naraz i bezboleśnie, bo kilkakrotnie napotykamy nurt tak rwący, że musimy zawracać. Wkładając nogi do butów po skończonej przeprawie mamy wrażenie, że musimy uważać, żeby nie połamać zlodowaciałych palców. Nadmorską trasą docieramy do uroczej maleńkiej hytty turystycznej. Wreszcie się wypogadza i o północy obserwujemy słońce świecące nad wskazówką kompasu zwróconą ku północy. Kiedy się budzimy pogoda jest wyśmienita – całe szczęście bo dzięki temu z pobliskiego szczytu Vesuv mamy niesamowity widok. Z góry wody płynące dolinami wyglądają jak roztopiona cyna mieniąca się w słońcu. Nazajutrz przeprawa przez Zatokę Colesbukta, która wyglądała jak rozpuszczony warkocz brunatnowłosej gigantki, to godzinna bosa przeprawa przez gąbczaste mchy, płytkie i głębsze brody, mięciutkie błoto i lodowate żwiry. Koniec końców to nawet przyjemne jak mięciutkie, gliniste błoto wydaje się ciepłe oblepiając stopę po wyjściu z lodowatego strumienia.

Spitsbergen poza przyrodą i tundrą słynie z opuszczonych osad górniczych – po obsługiwanym turystycznie Pyramidem, trafiamy na kolejne – tym razem zupełnie opuszczone - Grumantbyen. W oknach domów wciąż wiszą firanki. Krzesła stoją przy stołach. Mosty rozwalone przez śniegi, olbrzymie złomowiska przypominają o porcie, przeładowniach, rozwiniętej infrastrukturze. Ciągnące się kilometrami zabudowane tunelem tory poprzerywane są co jakiś czas zapadliskami. Węgiel nigdy nie był rentowy, ale kopalnie na Svalbardzie były czymś prestiżowym na arenie międzynarodowej.

 

Renifer w letniej szacie. Latem musi się paść bez ustanku, żeby przetrwać ciężką zimę.
Renifer w letniej szacie. Latem musi się paść bez ustanku, żeby przetrwać ciężką zimę.

Ostatni etap trasy skręca w głąb lądu. Oddalamy się od wybrzeża i wchodzimy we mgłę, która przynajmniej trzyma nas w kupie, w zasięgu wzroku. Wybieram najkrótszą opcję przejścia, ale ta pozornie najłatwiejsza trasa sukcesywnie nas wykańcza. Cieniutkie linie na mapie to rwące szerokie rzeki w wąwozie ze zboczami pokrytymi rumowiskami skalnymi. Co jakiś czas któremuś z nas spod nóg lecą głazy dlatego pilnujemy, żeby nie iść jeden nad drugim. Godzinami bezskutecznie szukamy możliwości przeprawy chodząc w górę i w dół nurtu. Budowanie tamy przez rzucanie kamieni wydaje się bezsensowne i syzyfowe, więc mamy z tego kupę śmiechu, ale też podbudowujemy morale współpracą. Budulca mamy w bród. W końcu udaje się! Zawężamy nurt na tyle, że już da się przeskoczyć. Gołą stopą lub prowizorycznym mostem pokonujemy kolejne strumienie dzielące zupełnie różne krajobrazy – mordercze strome gołoborza, porośnięte miękką trawą płaskie wzgórza, ośnieżone stoki, aż w końcu lądujemy w krainie nicości. Podłoże z czarnego żwiru, w okół nic nie widać, żadnego wiatru, żadnych odgłosów - tak sobie wyobrażam czyściec. Chmury nie odpuszczają. Wspinamy się wysoko, by dalej iść na wysokości źródeł a wokół nas rozpościera się czarna pustynia ginąca w bieli. Brniemy we mgłę. Wędrówka męczy nas psychicznie równie mocno jak fizycznie – nie wiemy co jeszcze przed nami, jak długo będziemy iść i którędy, a za sobą mamy godziny chodzenia po omacku. W mgle zaczyna siąpić mżawka, wciska się wszędzie wilgocią i chłodem. Dotarliśmy na poziom śnieżnych języków, co oznacza, że będzie jeszcze bardziej mokro. Co jakiś czas padamy zgrzani i wykończeni, by zmuszeni zimnem znowu ruszać chociażby dla rozgrzania. Przez cały ten trekking nie czujemy, że się pocimy, wysiłek raczej dociepla organizm niż przegrzewa. Przeprawy przez śnieżne polany w końcu doprowadzają do przemoczenia butów i z każdym krokiem czuję jak nagrzana ciałem woda oblewa stopę. Idziemy jak w amoku nawet nie widząc po naszej prawej stronie zbocza, którego koniec ma wyznaczyć nasz skręt na Longyearbyen. Kiedy po 18 godzinach wędrówki docieramy do miasteczka, idziemy już tak machinalnie, że chyba moglibyśmy tak iść do końca świata. Mijamy przedszkola i żłobki – ubrane w ciepłe kurtki dzieci bawią się na dworze, mimo że przy takiej temperaturze w Polsce już nawet się nie wietrzy, nie mówiąc inhalowaniem dzieci otwartą przestrzenią. Nie bacząc na to, że jest środek dnia – południe zasypiamy snem sprawiedliwego, by obudzić się jak już sklep będą zamknięte a ludzie będą szykować w domach kolacje. Tutaj pora dnia nie ma znaczenia. Kiedy mieszkańcy kładą już zapewne co młodsze pociechy do spania my ruszamy na mikrowycieczkę po okolicy – zdobywamy pobliską górę by zajrzeć w głąb Advendalen. Tuż przed odlotem nie odpuszczamy jednak Światowego Banku Nasion – zewnętrzna część budynku jest niezbyt okazała, ale w słońcu szklane ornamenty nad wejściem pięknie migoczą jak kryształy. To tu w wiecznej zmarzlinie, wspomaganej dodatkowym chłodzeniem, schronienie znajdują tysiące nasion roślin uprawnych z całego świata. Z góry fiord ma znowu milion odcieni, może nawet milion jeden, bo przy lodowcach przeciw słońce przedziera się przez chmury. Mimo chłodu, siedzimy na zboczu i podziwiamy.

Ciepły prysznic i herbata wprowadzają nas w ten cudowny stan, kiedy jeszcze niedawne zmęczenie, uciążliwość chłody, monotonia wędrówki, niebezpieczeństwo szlaku, czujność na niedźwiedzia i wyczulenie na wszelkie życie, którego tu tak niewiele staje się słodkim wspomnieniem i zapisuje jako fantastyczna przygoda. Wpatruję się z ciepłej świetlicy kempingowej w krajobraz za oknem i chcę zapamiętać ten bezmiar przestrzeni i wolność jaką daje. Brakuje mi słońca i zapału, żeby dołączyć do grona zapisanych na kempingowej tablicy morsów dokonujących kąpieli w morzu, ale wspominamy wszystkie przeprawy przez rzeki zalewające mnie aż po krańce ud, żelazo zaciskające się na mięśniach podczas wielogodzinnych wspinaczek po zboczach bez ścieżek, maniakalne wypatrywanie wielorybów przez zepsutą już na początku lornetkę, nieskrępowaną wędrówkę na przełaj świata, gąbczaste rozlewiska i rozbudzające dreszcze z zimna. Chyba zasłużyliśmy na wakacje.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.