Wasze wyprawy

Teksas road trip - w poszukiwaniu legendy

Teksas road trip - Cadillac Ranch

fot.: tuiwszedzie

Teksas road trip - Cadillac Ranch
W 4 dni przejechaliśmy 1450 mil, 5 razy przesłuchaliśmy wszystkie płyty country kupione w Walmarcie, zobaczyliśmy piękne kaniony Teksasu, zapolowaliśmy z aparatem na bizony i szukaliśmy legendy drogi 66. Ale przede wszystkim zachwyciliśmy się Teksasem.

Trudno powiedzieć co sprawiło, że podróż po Teksasie była tak wyjątkowa. Czy euforia nowych doświadczeń związanych z tą formą podróżowania czy to był po prostu Teksas? A może jedno i drugie?
Road tripy to swoboda podróżowania, niezależność, spokój (niemal nieskończony – bez pośpiechu, klaksonów i gwałtownego hamowania) i możliwość cieszenia się chwilą. Ale gdybym miała napisać czym jest Teksas napisałabym mniej więcej to samo. Więc chyba nie ma lepszego sposobu by podróżować po Teksasie jak wrzucić plecak i przenośną lodówkę pełną puszek coli do bagażnika, włączyć w głośnikach Lorettę Lynn lub Johnnego Casha i jechać.
My czyli: ja (28 l.), Grzesiek - mąż (30 l.) i Igor - syn (3 l.) włączyliśmy radio i wyruszyliśmy z Conway w Stanie Arkansas w piątek i tego samego dnia dojechaliśmy do Denton.

Denton – chodząc chodnikami miasta wolnych ludzi

Do Denton przyprowadziła nas ulotka znaleziona kiedyś w przydrożnym hotelu. Ulotka dumnie głosiła, że Denton to stolica wolnych ludzi i na poparcie tej tezy przedstawiała zdjęcie jakiegoś westernowego miasteczka. Tripadvisor nie potwierdził naszych przypuszczeń o fajności tego miejsca, ale i tak się wybraliśmy i, jak się okazało, słusznie.

Od razu zauważyliśmy, że na chodnikach jest pełno pieszych. Czyli, że po pierwsze są tu chodniki, a po drugie: są używane, a w Stanach nic nie robi się bez powodu, nawet nie spaceruje się bez powodu. No chyba, że tu, w mieście wolnych ludzi, gdzie czas płynie jakby wolniej, przynajmniej sądząc po spokojnym rytmie kroków spacerowiczów, gdzie nuty i akordy nie są tak bezwzględne dla ulicznych muzyków.

Nie wiem dlaczego na tamtej ulotce mianowano Denton stolicą wolnych ludzi, ale wiem dlaczego się z tym zgadzam. Właśnie ten spokój, ta muzyka na żywo grana na ulicach i w lokalach, piknik w park oświetlonym przez księżyc i neony, sklepy z różnościami, największy antykwariat jaki widzieliśmy, który był jak disneyland używanych książek, uśmiechnięci i zrelaksowani przechodnie, no i rodziny jedzące lody o 23 w lodziarni u Beth Marie.

Goodnight – tańcząc z bizonami

Goodnight było jak miejsce z równoległego wszechświata kowbojów, jak miejsce istniejące tylko w wyobraźni pisarzy i scenarzystów, do którego wysyłają wymyślonego przez siebie bohatera, któremu wcześniej skasowali pamięć. To miejsce, w którym mówisz: “gdzie ja jestem?” “czy to sen?” a które zmaterializowało się nagle przy drodze do Amarillo. W zasadzie nie jesteśmy pewni czy to była prawda czy grupowa halucynacja. Sama nazwa miejscowości jest jak ze świata snów a nie jak z drogi w Teksasie: miasteczko Dobranoc.

Jadąc w stronę Amarillo nie mija się prawie nic poza zmieniającym się, coraz bardziej preriowym krajobrazem. Kilka razy mijaliśmy jakieś małe miejscowości, stację benzynową, dwa razy zauważyliśmy szyld restauracji. I tak jadąc wzdłuż niczego nagle zawołałam: “Bizony!!!”. Zatrzymaliśmy się na środku drogi (na tej drodze nie mija się niczego w tym innych samochodów więc nasze nagłe i ostre hamowanie nie wpłynęło w żaden sposób na ruch drogowy). W niewielkim oddaleniu od bizonów stały dwa budynki gdzie zaparkowanych było kilka samochodów. Były też rozstawione dwa namioty na kształt indiańskich tipi. Akurat zwijali niewielki festyn, ale zaraz za sklepem żelaznym (w którym oprócz narzędzi można było kupić rękodzieło, broń czy skórę bizona) stał niewielki budynek, za którym kowbojskie kapelusze kołysały się w rytm muzyki country.

Odjeżdżając pomyśleliśmy tylko, że to dość niesamowite: był bankiet, grała muzyka, co chwilę podjeżdżały kolejne samochody, z których wysiadali kowboje z rodzinami w odświętnych, pięknie haftowanych strojach, a w promieniu wielu mil nie napotkaliśmy żadnego domu…

Amarillo – szukając oznak życia i legendy drogi 66

Z Amarillo wiązaliśmy duże nadzieje, za sprawą informacji z internetu, porad znajomych i kolorowych zdjęć w przewodnikach. Pomyślcie tylko: droga 66, ranczo z powbijanymi w ziemię cadillacami, parki rozrywki, jedno z większych miast w Teksasie, pełne ludzi. Ale na miejscu okazało się, że wszyscy chyba musieli pojechać na imprezę do Goodnight, bo na ulicach Amarillo prawie nikogo nie było. A z drogi 66 została tylko legenda i po prostu jakaś droga z pozamykanymi sklepami i lokalami. Chociaż Igor znalazł rzeczywiście jednego z bohaterów bajki Auta: Złomka.

Wjazdu do historycznego dystryktu drogi 66 pilnował pewien pan uzbrojony w tekturową tabliczkę z jakimś napisem o sądzie ostatecznym, nawołujący do nawrócenia tych, którzy chcieli podążać tą grzeszną drogą. Wygląda na to, że nawoływał nas, bo nikt więcej nie chciał wstąpić (a właściwie wjechać) na tą drogę.

Wzdłuż ulicy było rzeczywiście dużo sklepików, salonów, barów, które mogłyby mieć potencjał 66 gdyby były otwarte. Otwarty był tylko jeden bar, ale profil klient nie pasował do rodziny z dzieckiem. Minęliśmy też niewielką może 4 osobową manifestacje głoszącą poparcie dla policjantów.

Jedyne co przemawia na korzyść Amarillo, poza bliskością do kanionów, to Cadillac Ranch czyli pole kukurydzy, na środku którego powbijano w ziemię 10 Cadillaców pod kątem 41°59’50” – dokładnie takim pod jakim nachylone są ściany piramidy Cheopsa w Gizie. Samochody z czasem zostały przykryte kilkunastoma jak nie setkami warstw graffiti. W zasadzie nie jest to też ranczo tylko instalacja artystyczna stanowiąca własność stanu Teksas. Z odwiedzonych przez nas amerykańskich osobliwości jest to chyba jedna z ciekawszych. W dodatku wstęp jest wolny.

Wyjeżdżając z Amarillo ustanowiliśmy Pierwsze i Drugie Prawo Road Tripów. Prawo Pierwsze: Planuj tylko w połowie, Prawo Drugie: Zawsze bądź gotowy zmienić plan. A to w oparciu o cenną naukę, jaką dał nam Teksas: przypadek jest lepszym doradcą niż przewodniki. Bo przewodnik zaprowadził nas do wymarłego Amarillo, a przypadek do kolorowego Denton i zaskakującego Goodnight.
Kaniony teksasu

Kaniony to dość niesamowite monumenty przyrody. Wyglądają tak jakby ktoś odcisnął w ziemi wielkie pasmo górskie. Takie góry wywrucone na druga stronę. Pokocha je każdy. I miłośnicy gór, bo jest to jakaś forma dekompozycji góry. I ci którzy wielkimi fanami gór nie są, bo kaniony dają nam to co kryją górskie szczyty, ale bez konieczności mozolnej wspinaczki. Oczywiście dla tych co lubią się wspinać i chodzić są pewne efekty specjalne.

Więc kiedy stoisz na skraju urwiska, nie ważne czy masz zamiar zaraz ruszyć pieszym szlakiem wzdłuż krawędzi lub w stronę dna kanionu, czy wrócisz do samochodu i odjedziesz, tu przez chwilę możesz się poczuć jakbyś istniał tylko ty i świat. Nabierasz w płuca powietrze pachnące ziemią i słońcem i nic ci nie trzeba, poza tymi widokami. Jeśli w ogóle możliwe jest by kiedyś poczuć się wolnym to tylko w miejscach takich jak te: bezkresnych, pięknych i dzikich.

I choć teraz za cenę 5 $ dziennie każdy może cieszyć się pięknem teksańskich kanionów to nie dla wszystkich były łaskawe i nie wszystkim dały wolność.

Palo Duro

Palo Duro to drugi co do wielkości kanion w Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak ten największy – Wielki Kanion Kolorado, także  Wielki Kanion Teksasu w poprzecznych kolorowych pasach piaskowo – skalnych warstw prezentuje historię naszej planety. Każda era przemijając zostawiła po sobie kreskę na ścianach kanionu, tak jak więzień zaznacza każdy dzień wyroku na ścianach celi. A potem rzeka Red River odsłoniła historię 250 milionów lat tego wyroku. Stworzenie naprawde pięknych rzeczy wymaga czasu jak widać.

Kanion jest przepiękny, a przy tym wszystkim niesamowita jest jego dostępność. Przez park można przejechać samochodem. Wzdłuż drogi co chwilę znajdziesz parkingi, campingi i wejście na piesze szlaki. W parku jest 13 szlaków, o różnym stopniu trudności i długości. Można tam wędrować kilka dni lub wybrać sobie szlak lub dwa i zrobić je jednego dnia (nawet z 3 latkiem).

Początkowo mieliśmy zaplanowany szlak na dnie kanionu, ze względu na bezpieczeństwo, małe trzylatkowe kroki i długość szlaku. Ale kiedy staliśmy na tarasie widokowym koło centrum turystycznego wypatrzyliśmy ścieżkę ciągnącą się brzegiem kanionu, z pięknymi widokami. Nie wyglądała groźnie. Więc poszliśmy z przekonaniem, że najwyżej się cofniemy i nie musieliśmy się cofać. To znaczy musieliśmy, ale z racji na to, że szlak się skończył, a nie z powodu jakichkolwiek trudności. To był szlak CCC (od Civilian Conservation Corp – Cywilnego Korpusu Ochrony Przyrody którzy w czasie Wielkiego Kryzysu zostali wysłani do Kanionu w celu stworzenia parku, co uczynili).

Z góry kanion widać najlepiej, choć i na dole jest co zobaczyć. Z każdym przejechanym w dół metrem krajobraz zmienia się ukazując nowe kolory, tony, barwy. Im bliżej dna kanionu tym więcej roślinności i dźwięków wydawanych przez tajemniczych mieszkańców tych szuwar. Zieleń liści miesza się z pomarańczem skał i czerwienią piasku. Może znajdziesz czerwoną jaskinię, a jeśli jesteś wprawionym góralem i wędrowcem to na jednym z dłuższych szlaków natkniesz się na komin skalny nazwany latarnią morską lub na inne mniejsze hoodoo: formację skalną o stożkowatej podstawie z większą skałą u góry, która zawsze w bajce Struś pędziwiatr spadała na Kojota.

Niezależnie od tego jaki szlak wybierzesz, możesz się poczuć jak odkrywca nowej ziemi, jak John Wayne (zwłaszcza jeśli wypożyczysz konia) lub jak Quanah Parker – wódz plemienia Komanczów.

Gdybyś przyjechał tu 150 lat temu mógłbyś go odwiedzić w rodzinnym tipi. Kto wie, może nawet razem zapolowalibyście na bizony, które wtedy obok Indian były mieszkańcami kanionu. A jeśli zabawiłbyś do września 1874 to byłbyś świadkiem bitwy o Palo Duro, którą Indianie przegrali i w czasie, której Kawalerzyści Stanów Zjednoczonych złapali 1400 indiańskich koni z czego większość ubili (rzeź w Palo Duro). Nie wiem czy chciałbyś to widzieć. W każdym razie, w następstwie tych wydarzeń Palo Duro z siedliska dla setek Indian stało się własnością dwóch ranczerów.

 

kanion Palo Duro
kanion Palo Duro

Caprock Canyons

Caprock to właściwie kilka połączonych mniejszych kanionów. Są może mniej spektakularne niż Palo Duro ale widoki niczym nie ustępują tym z Wielkiego Kanionu Teksasu, zwłaszcza wieczorem kiedy słońce powoli chyli się nad horyzontem. Albo kiedy spacerujesz brzegiem jeziora Theo, które kiedy twoje stopy wzbiją w nim piasek staje się czerwone.

Caprock to też dom oficjalnego Stada Bizonów Stanu Teksas. Na bizonach z tego dumnie brzmiącego, oficjalnie mianowanego stada spoczywa ciężkie brzemię symbolu i ikony tej części Stanów, który widać w Teksasie na każdym płocie, bramie czy ściennym rysunku. Zwłaszcza, że symboli tych nie ma dużo i niewiele brakowało, żeby przeszły na zawsze do legendy.

Dawniej w Stanach było 30-60 milionów bizonów, licznie zamieszkiwały te tereny (też kanion Palo Duro). Ale na skutek “wielkiej rzezi” na przestrzeni 4 lat (do 1878) pozostało ich tylko 1000 osobników. Osieroconymi cielakami zajęli się ludzie, w tym ranczerzy z Palo Duro z rancza JA (znanego nam z historii o Indianach). Teksańskie oficjalne bizony wywodzą się właśnie z tego rancza. Obecnie populacja bizonów w całych Stanach to około 0,5 miliona, z czego większość stanowią prywatne stada.

Więc rzeczywiście na bizony trzeba było przyjechać 150 lat temu, ale przyjechaliśmy w 2016 roku i obawialiśmy się, że nie uda nam się zobaczyć tych niesamowitych zwierząt. Na miejscu w Caprock okazało się to nietrudne. Za to trudno było ominąć rozleniwione stado, które nic sobie nie robiło z obecności samochodów.

 

Bizony w kanionach Caprock - oficjalne stado stanu Teksas
Bizony w kanionach Caprock - oficjalne stado stanu Teksas
kaniony Caprock
kaniony Caprock

Gwiazda Teksasu

Wzdłuż liczącej 1443 mil (2322 km) trasy było co oglądać: prerie w kolorze piasku, wyschnięte koryto rzeki, swobodnie pasące się stada bydła, migające od czasu do czasu bramy wjazdowe na ranczo, samotnie stojące stacje benzynowe, lekko wyblakłe graffiti przedstawiające flagę Stanów lub Teksasu albo bizona, zardzewiałe metalowe szyldy i ozdoby. Możnaby się spodziewać, że takie widoki zobaczysz tylko w skansenach, tymczasem tak tu po prostu jest. Trochę tak jakby zatrzymał się tu czas.

Ale między tym wszystkim naprawdę jest coś więcej i na pewno nie jest to tylko efekt wakacyjnego rozluźnienia i fascynacji nowym krajobrazem. Na drogach jest mniej samochodów, a jeśli już jakieś są to jadą równo, bez wyprzedzania, hamowania i klaksonów. Miasta są oddalone od siebie więc jadąc przez kilometry prerii i nie napotykając w tym czasie nikogo masz poczucie, że jesteś w jakimś dzikim, nierealnym miejscu. Chyba, że kończy ci się paliwo, wtedy możesz mieć bardzo realne uczucie lęku, bo stacje benzynowe nie stoją tu na każdym skrzyżowaniu. Jakim skrzyżowaniu, to przecież mile drogi ciągnącej się przez pustkę. Mile się ciągną, ale jakoś tak ospale i przyjemnie, zwłaszcza że za oknem wszystko jest nowe. Nawet stare, porzucone, rozpadające się pickupy.

Na ulicach miast i miasteczek też jakby mniej ludzi. Nie spieszą się, muzycy z Denton nie przejmują się zbytnio rygorem nut i tonów, kowboje z Goodnight uśmiechają się przyjaźnie spod rond swoich kapeluszy i nie dziwi ich trójka europejczyków wytrzeszczających na nich oczy (no może dziwi, ale nie dają tego po sobie poznać). Jest jakby spokojniej, jakby żyło się tu w rytmie ballad country.

Teksas to coś więcej niż geograficzny wymiar. To nie tylko terytorium zaznaczone kreskami na mapie. Teksas jest tu w ziemi, w powietrzu i w ludziach. A jeśli zostaniesz trochę dłużej może odrobina Teksasu zostanie też w tobie.

gdzieś pośrodku Teksasu
gdzieś pośrodku Teksasu

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.