Wasze wyprawy

Trzy Chinki, trzy opowieści, trzy prawdy.

Na Jangcykiang

fot.: janusz

Na Jangcykiang
Dla Chińczyka najważniejszym bogiem stał się bóg bogactwa i to do niego się dzisiaj modlą.

Trzy Chinki, trzy opowieści, trzy prawdy.

Rozmowy na murze (3)

Podwójne szczęście, tak się zwie w dosłownym tłumaczeniu Chongquing (czyt. Cziangszing), największe chińskie, a bodaj także największe na Ziemi, bo trzydziestotrzymilionowe miasto. Przylecieliśmy z Xian; to tylko 750 km, godzina lotu. Na lotnisku odebrała nas Ni Ling, trzecia już opiekunka w tej naszej podróży po Chinach. Będzie z nami do końca wojaży, czyli tu w Chongquing, w kilkudniowej podróży statkiem po rzece Jangzy, całodziennej jeździe superszybkim pociągiem z Yichang do Szanghaju i na koniec w samym Szanghaju.

Już w drodze do hotelu opowiedziała nam o sobie. Jest także, podobnie jak wcześniej poznane Chinki, absolwentką germanistyki. Mąż pracuje na uniwersytecie. Mają siedmioletnią córkę. Oczywiście bardzo chcieli mieć drugie dziecko, lecz w realiach chińskich wcześniej, zwłaszcza w mieście, było to niemożliwe bez dotkliwych restrykcji, wyrzucenia z pracy, wysokich kar pieniężnych, a w skrajnych przypadkach odebrania drugiego dziecka. O ile w ogóle dopuszczono by do drugich narodzin.

Chińskie władze zmuszały do aborcji albo zabierały wielu rodzinom kolejne dziecko, które było umieszczane w domach opieki społecznej dla sierot, a stamtąd często sprzedawane do adopcji poza granicami. Funkcjonariusze i organizatorzy takich przerzutów pracowali ręka w rękę. Powodem ułatwiającym takie procedury była ścisła kontrola urodzeń. A i tak co piąty człowiek na Ziemi jest mieszkańcem Chin.

Obecnie, gdy od listopada 2015 roku władze nawet zachęcają do drugiego dziecka, w obawie przed szybko starzejącym się i zdominowanym przez mężczyzn społeczeństwem, Ni Ling z mężem mają kolejny dylemat; czy stać ich będzie na zapewnienie dwójce dzieci wychowania na odpowiednim poziomie? Zycie w Chinach jest drogie.

Stare miasto Chongquing przypomina te inne, już poznane. Może tylko jeszcze większy tłum, jeszcze gwarniej, jeszcze bardziej kolorowo? Nowe miasto niełatwo opisać, trzeba zobaczyć przynajmniej na zdjęciach. Drapacz przy drapaczu, domy po kilkadziesiąt, niektóre ponad sto pięter, a między nimi wciśnięte gdzieniegdzie, jakimś cudem jeszcze niewyburzone stare budynki, zaledwie 5-6 piętrowe. Sklepy firmowe światowych marek z najwyższej półki. Pytanie, czy jest aż tylu nowobogackich? Czy chodzi o prestiż miasta i propagandowe oddziaływanie?

Zagadnięta Ni Ling, odparowuje: Chiny nadal szukają swego tao, czyli zasady harmonii Wszechświata. Chińczycy chadzali różnymi drogami – konfucjańską, taoistyczną, buddyjską, w ostatnich dziesięcioleciach drogą narodowego komunizmu, a dziś? Dla Chińczyka najważniejszym bogiem stał się bóg bogactwa i to do niego się dzisiaj modlą.

Może znajdziecie ową harmonię w chrześcijaństwie? - pytam.

- Niby dlaczego chrześcijaństwo miałoby zapanować w Chinach? Dla Chińczyków jest ono czymś obcym, historycznie związanym z kolonializmem.

Wie, skąd pochodzę i dodaje: Wielu Polaków wyobraża sobie, że chrześcijaństwo jest jedyną religią na świecie. Istnieje ono w Chinach zaledwie od kilku wieków.

Wśród młodych, wpatrzonych na Zachód, chrześcijaństwo to bardziej moda na nowoczesność, niż wiara.

Młodzi Chińczycy uważają, że chrześcijaństwo pomoże im zrozumieć, dokąd zmierzają, i że doprowadzi ich do podobnego dobrobytu jak na Zachodzie.

Takich i podobnych rozmów przeprowadziliśmy wiele, na lądzie, i na wodzie, w podróży po Jangzykiang. To trzecia rzeka świata. Poruszają się po niej potężne barki towarowe i duże statki pasażerskie. Na nabrzeżu widzimy co rusz wielkie zakłady, kopalnie, stocznie, osiedla. Mglisto, niepogoda dla zdjęć. Widać jednak wystarczająco, by podziwiać zagospodarowanie terenu wzdłuż rzeki; wiadukty, autostrady, budynki.

Po nocy każdego ranka nasz statek zatrzymywał się przy brzegu i można było skorzystać z jednej, czasami dwóch wycieczek. Można też było samemu udać się na ląd. Na spotkaniu, po śniadaniu Ni Ling opowiedziała o przebiegu rejsu, co nas jeszcze czeka? M.in. trzy przełomy i trzeciego dnia, 30 km przed końcem rejsu przeprawa przez śluzy; różnica poziomów wody około 140 metrów. Opowiada nam wiele jeszcze przed zbliżeniem się do atrakcyjnych obiektów, gdyż przewodnicy są obowiązani wszystkie informacje podawać po chińsku, następnie po angielsku i dopiero potem wolno im w dowolnym innym języku. Gdyby się ścisłe trzymała tego zalecenia, po niemiecku informowałaby o ciekawostkach, które autobusem czy statkiem minęliśmy kilka minut temu. Tego zalecenia trzyma się nasza Ni Ling jedynie wtedy, gdy jesteśmy wymieszani z innymi pasażerami statku. Gdy jest sama z naszą szesnastką – tyle liczy ta wycieczkowa grupa z Niemiec – rozmawia z nami zrazu po niemiecku.

Nazajutrz zwiedziliśmy jedenastopiętrową pagodę Shibaozhai. To standard w tych wycieczkach statkiem. Wcześniej była możliwość obejrzenia „miasta duchów” -opuszczonego przez mieszkańców w obawie przed zalaniem, gdy powstawała wielka tama. Świątynia, którą oglądaliśmy, mimo że na wysokiej skale, też byłaby do pierwszego piętra podmyta. Zbudowano mur-tamę i teraz jest pokazywana turystom. Jeszcze jedna propagandowa historyjka. Świątynia jest zabytkiem teistycznym, w pierwszych pomieszczeniach są święci buddyjscy, a mnichów dawno wypędzono. Mimo to, na moje o nich pytanie, Ni Ling odpowiedziała, że są oraz że jak ujrzy jakiego, to mi pokaże. Trudno od niej wymagać jaśniejszej odpowiedzi.

Naszej grupie po zejściu ze statku towarzyszyła jeszcze jedna młoda CHINKA. - Dostałaś pomoc, czy to może praktykantka? - pytałem. - Jest taki zwyczaj, że do wycieczek zagranicznych przydzielana jest osoba towarzysząca.

Gdy statek znów dobił do stałego trapu przy innej miejscowości, w niewielkiej odległości od brzegu ujrzeliśmy kilkanaście kobiet robiących w rzece pranie. Przewodniczka opowiedziała, że one mają w domach pralki, ale wolą tradycyjnie prać w rzece. Ciekawe, czy mają, chociaż wodę bieżącą? Woda w rzece jest na tyle przezroczysta, że widać zaśmiecone dno Yangcy, oczywiście blisko brzegu.

Po zakończeniu rejsu ruszyliśmy ICE z małego jak na Chiny, czteromilionowego Yichang w ośmiogodzinną jazdę do Szanghaju. By wejść na dworzec kolejowy, potrzebny jest nie tylko bilet, ale także paszport (dowód dla Chińczyków). Na bilecie jest nazwisko i nr paszportu a na jeden paszport można kupić tylko jeden bilet w danym dniu. Podobno to zabezpieczenie przed konikami, przed kilku laty plagą tutejszych kolei. Wchodzi się do hali dworca poprzez bramki radarowe jak na lotniskach w naszej strefie.

Duża część gospodarczego chińskiego cudu powstała na kredyt. Zbudowano nikomu niepotrzebne lotniska i miasta. Mknący z prędkością 250 km na godzinę pociąg do Szanghaju mijał kilkanaście miast widm, niezamieszkanych gigantycznych blokowisk i skrzyżowań, na których podobno zmieniają się nikomu niepotrzebne światła uliczne. I o to też zapytałem Ni Ling.

Przez chwilę milczała, nie byliśmy sami, spojrzała na mnie zmęczonymi oczyma. Zrobiło mi się jej żal. Ja wyjadę, a ona tu mieszka, żyje, pracuje.

Nie musisz odpowiadać – powiedziałem cicho.

Dziękuję – odpowiedziała z wyraźną ulgą.

EPILOG:

Znane jest powiedzenie śp. księdza Józefa Tischnera „Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”.

Jaka jest ta chińska prawda?

(C) Janusz Plewniak

 

Smartfomania po chińsku
Smartfomania po chińsku
Fotograf uliczny
Fotograf uliczny

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.