Wasze wyprawy

USA: Park Olympic - Przygody badaczy świstaków

Lodowce masywu Mt Olympus

fot.: J. S. Pagaczowie

Lodowce masywu Mt Olympus
Nie spodziewaliśmy się, że po wielu podróżach po Azji coś może nas zafascynować w krainie McDonalda i popcornu. A jednak. Daliśmy się zaskoczyć nie tylko świstakom.

Nie spodziewaliśmy się, że po wielu podróżach po Azji coś może nas zafascynować w krainie McDonald'sa i popcornu. A jednak. Daliśmy się zaskoczyć nie tylko świstakom.

Wszystko zaczęło się od świstaków. Trzy lata temu podczas wyprawy w kanadyjskie góry zgodziliśmy się, że są one zwierzętami, którym warto poświęcić przynajmniej część życia. Aby to postanowienie zrealizować, rozpoczęliśmy poszukiwania ludzi, którzy myślą podobnie. I znaleźliśmy.

Już po kilku tygodniach w naszej skrzynce leżało oficjalne zaproszenie do wzięcia udziału w badaniach świstaków na półwyspie Olympic. Miały one trwać od maja do września. Po raz pierwszy mieliśmy spędzić kilka miesięcy w miejscu, które ktoś inny za nas wybrał. Zaczęliśmy się zastanawiać, dokąd właściwie jedziemy. W atlasie półwysep zdawał się wyrastać tuż obok Seattle. Nazwa Olympic kojarzyła się nam jedynie z Grecją, a Seattle z Jimim Hendriksem i Nirvaną. Gdzie tu miejsce dla świstaków?

Świstak kontemplujący
Po całodobowej podróży dotarliśmy do Port Angeles, bazy naszej grupki badaczy świstaków. Miasteczko to kilka szerokich ulic, parę moteli i około 20 kościołów różnych wyznań. Początkowo zrobiło na nas dość obojętne wrażenie, jednak po pewnym czasie nie mogliśmy oprzeć się urokowi intensywnie kwitnących rododendronów i niewielkich, szalowanych deskami domów. Główną ulicę z jednej strony zamykał ciemnogranatowy pas oceanu i odległe wzgórza wyspy Vancouver, z drugiej - widok na ośnieżone szczyty gór Olympic.

Ponieważ w Ameryce czas ceni się jak nigdzie indziej na świecie, jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy w góry, by zapoznać się z terenem badań. 30-kilometrowa kręta szosa wyprowadziła nas z poziomu morza wprost do strefy alpejskiej. Dalej wyruszyliśmy pieszym szlakiem na szczyt Hurricane Hill. W Port Angeles kwitł maj, tu wciąż królowała zima i przeszywający chłód. Po godzinie brnięcia w głębokim śniegu stanęliśmy na szczycie. Imponujący widok przechodzi nasze oczekiwania i rozwiewa wszelkie wątpliwości. Na południu jak okiem sięgnąć niedostępne góry - poszarpane granie, śnieg i lodowce. Na północy - srebrzyste wody cieśniny Juana de Fuca, dziesiątki wysp i potężna, wyrastająca ponad chmury sylwetka wulkanu Mount Baker.

Tego dnia po raz pierwszy zobaczyliśmy świstaki. Futrzaste stwory siedziały smętnie przy lejowatych wejściach do nor. To ich pierwsze dni po przebudzeniu z siedmiomiesięcznej hibernacji. Wokół nie ma ani kawałka zieleni, dlatego świstaki godzinami kontemplują krajobraz i cierpliwie oczekują wiosny.

Naukowe podejście
A wiosna nie przychodziła. Pod koniec maja wciąż zapadaliśmy się w głębokim śniegu i zmagaliśmy z lodowatym wiatrem. Każdego ranka wyjeżdżaliśmy w góry, z żalem opuszczając piękne, słoneczne wybrzeże. Zwykle po prawie godzinie od naszego przybycia w wylocie nory pojawiał się świstak. Wychodził, siadał na śniegu i w takiej pozycji zamierał. My także zastygaliśmy w bezruchu i oczekiwaliśmy na dalszy ciąg wydarzeń.

A dalej nie działo się właściwie nic: świstak siedział i wpatrywał się w dal, a my patrzyliśmy na niego. Mijała godzina, druga i nic się nie zmieniało. Wreszcie świstak, najwidoczniej znudzony, schodził z powrotem do nory. My jednak zostawaliśmy na stanowiskach, patrząc niestrudzenie w pusty otwór nory przez następne godziny bo przecież w nauce brak obserwacji to także obserwacja. Z naszych badań wynika, że w maju świstaki większość dnia spędzają w norach.

Przyroda ożywiona
W zerwcu wysokogórskie łąki pokryły się łanami kwiatów, a na szlaku na Hurricane Hill zaroiło się od turystów. Świstaki stały się bardziej ruchliwe i wraz z nimi ożywiła się też reszta fauny. Zadziwiające było, ile różnych zwierząt widywaliśmy każdego dnia i to, że nie odczuwały lęku przed człowiekiem. Wystarczyło wyciągnąć z plecaka kanapki, a w pobliżu od razu pojawiali się amatorzy łatwego posiłku.

Najczęściej jako pierwsze doskakiwały małe pasiaste wiewiórki. Wkrótce potem gałęzie pobliskich drzew obsiadały sójki kanadyjskie, które potrafią wyrywać jedzenie wprost z ręki. Jelenie mulaki (nazwa pochodzi od ich wyjątkowo długich uszu) widywaliśmy w górach Olympic na każdym kroku. Spotkania z nimi są często nieprzypadkowe, bowiem to jelenie z premedytacją szukają człowieka, a raczej soli, którą pod różnymi postaciami wydala.

Na większości pól biwakowych trzeba mieć się na baczności, gdyż mulaki nieustannie czatują, żeby przeżuć szelki plecaka, porwać przepoconą koszulkę lub starannie wylizać zasikany skrawek ziemi. Nocą można się porządnie wystraszyć, gdy natarczywy jeleń nagle wyłoni się zza krzaka lub jego fosforyzujące oczy zaświecą w świetle latarki tuż za namiotem.

Czasem widywaliśmy także kojoty przemierzające rankiem drobnym truchtem świstacze łąki. Ostrożne i czujne, zwykle przemykają niezauważone, znikając po chwili w wysokich trawach. Większość indiańskich plemion uważała kojoty za wcielenie złośliwych, podstępnych i przebiegłych duchów. Choć te czworonogi są zaciekłymi wrogami świstaków, jest coś niezwykłego i fascynującego w smukłych wilczkach o ostrych pyskach, spiczastych uszach i piaskowopłowej sierści.

W wierzeniach miejscowych Indian również bardzo ważne miejsce zajmował kruk. Wystarczy spędzić kilka dni w górach, by zrozumieć dlaczego. Kruki są dumne i inteligentne. Czy widzieliście kiedyś parę tych ptaków wywijającą w przestworzach fantastyczne akrobacje, bawiąc się w powietrzne walki i wyścigi? W górach Olympic wielokrotnie obserwowaliśmy, jak dla zabawy zjeżdżały na brzuchu lub staczały się po ośnieżonych stokach jak kule.

W sercu dziczy
W lipcu, gdy z większości szlaków zniknął śnieg, wreszcie zaczęliśmy dłuższe wędrówki w odległe rejony parku. Przed wyruszeniem na każdą kilkudniową wyprawę meldowaliśmy się w lokalnej dyrekcji. W miarę dokładnie musieliśmy określić trasę przejścia i miejsca planowanych biwaków. W ten sposób kontroluje się tu natężenie ruchu w poszczególnych rejonach. Spora plastikowa beczułka, którą za każdym razem dostawaliśmy na wyprawę, świetnie zabezpiecza żywność przed niedźwiedziami, niestety - zajmuje pół plecaka i waży blisko dwa kilo.

Jakie wrażenie robią góry Olympic w porównaniu z europejskimi? Niezwykłe i oryginalne są wyjątkowo głębokie wcięcia dolin rozdzielające poszczególne masywy - strome ściany lasu sięgające od skalistych urwisk aż do poziomu oceanu.

O górach Olympic mówi się, że chodzi się tu tylko w dwóch kierunkach, w górę lub w dół. Wyjątkiem są nieliczne odcinki szlaków graniowych, z których najpiękniejszy jest Bailey Traverse. Można nim przejść cały park, z północy na południe. Ten fragment gór jest dość rzadko odwiedzany przez ludzi. My na Bailey Traverse wybraliśmy się w połowie sierpnia, oczywiście w poszukiwaniu świstaków. Każda wyprawa w górach Olympic zaczyna się w głębokiej, długiej dolinie. Pierwsze kilometry dolinowych szlaków prowadzą przez bujne, mroczne i wilgotne lasy deszczowe.

Choć określenie to kojarzy się raczej z równikiem, w górach Olympic można się przekonać, że istnieje zupełnie nietropikalna wersja lasów deszczowych - prawdziwa dżungla Północy. Z konarów potężnych świerków i klonów zwieszają się długie brody mchów. Pośród wielkich paproci leżą powalone pnie, z których wyrastają już nowe drzewa.

Czuć potężną siłę natury, wręcz słychać, jak rośnie las. Dopiero drugiego dnia wyszliśmy z lsu na otwartą przestrzeń. Przed nami rozpościerało się morze gór. Po drugiej stronie przepastnej doliny Hoh River jak na wyciągnięcie ręki wznosił się imponujący, pokryty lodowcami masyw Mount Olympus. Na Bailey Range spotkaliśmy stado dzikich kozłów - pięknych, masywnych zwierząt o kosmatej, śnieżnobiałej sierści.

Towarzyszyły nam przez następne dwa dni, gdy wędrowaliśmy wysokogórskimi łąkami. W ciągu dnia ginęły nam z oczu, gdy wspinały się na niemalże pionowe skały, wieczorem jednak pojawiały się znowu przy obozowisku, urządzając efektowne walki i galopady wokół namiotu. Kiedy wreszcie zrezygnowały z podążania za nami, poczuliśmy, że brakuje nam ich wesołego towarzystwa. Weszliśmy w martwy krajobraz piargów i wiecznego śniegu, gdzie nie było już ani kozłów, ani świstaków.

Wysoko w górach znajdowaliśmy małe jeziora otoczone łanami różnobarwnych kwiatów i potarganymi przez wiatr choinami. Jedno z nich było ogromną skalną niszą wypełnioną krystalicznie czystą i ciepłą wodą.

Następnego dnia jęzorem lodowca wijącym się wąskim kanionem zeszliśmy do lasu. Stąd od cywilizacji dzieliły nas już tylko dwa dni drogi. Te kilka dni na Bailey Range były niewątpliwie najlepszymi, jakie spędziliśmy w Olympic. Morze porannych mgieł w dolinie Hoh River, brykające wokół namiotu kozły śnieżne, wieczorne kąpiele w ciepłych jeziorach, poczucie izolacji i potęgi natury - to wspomnienia, które niezmiennie będą kojarzyły się nam z tą wyprawą.

Niedźwiedź schodzi z drogi
W połowie września wyruszyliśmy na ostatnią wyprawę. Wysokogórskie łąki przebarwiły się już w różne odcienie złota i czerwieni. To czas, gdy z głębokich dolin pod same szczyty wychodzą niedźwiedzie, by paść się na górskich borówczyskach. W górach można nocować bez obaw w namiocie - na półwyspie nie ma niedźwiedzi grizzly, są tylko smoliście czarne, misiowate baribale, zdecydowanie mniej agresywne i znacznie mniejsze od grizzly. W ciągu kilku miesięcy pobytu w Olympic zdążyliśmy się już przyzwyczaić do spotkań z niedźwiedziami, ale to, co zastaliśmy w górach podczas ostatniej wyprawy, było trochę niepokojące. Te ssaki były wszędzie! Gdziekolwiek się zwróciliśmy, widzieliśmy je - sześć, siedem równocześnie, na każdym stoku wokół jeziora, nad którym rozbiliśmy namiot. Nie mieliśmy jednak wyboru, musieliśmy je zaakceptować z nadzieją, że one też zaakceptują nas.

Przez następne kilka dni chodziliśmy po łąkach, szukając świstaczych nor i choć wielokrotnie wpadliśmy na niedźwiedzie, obyło się bez ofiar. Niektóre pospiesznie schodziły nam z drogi, inne omijały nas w odległości kilku metrów. Przez większość dnia baribale po prostu jadły jagody. Czasem któryś stawał na tylne łapy i naginał gałęzie jarzębiny, zagarniając owoce do pyska. Inny codziennie pływał w jeziorze i na płyciznach wyjadał kijanki. Jak obliczyliśmy, podczas tej wyprawy znaleźliśmy tylko dziewięć świstaków, za to bliskich spotkań z niedźwiedziami mieliśmy ponad trzydzieści.

Pod koniec września życie w górach powoli zamiera. Pustoszeją wysokogórskie łąki. Tłuste świstaki spotykają się w norach i układają do długiego zimowego snu. Kończy się świstaczy rok, kończy i nasza przygoda w Olympic. Ale kiedy w przyszłym roku świstaki obudzą sięi wyjdą na powierzchnie, by przekonać się, że wiosna jeszcze nie nadeszła, my już będziemy tam na nie czekać.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.