Wasze wyprawy

W krainie szejków

Rama Dubaju

fot.: igebski

Rama Dubaju
Tygodniowy objazd ZEA, w tym Dubaj, Szardża, Fudżajra i eksklawa Omanu.

W krainie szejków Po przylocie do Dubaju, mimo posiadanego w wersji angielskiej negatywnego wyniku testu na Covid-19, poddani zostaliśmy ponownemu testowaniu. Przyznać trzeba, że odbywało się ono bardzo szybko i sprawnie. A co istotne – na koszt Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Dla porównania w Polsce trzeba było zapłacić za test przed wylotem 250 zł, a po powrocie kolejne 200. No chyba, że ktoś reflektował na dziesięciodniową kwarantannę… Teoretycznie rzecz biorąc, na wynik dubajskiego testu powinniśmy czekać w hotelu. Nikt jednak nie zamierzał tego przestrzegać, ani tym bardziej egzekwować. Odwiedzamy ZEA w 50 rocznicę powstania tego państwa. Przez ten czas liczba jego mieszkańców wzrosła ze 180 tyś. do prawie dziesięciu milionów. To ewenement w skali światowej. Co za tym stoi? Oczywiście każdy o tym wie - ropa naftowa. Dubaj - jeden z siedmiu emiratów - w ciągu 50 lat z biednej wioski rybackiej słynącej z połowu pereł stał się jednym z najbardziej luksusowych i nowoczesnych miast świata. Przylatujemy do Emiratów niemal w środku ramadanu. Wiąże się to z pewnymi ograniczeniami. Żeby nie drażnić miejscowych i jednocześnie uszanować ich zwyczaje, lepiej jest nie jeść, nie pić i nie palić w miejscach publicznych. Dotyczy to nawet plaży, gdzie wiszą tabliczki ze stosownymi ostrzeżeniami. Niewątpliwym plusem muzułmańskiego postu jest natomiast mały ruch na drogach, w centrach handlowych, na plażach i w obiektach obleganych zwykle przez turystów, jak np. Burdż Chalifa. Do nikłego ruchu oprócz ramadanu przyczyniła się też pandemia. Oprócz polskich grup widać jedynie turystów z Rosji. Niestety, z powodu Covid – 19 nie możemy jechać do stolicy ZEA. Abu Dhabi wprowadził bowiem - jako jedyny emirat – obowiązek kwarantanny dla turystów z państw nie znajdujących się na tzw. zielonej liście. Polska na niej się nie znalazła… Wczesnym przedpołudniem odwiedzamy „Stare Miasto”. Piszę w cudzysłowie, bo starówka w Dubaju pochodzi sprzed niespełna trzech lat. Zbudowano ją specjalnie dla turystów. To nic, że jest sztuczna. W tym kraju niemal wszystko jest sztuczne i na pokaz. Począwszy od najwyższego wieżowca (Burdż Chalifa, 825 m.), poprzez centra handlowe z akwariami, wodospadem, stokiem narciarskim i lodowiskiem, na sztucznych wyspach skończywszy. Nad deptakami umownej starówki wiszą duże płachty, chroniące przed upalnym słońcem. Natomiast poczucie bezpieczeństwa zapewniają wszechobecne kamery. Uwagę zwraca niemal sterylna czystość ulic i chodników, co przecież w krajach arabskich nie jest powszechną normą. Inna sprawa, że w ZEA za śmiecenie grożą solidne mandaty. Naszym przewodnikiem jest Zahid. Pochodzi, podobnie jak kierowca, z Pakistanu. Tu warto wspomnieć, że mieszkańcy ZEA w znakomitej większości pochodzą z Indii, Filipin, Pakistanu i ościennych krajów. Rodowitych Emiratczyków jest może dziesięć procent. W praktyce spotkać można ich jedynie w dużych centrach handlowych, choćby w tym największym na świecie Dubai Mall. Oczywiście nie w charakterze sprzedawców czy obsługi, lecz jako klientów sklepów ekskluzywnych marek i gości takichż restauracji. Emiratczycy bardzo dbają o zachowanie swojej odrębności. Uzyskanie obywatelstwa ZEA jest prawie niemożliwe. Jak pisze Aleksandra Chrobak w swojej książce „Beduinki na Instagramie”: Nie ma tu naturalizacji. Nawet urodzenie się tu nie uprawnia do obywatelstwa. Nawet małżeństwo z Emiratczykiem bądź Emiratką nie daje obywatelstwa. Krótka wizyta w Muzeum Kawy i degustacja zielonej nie palonej kawy. Potem łódkami abra płyniemy na Grand Soug „Deira”. W sklepiku prowadzonym przez Irańczyka z włosami rozjaśnionymi henną degustujemy kandyzowany imbir, kwaśny berberys i daktyle. Dowiadujemy się, że prawdziwy szafran ma kolor czerwony, a ten żółty to po prostu nagietek. Nabywam dwa opakowania imbiru kandyzowanego po 10 dirhamów za sztukę. Na sąsiednich stoiskach kupuję do swojej kolekcji dwa otwieracze z magnesem po 10 i łyżeczkę za 20 dirhamów. Na sąsiednim targu złota ruch niewielki. O pandemii przypominają naklejone na ławkach papierowe tarcze z zakazem siadania. Sprzedawcy zachęcają do wejścia do ich sklepików, ale nie są tak namolni jak w Egipcie czy Maroko. Oczywiście znają Lewandowskiego i mówią po polsku, że u nich wszystko „za darmo”. Z suku przejechaliśmy pod „Ramę Dubaju”. Jest to obiekt o wymiarach 150 metrów wysokości i 93 szerokości. Górną „poprzeczkę” ramy stanowi most widokowy ze szklanymi podłogami. Z „Dubai Frame” można podziwiać Deirę z jednej strony i drapacze chmur przy Sheikh Zayed Road z drugiej. Jadąc w stronę hotelu stajemy na chwilę przed pałacem szejka Muhammada bin Raszid Al Maktum. Premiera i zarazem wiceprezydenta ZEA nie zobaczyliśmy, bo pozwolono nam podejść tylko do drugiego posterunku, odległego o dobre sto metrów od bramy wjazdowej, do której prowadziła trawiasta alejka. Z daleka mogliśmy tylko popatrzeć na piątkę koni wyrzeźbionych na jej zwieńczeniu i trójkę rumaków umieszczonych za fontanną. Te ozdoby znajdują się tam nieprzypadkowo. Wszak szejk Muhammad jest znany z zamiłowania do jeździectwa. I nie tylko. Jako ojca 24 dzieci i męża sześciu żon można by go określić jako pasjonata dużej rodziny. Po południu jedziemy na safari. Odbywa się ono na wydmach największej na świecie piaszczystej pustyni Ar-Rab al-Chali. Po zjeździe z drogi szybkiego ruchu kierowcy jeepów spuszczają powietrze z kół mniej więcej do połowy. Umożliwia to lepszą przyczepność i możliwość bezpiecznego dokonywania skomplikowanych manewrów na stromych zboczach wydm. Jazda w górę i w dół, często pod kątem 45 stopni, dostarcza sporo adrenaliny. Zwieńczeniem pobytu na pustyni jest pobyt w obozie beduińskim. Nie jest to oczywiście prawdziwa osada, lecz obiekt zbudowany specjalnie dla turystów. Z powodu ramadanu program artystyczny ograniczony był do tańca derwisza i pokazu połykacza ognia, notabene w wykonaniu tego samego artysty. Normalnie jest jeszcze taniec brzucha. Chętni mogli przejechać się na wielbłądzie lub zjechać na desce z wydmy. Kobietom proponowano tatuaże z henny. Po obejrzeniu zachodu słońca przyszła pora na kolację. Serwowano między innymi grillowanego kurczaka i pieczone kiełbaski z wołowiny. Wcześniej jako przekąskę podawano szawarmę, bardziej znaną u nas jako kebab. W niedzielę rano jedziemy do Souk Madinat Jumeirah, czyli na stary arabski bazar. Usytuowany jest on nad kanałami Wenecji Dubajskiej. Jednak jej centralnym punktem jest Hotel Burg Al Arab, z racji swojego kształtu zwany „żagiel”. Stoi on na sztucznej wyspie i jest najwyższym budynkiem hotelowym na świecie (321 m wysokości). Najtańszy apartament kosztuje tu 1 300 dolarów za dobę. Nic tu więc po nas. Możemy jednak wypożyczyć jacht i udać się w godzinny rejs wśród lasu wieżowców ekskluzywnego osiedla Marina. Wzdłuż trasy widzimy siłownię na świeżym powietrzu oraz ogromny diabelski młyn (jeszcze nieczynny). Podziwiamy też skoczków spadochronowych i niewielki samolot wynoszący ich na wysokość czterech tysięcy metrów. W Mall Emirates, drugim co do wielkości centrum handlowym Dubaju, oglądamy stok narciarski oraz robimy zakupy w największym na Bliskim Wschodzie hipermarkecie Carrefour. Obok centrum znajduje się hotel sieci Kempinski. Swojsko brzmiące nazwisko, prawda? Nie bez kozery, bo Berthold Kempinski był polskim przedsiębiorcą żydowskiego pochodzenia. Ukończył Królewskie Gimnazjum Katolickie w Ostrowie. A propos innych znanych Polaków mających związki z ZEA, wspomnieć wypada Marka Trelę, byłego dyrektora stadniny koni w Janowie. Kiedy po dojściu PiS do władzy zwolniono go z posady, pracę zaproponował mu szejk Sultan bin Zayed Al. Nahyana, przedstawiciel jednego z najbogatszych rodów w ZEA (był wicepremierem). Na sztucznej wyspie Palma Dżamira odwiedzamy The Lost Chambers Aquarium. Jest to inspirowane Atlantydą akwarium z podwodnymi korytarzami i tunelami z morską fauną. Stamtąd jedziemy jednoszynową napowietrzną kolejką Monorail na stały ląd. Po drodze podziwiamy malownicze widoki. Ale tak naprawdę dech będą nam zapierać dopiero widoki w Miracle Garden. Ogród ten, jak niemal wszystko w ZEA, jest największy na świecie. Żeby sobie wyobrazić jego ogrom wystarczy spojrzeć na te liczby: 75 tysięcy m² powierzchni i około 45 milionów kwiatów. A do tego mnóstwo pomysłowych, choć niekiedy ocierających się o kicz instalacji. Znajduje się tu nawet prawdziwy samolot Airbus A380 oblepiony petuniami, fiołkami, pelargoniami i gailardiami. W tym ogrodzie cudów spotkać można też ogromne sylwetki koni, pingwinów, słoni, kotów i różnych bajkowych postaci – wszystko pokryte wielobarwnymi kwiatami. Pamiętajmy przy tym, że temperatury w Dubaju nie należą do niskich, a opady deszczu są prawdziwą rzadkością. Ale kto bogatemu zabroni? Wracając do hotelu zwracamy uwagę na obskurne autobusy wożące pracowników budowlanych. Są to rzecz jasna imigranci z Azji, którzy pracują za bardzo niskie wynagrodzenie. Ich zarobki oscylują często w granicach tysiąca dirhamów, co może nieco dziwić w tak bogatym kraju. Znacznie więcej zarabiają fachowcy z Europy, ale nie tyle co Emiratczycy. Ci zresztą pracują niemal wyłącznie w urzędach i bankach. Ponadto mają mnóstwo przywilejów, np. emeryturę po 15 latach pracy, sześciogodzinny dzień pracy i 57 dni urlopu. Poniedziałek zaczynamy od plażowania i kąpieli w Zatoce Perskiej. Woda jest dość mocno zasolona, co umożliwia swobodne leżenie na plecach. Oprócz naszej grupki urokom plażowania oddaje się tylko kilkoro Rosjan. Pisząc o Dubai Mall znowu muszę użyć określenia „największe na świecie”. To centrum handlowe, oprócz setek markowych sklepów, oferuje takie atrakcje jak sztuczny wodospad, lodowisko, akwarium oraz …szkielet dinozaura sprzed 155 milionów lat. Ten ostatni został sprowadzony z USA. Bezpośrednio z Dubai Mall idziemy do windy i wjeżdżamy na 124 piętro najwyższego (jakżeby inaczej) wieżowca świata Burdż Chalifa. Punkt widokowy znajduje się na wysokości 452 metry (można też wjechać na 555 metrów, ale za znacznie wyższą opłatą). Bezszelestna winda wiezie nas przez 60 sekund. Teoretycznie z tej wysokości rozciąga się widok na wiele kilometrów. Jednakże przejrzystość powietrza jest dość kiepska i dobrze widać tylko najbliższą okolicę. Ale i tak jest co oglądać: drapacze chmur, oazy zieleni, sztuczne wyspy na oceanie, willowe osiedla i piaski pustyni. Budowa Burdż Chalifa trwała od 2004 do 2009 roku. Zatrudnionych przy niej było 12 tyś. pracowników. Tu znowu trzeba wspomnieć o emirackim paradoksie. Przy realizowanej z ogromnym rozmachem inwestycji (koszt półtora miliarda dolarów) robotnikom niewykwalifikowanym płacono 4 dolary dziennie! Trudno się zatem dziwić, że doszło do strajku i zamieszek, w wyniku których powstały straty w wysokości 20 milionów euro. Na pożegnanie Dubaju udaliśmy się w małym gronie na 43 piętro hotelu Sheraton, gdzie znajduje się panoramiczny punkt widokowy. Wieczorem widać stąd wspaniale oświetlone wieżowce z Burdż Chalifą na czele. Widoki w restauracji też nie najgorsze. Mam na myśli kelnerki w mini, które z gracją roznoszą drinki. Za przyjemności trzeba jednak słono płacić, np. za buteleczkę 0,33 l Heinekena wybulić trzeba aż 38 dirhamów. Jeszcze tylko krótki pokaz śpiewających fontann przed Dubai Mall i pora wracać na ostatni nocleg w Dubaju. Po czterech nocach w Dubaju wyjazd w stronę Zatoki Omańskiej. Po drodze odwiedzamy sąsiednie miasto i emirat Szardża. Tu warto wspomnieć, że jest to jedyny emirat, w którym rygorystycznie przestrzega się prawa szariatu. Oznacza to między innymi, że nie wolno tu sprzedawać i podawać alkoholu. Ba, nie wolno go nawet przewozić. Generalnie Szardża jest sypialnią Dubaju. Odbywamy spacer po ładnej promenadzie, potem podjeżdżamy pod okazały monument upamiętniający zjednoczenie emiratów. Nie zabawiamy tam długo, bo z nieba leje się ukrop. Tak na marginesie to właśnie w Szardży padł rekord gorąca w ZEA – w 2008 roku termometry odnotowały tutaj 48,5 stopnia C. O wiele przyjemniej jest we wnętrzu starego bazaru (Al. - Masgoof), w którym znajdują się też wyjątkowo czyste toalety. Nie widać tu żadnych klientów, a sam suk ma być podobno poddany remontowi, przez co nie tylko utraci swój urok, ale może też całkowicie przestać istnieć. W Muzeum Cywilizacji Islamskiej nie tylko mierzą nam temperaturę, co jest standardem we wszystkich obiektach, ale też wręczają plastikowe rękawiczki. Wśród wielu eksponatów natrafiamy także na polski akcent, a mianowicie na zdjęcie drewnianego meczetu w Kruszynianach. Jest to najstarszy zachowany meczet tatarski w Polsce. Nieopodal Szardży znajduje się najmniejszy emirat ZEA, czyli Adżman. Zatrzymujemy się tu tylko na chwilę, żeby zobaczyć z zewnątrz historyczną twierdzę. Potem rzucamy jeszcze okiem na największą na świecie stocznię produkującą drewniane łodzie dhow. Łodzie te są o tyle ciekawe, że budowane są ręcznie zgodnie z ustnymi przekazami przechodzącymi na kolejne pokolenia. W pobliskim centrum handlowym w Al - Hamra, nieopodal klubu golfowego, znajduje się sklepik z alkoholem. Warto o tym wspomnieć, bo takie „źródełka” nie są zbyt często spotykane w Emiratach. Poza tym jest tutaj ogromny wybór alkoholi, w tym wielu bardzo tanich. Przykładowo rum Old Monk o pojemności 0,75 litra kosztuje zaledwie 13 dirhamów, a indyjskie piwo z 8% zawartością alkoholu 4,5 AED. Ostatnim przystankiem na naszej trasie jest Fort Dhayah. Z drogi prowadzi do niego 232 stopnie. Wokół pełno kolców róży, nieopodal pasą się kozy. Strop fortu jest gliniany, więc trzeba uważać, żeby się nie zarwał. Dhayah jest najwyższym fortem na wzgórzu w ZEA. Przed 202 laty został zdobyty przez Brytyjczyków. Przejeżdżamy przez góry Al-Hadżar i docieramy do miejscowości Dibba w emiracie Fudżajra, gdzie nad brzegiem Zatoki Omańskiej znajduje się nasz hotel Mirage. Kilka kilometrów od Dibby znajduje się najstarszy w tym kraju meczet Badiyah. Ten mały obiekt zbudowano z błota i kamieni, nie używając przy tym żadnego drewna. Pochodzi on prawdopodobnie z XV wieku. Wygląda bardzo skromnie w porównaniu z wielkomiejskimi meczetami w Dubaju czy Aby Dhabi. Nieopodal, u podnóża gór Hadżar położony jest niewielki cmentarz. Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża Oceanu Indyjskiego drogą E 99 natrafiamy na okazały amfiteatr. Nie jest to jednak artefakt z czasów rzymskich, lecz obiekt wybudowany przed zaledwie paroma laty. Wygląda tak samo sztucznie jak pobliski wodospad, którego nie ukształtowała przyroda, lecz został wykonany ludzką ręką. Jak już jednak wcześniej wspominałem, Emiratczycy chcą mieć wszystko największe i najpiękniejsze. Jeżeli coś im się spodoba na świecie, to natychmiast realizują to u siebie. Przy tej okazji żartowaliśmy, że brakuje im tylko obiektów do morsowania. Pewnie jednak i to byliby w stanie zrobić, gdyby tylko znaleźli się pasjonaci kąpieli w zimnej wodzie. W Khorfakkan zajrzeliśmy do Shariah Heritage Museum, Jest to małe muzeum z eksponatami przedstawiającymi tradycyjną siedzibę rodziny arabskiej. Parę chwil później dojechaliśmy do Fudżajry. W stolicy tego emiratu odwiedziliśmy fort z XVI wieku, będący jedną z głównych atrakcji turystycznych tego miasta. Oczywiście, w normalnych czasach, bo teraz byliśmy tam jednymi z nielicznych turystów. Ze wzgórza, na którym stoi fort z powiewająca dumnie flagą ZEA, doskonale widać panoramę miasta z wielkim meczetem na pierwszym planie. Jest on stylizowany na Błękitny Meczet w Stambule, choć jego elewacja jest w kolorze kremowym. Na dalszym planie widać las szklanych wieżowców, a w oddali pasmo gór Hadżar. Tego dnia odwiedzamy jeszcze Masafi w emiracie Ras Al. Khaimah. Znajduje się tutaj fort o tej samej nazwie. Jego wnętrze jest puste, ale wokół rośnie wiele drzew owocowych oraz różnobarwnych kwiatów. W czwartkowe popołudnie wybraliśmy się jeepami do podwójnej eksklawy ZEA i Omanu. Jeżeli spojrzymy na mapę, to skojarzy się nam ciastko z dziurką lub donat. Jak to wygląda? Z Emiratów wjeżdżamy do eksklawy Omanu, we wnętrzu której jest eksklawa ZEA.. W tej pierwszej znajduje się miejscowość Wadi Madha, a w drugiej wioska Nahwa. Ani jedna, ani druga nie przypominają odwiedzonych dotychczas miejsc. Znajduje się tutaj wiele oaz pełnych zieleni, urokliwych kanionów oraz potężnych drzew banyan. Te ostatnie znane są jako figowce bengalskie i choć może nie są tu tak ogromne jak te w Indiach czy Tajlandii, to jednak mają wystarczająco dużo lian, żeby się na nich pobujać. W Nahwa obok małego meczetu leży spory kamień. Według miejscowego zwyczaju powinien go podnieść każdy kawaler. Jeżeli nie da rady, to nie nadaje się do zawarcia małżeństwa. Z naszej grupy nie dokonał tego żaden… Podczas tej wycieczki byliśmy świadkami solidnej burzy i ulewnego deszczu. Dla nas to nic nadzwyczajnego, ale tutaj opady o tej porze roku to prawdziwy ewenement. Nic dziwnego więc, że niemal wszyscy miejscowi wyciągnęli smartfony i zaczęli nagrywać tę pogodową anomalię. Po około godzinie deszcz przestał padać, a po burzy pozostały tylko połamane palmy daktylowe na drodze. O niedawnej ulewie przypominały też rwące w poprzek drogi strumienie wody spływające z gór. Pojawiła się też tęcza. Ireneusz Gębski

  • 1
  • 2

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.