Wasze wyprawy

Wędrówki po Grodnie i okolicach

Bazylika katedralna św. Franciszka Ksawerego

fot.: igebski

Bazylika katedralna św. Franciszka Ksawerego
Relacja z czterodniowego zwiedzania Grodzieńszczyzny, w tym miejsc pamięci poświęconym walkom polskich żołnierzy. Wspomnienie rodzinnych spotkań i oficjalnej akademii Związku Polaków na Białorusi z udziałem sekretarz stanu Anny Schmidt-Rodziewicz.
Krzyż Katyński na Cmentarzu Garnizonowym
Krzyż Katyński na Cmentarzu Garnizonowym
Niemen
Niemen
Akademia z okazji Dnia Wojska Polskiego
Akademia z okazji Dnia Wojska Polskiego
Krzyż i tablica upamiętniająca bitwę pod Kodziowcami
Krzyż i tablica upamiętniająca bitwę pod Kodziowcami
Jeden z wielu oryginalnych w Grodnie koszy na śmieci
Jeden z wielu oryginalnych w Grodnie koszy na śmieci

Granicę w Kuźnicy Białostockiej przekraczamy  prawie  bez  kolejki. Pokazujemy jedynie paszporty, pozwolenie na wjazd i ubezpieczenie. Pogranicznik  stempluje paszporty i wjeżdżamy na Białoruś. Przy drodze  do Grodna widać ładne  nowe domy. Nasz kierowca Sergiej mówi:

- To wszystko z papierosów,  to znaczy  z przemytu.

Faktycznie,  fajki są tu  prawie czterokrotnie  tańsze  niż  w Polsce. Przy pewnej dozie zaradności i skłonności do ryzyka można nieźle się obłowić.

Jedziemy osiemnastoletnim volvo, które Sergiej odstawia z Białegostoku dla ojca w Grodnie. Gdyby nie my, wracałby sam, a tak to trafiła mu się okazja do zarobienia 60 rubli (około 120 zł). My też nie jesteśmy stratni, bo bilet na pociąg  „Hańcza”, który kursuje tylko raz dziennie, kosztuje 29 złotych od osoby, a nas jest czworo. Dla Sergieja 60 rubli to sporo, jeśli zważy się, że minimalna płaca na Białorusi wynosi 330 rubli na miesiąc. On sam jest prawnikiem, choć bez żadnej aplikacji. Przez kilka lat pracował jako koordynator w firmie komunalnej odpowiadającej za sprzątanie miasta. Miał pod sobą 120 pracowników. Zarabiał w przeliczeniu około 400 dolarów. Teraz, podobnie jak tysiące innych obywateli Białorusi, korzystając z Karty Polaka, szuka zatrudnienia w Polsce.

Przy ulicy Kurczatowa 43 w dzielnicy Dziewiatówka znajduje się jedyna w Grodnie (jedna z dwóch na Białorusi) średnia szkoła z polskim językiem wykładowym. Jest to   Średnia Szkoła nr 36. Jej początki sięgają 1991 roku, kiedy to utworzono dwie klasy z polskim językiem nauczania. Cztery lata później, dzięki staraniom Związku Polaków na Białorusi (tego oficjalnego) podjęto decyzję o budowie nowej szkoły. Jej finansowanie zapewniły częściowo władze polskie, a także datki od Polonii z całego świata. Pierwszy dzwonek zabrzmiał w niej 21 września 1996 roku, a w uroczystym otwarciu uczestniczyli premierzy Białorusi i Polski.

Pracownice  sekretariatu były lekko skonsternowane naszą niezapowiedzianą wizytą. Akurat w szkole trwał wakacyjny remont, Mimo to obiecały poprosić dyrektorkę na spotkanie z nami, ale ta jakoś nie pojawiła się. Obejrzeliśmy więc szkolny gmach sami, poszerzając swoją wiedzę dzięki licznym tablicom informacyjnym umieszczonym w holu szkoły.

Do centrum Grodna pojechaliśmy taksówką. Koszt jedynie 3,70 rubla.  Tomek kupił przy pomocy Danki dostęp do Internetu, dzięki czemu mieliśmy stały kontakt ze światem.

W Grodnie nie brakuje polskich śladów, ale jeżeli nie zna się topografii miasta, to trzeba się nieco nachodzić, żeby je odnaleźć. My na przykład dość długo szukaliśmy grobu Elizy Orzeszkowej, gdyż zamiast na cmentarz katolicki trafiliśmy najpierw na sąsiadującą z nim nekropolię prawosławną. Kiedy jednak w końcu  przeszliśmy przez bramę tego pierwszego, od razu rzucił się nam w oczy usytuowany po prawej stronie od wejścia  nagrobek autorki „Nad Niemnem”. Pochowana jest wraz z drugim mężem Stanisławem Nahorskim. U podstawy wysokiego czarnego krzyża, owiniętej biało-czerwoną szarfą, przymocowana jest tabliczka z  orłem w koronie. Na płycie nagrobnej leży trochę kwiatów i dwa zgasłe dawno znicze. Sam cmentarz, na którym aż roi się od polsko brzmiących nazwisk, jest mocno zaniedbany.

Po wyjściu z cmentarza farnego przechodzimy przez duży bazar (Rynek Centralny) i ulicą Karola Marksa kierujemy się w stronę Placu Sowieckiego. Po lewej stronie mijamy  kościół Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny (zamknięty) i klasztor Brygidek. Na końcu ulicy imienia autora „Kapitału” natrafiamy na bazylikę katedralną pw. św. Franciszka Ksawerego. Ufundował ją Stefan Batory, chociaż budowę ukończono dopiero po jego śmierci. Wewnątrz świątyni znajduje się między innymi relikwia krwi Jana Pawła II oraz kopia obrazu Matki Bożej Śnieżnej. Przy ołtarzu obejrzeć można figury królów polskich, w tym Bolesława Krzywoustego i Władysława Jagiełły.

Spod bazyliki przechodzimy przez ulicę Kirowa na rozległy Plac Sowiecki. Po prawej stronie mijamy kamienicę Murawiewa (gubernatora o przydomku „wieszatiel”, który niechlubnie zapisał się w pamięci Polaków po Powstaniu Styczniowym). W centralnym punkcie placu stoi pomnik z dwoma krzyżami: katolickim i prawosławnym. W tym miejscu stał gotycki kościół, znany jako fara Witoldowa. W trakcie swoich burzliwych losów był na przemian świątynią katolicką i prawosławną, aż wreszcie po drugiej wojnie światowej zamieniono go na magazyn. Kiedy już dewastacja obiektu była tak daleko posunięta, że nie mógł spełniać nawet tej funkcji, w 1961 roku wysadzono go w powietrze.

Przy Placu Sowieckim stoi też gmach dawnego Pałacu Kultury Pracowników Tekstylnych. Jest to budynek o tyle ciekawy architektonicznie, że sprawia wrażenie jakby jego front skierowany był nie na plac, lecz na ogród. Prawdopodobnie ma być wkrótce remontowany i przebudowywany. Nieco dalej po lewej stronie na ogromnym postumencie stoi czołg upamiętniający wyzwolenie Białorusi, po prawej zaś monumentalna bryła Teatru Dramatycznego. A dalej rozciąga się wstęga rzeki Niemen. Zarówno z mostu, jak i z punktu widokowego po jego drugiej stronie, doskonale widać charakterystyczne budowle Grodna. Na wprost wspomniany Teatr Dramatyczny, Kościół Odzyskania Krzyża Świętego oraz kopuły bazyliki katedralnej. Bardziej na lewo Nowy i Stary Zamek (ten ostatni w trakcie odbudowy), a w oddali cerkiew św. Borysa i Gleba, zaś po drugiej stronie Niemna Kościół Franciszkanów.

Na obiad idziemy do Centrum Handlowego „Korona”. W tutejszym barze samoobsługowym można całkiem tanio się posilić (chłodnik, ziemniaki z kurczakiem, surówka i kompot – około 15 zł). Po obiedzie poznajemy Mietka. Od tej pory będzie naszym nieocenionym  kierowcą, a chwilami także przewodnikiem.

W Parku Zhilbera, tuż przy ulicy Dzierżyńskiego (ach, ci patroni) natykamy się na obłożony kwiatami obelisk. Oczywiście z gwiazdą na czubku. Jest on poświęcony poległym partyzantom i żołnierzom sowieckim. Nie zatrzymujemy się oczywiście, gdyż naszym celem jest dom Elizy Orzeszkowej przy ulicy jej imienia. Znajduje się w nim maleńkie muzeum mieszczące się zaledwie dwóch pokjach. Resztę pomieszczeń zajmuje miejska biblioteka. Niedaleko domu pisarki znajduje się jej popiersie na okazałym cokole z napisem „Elizie Orzeszkowej”. Kwiatów jest tu zdecydowanie więcej niż przy prawdziwym grobie na wspomnianym wcześniej cmentarzu.

Tego dnia idziemy jeszcze na ulicę Sowiecką, mijając po drodze plac i – jakżeby inaczej – pomnik Lenina. Tu mała dygresja – poprzednio byłem w Grodnie przed 28 laty, w ostatnich tygodniach istnienia ZSRR. Od tego czasu miasto się trochę zmieniło, ale nie pod względem nazewnictwa ulic i ilości symboli upamiętniających Związek Radziecki. Może jest ich teraz nawet więcej, bo w tym roku miasto obchodzi 75 rocznicę wyzwolenia spod okupacji niemieckiej, o czym przypominają liczne tablice umieszczone w przestrzeni publicznej.

Kolejnego dnia rano ochoczo ruszamy na dalsze zwiedzanie miasta. Ponownie zaglądamy do bazyliki katedralnej Franciszka Ksawerego, po czym odwiedzamy znajdującą się tuż obok najstarszą aptekę na Białorusi.  Apteka Jezuicka – bo o niej mowa – powstała już na początku XVIII wieku. Obecnie znajduje się tu nowoczesna apteka oraz niewielkie Muzeum Farmacji. Można je zwiedzać za darmo, ale za robienie zdjęć trzeba zapłacić jednego rubla.

Obok budynku straży pożarnej przechodzimy do Starej Synagogi. Duży gmach żydowskiej świątyni jest świeżo odnowiony. W utrzymanym na biało wnętrzu pachnie jeszcze farbą. Nieco dalej przechodzimy obok pomnika Dawida Grodzieńskiego. Na szarym cokole widzimy  rzeźbę z białego granitu przedstawiającą siedzącego na koniu rycerza z mieczem. Kasztelan Dawid Dowmontowicz, bo tak w istocie się nazywał, zasłynął zwycięskimi bitwami z Krzyżakami. Żył na przełomie XIII i XIV wieku.

Idąc przez miasto zwracamy uwagę na niezwykle czyste ulice. W samym centrum co rusz widać charakterystyczne metalowe kosze z nóżkami i parasolami. Uwagę zwraca też stosunkowo niewielki, jak na 370 000 miasto, ruch samochodowy.

Nad wznoszącymi się nad Niemnem wzgórzami usytuowane są dwa zamki: stary i nowy. Wejścia do obu kompleksów znajdują się naprzeciwko siebie. Stary zamek (szczególnie pałac królewski) był już mocno zdewastowany, więc poddano go gruntownej renowacji, a właściwie odbudowie. Mimo trwających prac budowlanych można zwiedzać niektóre wnętrza. W nowym zamku z pierwszej połowy XVIII wieku odbył się ostatni sejm Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To właśnie tutaj w 1795 roku abdykował Stanisław August Poniatowski, co przypieczętowało upadek Polski.

Przechodząc kilkaset metrów od Starego Zamku dochodzimy do Parku na Kołoży. Jego głównym punktem jest cerkiew św. Borysa i Gleba. Ciekawostką jest fakt, że jest to najstarszy budynek w Grodnie. Jego usytuowanie na stromym zboczu przyczyniło się do nieszczęścia, gdy podczas powodzi w 1852 roku podmyty brzeg Niemna runął do wody, pociągając za sobą część cerkwi. Kilkadziesiąt lat później świątynię odbudowano, łącząc  ocalałą kamienną część z drewnianą dobudową. Przed  cerkwią  znajduje się taras widokowy z kamieniem upamiętniającym bitwę pod Grunwaldem. Nieco dalej stoi okazała plebania.

Zwiedzanie samych kościołów, cerkwi czy synagog może być nużące. Niejako dla odmiany jedziemy więc na stadion Nieman (Nioman). Obiekt ten powstał w 1963 roku. Po jego zakamarkach oprowadza nas Mietek, który – tak się składa – właśnie tutaj pracuje. Oglądamy więc trybuny (8800 miejsc siedzących), szatnie, sale gimnastyczne i bieżnię. Za dwie godziny ma odbyć się mecz piłkarski, ale nie widać prawie żadnego ruchu, jedynie wozy transmisyjne miejscowej telewizji rozkładają kable i kamery.

Obok stadionu stoi hotel Belarus. Niestety, nieczynny. Jego remont – według pracownika ochrony – może potrwać jeszcze trzy do pięciu lat.

Obiad zjadamy w stołówce obok stadionu. Jest o połowę niż poprzedniego dnia w centrum handlowym.

Od stadionu idziemy przez osiedle otoczonych drzewami owocowymi domków jednorodzinnych. Gdzieniegdzie słychać pianie kogutów. Wiejskie klimaty w centrum Grodna i wśród blokowisk na sypialnianych osiedlach są typowe dla Grodna. Tak jest np. na Krajnym Piereułku i  Wiśniowcu (dawna Gnojnica).  Wystarczy lekko zboczyć z szerokopasmowej drogi, a znajdziemy się na gruntowej drodze, pełnej kałuż i błota. Te swoiste enklawy, pamiętające czasy przedwojenne, zamieszkują w dużej mierze Polacy. Na jednym z odcinków naszej trasy natrafiamy na kamienną dróżkę. Mietek powiedział nam, że jest to ścieżka Batorego, po której podobno przechadzał się król. Być może to legenda, ale co to komu szkodzi…

W bistro Semafor odpoczywamy przy piwie Lidzkoe (Lidzkie). Deptakiem ulicy Sowieckiej przewijają się raczej nieliczni przechodnie. Turystów jest bardzo mało, a jeżeli już, to są to Polacy. W Grodnie stanowczo brak dobrego marketingu i odpowiedniej infrastruktury, żeby przyciągnąć większą liczbę turystów. Pozwolenia na wjazd (64 złote) do wydzielonych stref zamiast wizy to stanowczo za mało.

Po ugaszeniu pragnienia idziemy w dół ulicy Sowieckiej, by ulicą Orzeszkowej dotrzeć do Soboru Opieki Matki Bożej, który pominęliśmy poprzedniego dnia przy okazji odwiedzin domu autorki Gloria Victis, a jest on usytuowany o przysłowiowy rzut beretem. Trafiamy na porę nabożeństwa, więc niestosownie byłoby kręcić się po świątyni czy też robić zdjęcia. Wychodzimy zatem po krótkiej obserwacji modlącego się plecami do wiernych popa i idziemy na dworzec kolejowy. Tutaj przed rokiem Tomek jadł blińczyki i teraz chciał sprawdzić, czy nadal tak dobrze smakują. Ja jadłem je po raz pierwszy. Owszem, smakowały! Szczególnie popite popularnym tu piwem Lidzkim.

Dowiedzieliśmy się, że obok konsulatu polskiego ma odbyć się uroczysta akademia z okazji Dnia Wojska Polskiego. Poszliśmy więc tam. Już na dziedzińcu zobaczyliśmy udzielającą wywiadu jednej z tutejszych telewizji sekretarz stanu Annę Schmidt-Rodziewicz. W niewielkiej sali na parterze starego budynku było już pełno gości, głównie młodzieży biorącej udział w akademii i działaczy Związku Polaków na Białorusi. Oczywiście mowa o tym nieuznawanym przez reżim Łukaszenki związku, którego szefową jest Andżelika Borys. Ona właśnie witała przybyłych na uroczystość gości, w tym konsula RP.

Wspomniana Anna Schmidt-Rodziewicz, jako Pełnomocnik Prezesa Rady Ministrów do Spraw Dialogu Międzynarodowego, spotkała się wcześniej  ze swoim białoruskim odpowiednikiem. Powiedziała, że nie była to łatwa rozmowa i dodała, że zaprosiła go do Polski.

- Być może ta wizyta nie przyniesie przełomu – kontynuowała -  ale może warto przyjechać do Polski i zobaczyć jak państwo polskie traktuje mniejszość białoruską i jakie warunki Rzeczpospolita Polska stwarza mniejszościom przebywającym na terenie Polski. Może niech zobaczy jak funkcjonuje szkolnictwo białoruskie na terenie Polski, jak traktuje się uczniów (…).

Po części artystycznej poszliśmy obejrzeć kościół ewangelicko-augsburski, białoruski fast-food Kołobki (coś a’la Mc Donald) i Dom Masonów. Stąd zaś udaliśmy się na rodzinną kolację do restauracji Krysza Mira, zlokalizowanej na dachu domu towarowego (piąte piętro) z widokiem na centrum. Rzecz jasna, lokal mieści się przy ulicy Sowieckiej. Tu, przy piwie, wódce, zakąskach i fajce wodnej spędziliśmy miło czas do północy. Po zamknięciu lokalu pojechaliśmy do dyskoteki Baza. Akurat tego dnia był dzień pod znakiem Retro, a zatem grano przeboje z lat mojej młodości. Na kwaterę dotarliśmy grubo po trzeciej nad ranem…

Po dwóch dniach intensywnego zwiedzania i imprezowania rano wstawało się dość ciężko. Między innymi dlatego trzeci dzień na Białorusi poświęcony był sentymentalnemu objazdowi pod Grodzieńskich wsi, z których wywodzą się przodkowie mojej żony i T. Najpierw pojechaliśmy do oddalonej o niespełna 25 kilometrów Żydomli (Żytomli). T. zapamiętał, że przed rokiem jadł tutaj pyszny chleb (płaski, okrągły z cebulą). Skierowaliśmy więc pierwsze kroki do sklepu. Udało się nabyć ostatnią sztukę!

Przed wjazdem do wsi uwagę zawracają dwa stojące obok siebie krzyże: prawosławny i katolicki. To częste zjawisko na tych terenach. Od wieków bowiem te wyznania (niegdyś także judaizm) koegzystowały ze sobą. Widać to także na miejscowym cmentarzu. Nas jednak interesują polskie nazwiska. Szczególnie dużo tu Radziwanowskich, Jurowskich, Obuchowiczów i Tołoczków. Niektóre nagrobki są całkiem świeże. Powoli odchodzą ostatnie pokolenia, a młodzi emigrują do Polski lub dalej na zachód. Jeszcze kilkadziesiąt lat i mniejszość polska na Białorusi przestanie istnieć – prorokują niektórzy miejscowi. I trudno się z nimi nie zgodzić, zważywszy na niechęć władz białoruskich do przejawów kultywowania polskości.

Z Żydomli jedziemy do Gibulicz, wioski położonej przy trasie Grodno – Bruzgi (przejście graniczne z Polską). Do 1947 roku mieszkali tu dziadkowie Tomka i mojej żony. Obecnie poza fragmentem stawu i starą  śliwą nie ma tu żadnych śladów gospodarstwa. Pod liniami energetycznymi rozciąga się tylko dziko rosnąca trawa i chwasty. W całej wsi została bodajże jedna polska rodzina…

Mietek. wyciąga z bagażnika motykę i spod darni wykopuje ziemię, którą Tomek. wsypuje do woreczka. Zawiezie ją do Polski niczym filmowy Pawlak.

Kolejnym przystankiem na naszej sentymentalno-wspomnieniowej trasie jest Kopciówka. Znajduje się tu kościół Wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny z 1936 roku,  gruntownie odnowiony w latach 1992-2000. Jedną z fundatorek była Sabina  Żur z pobliskiego Połotkowa. Świadczy o tym dobitnie wmurowana tablica. Wspominam o tym, bo wkrótce mieliśmy okazję odwiedzić ją oraz jej siostrę Felicję. Obie panie są już w dość podeszłym wieku (85 i 87 lat). Kto wie, czy to nie ostatni moment, aby posłuchać ich wspomnień i uzupełnić luki w drzewie genealogicznym rodziny…

Dalekie kuzynki mojej żony przyjęły nas bardzo gościnnie. Zresztą nie tylko one – gościnność jest chyba immanentną cechą mieszkańców kresów. Przy okazji poznaliśmy pana Mariana, który akurat przywiózł miód z własnej pasieki. Pan Marian przestrzegał przed zbytnim zbliżaniem się Polski do USA. Jego zdaniem – im bardziej Amerykanie kogoś „polubią”, tym bardziej źle się to dla niego kończy. Zupełnie odmiennego zdania był nasz kierowca Mietek. Polityczny dyskurs nabierał więc rumieńców.

Nie zapomnieliśmy także o odwiedzeniu cmentarza wojskowego. Przed 28 laty mieszkańcy Białegostoku ufundowali Krzyż Katyński, który postawiono tu wraz z tablicą z nazwiskami poległych polskich żołnierzy. Na krzyżu wisiała biało-czerwona szarfa z napisem Prezydent Rzeczypospolitej Andrzej Duda. Sądzę, że umieszczono ją podczas wizyty minister Anny Schmidt-Rodziewicz, która dwa dni wcześniej złożyła na płycie wiązankę kwiatów. Nieopodal Krzyża Katyńskiego stoi symboliczny grób. Umieszczona na nim tablica informuje, że: Tu spoczywają szczątki żołnierzy Wojska Polskiego obrońców Grodna poległych we wrześniu 1939 r. Cześć ich Pamięci! Tutaj również była wiązanka kwiatów od pani sekretarz stanu.

Po południu wyruszyliśmy w stronę Kanału Augustowskiego. Przy drodze z Grodna do Sopoćkiń od kilku miesięcy  funkcjonuje ścieżka rowerowa (oddana do użytku 2 czerwca). Zbudowana została przy współpracy strony polskiej. Niestety, rowerzystów nie ma tu zbyt wielu. Jedziemy w niedzielne popołudnie, a ścieżka świeci pustkami. Kilka kilometrów za Grodnem zatrzymujemy się przy Forcie nr 2. Zniszczony obecnie fort wchodził w skład Twierdzy Grodno. Wybudowany został podczas pierwszej wojny światowej. W trakcie tzw. Bitwy Niemeńskiej  podczas wojny polsko-bolszewickiej został zdobyty przez Polaków. W czasie II wojny światowej Niemcy dokonali tu masowych egzekucji. Obecnie znajduje się tutaj pamiątkowy krzyż oraz tablica z napisem: Przechodniu, zatrzymaj się tu. Niech chwila zadumy i modlitwy będzie hołdem złożonym ofiarom i przestrogą dla przyszłych pokoleń. Nieopodal rozciągają się ogródki działkowe i stoją dacze należące do mieszkańców Grodna. Swój domek i niewielki sad oraz ogród warzywny mają tu także nasi gospodarze.

Tuż przy śluzie Kanału Augustowskiego w Dąbrowce naszą uwagę zwraca drewniany domek z ogromnym orłem w koronie namalowanym na ścianie frontowej. W drodze powrotnej zajeżdżamy do  wsi Kodziowce. Na przedpolach tej miejscowości  w nocy z 21/22 września 1939 roku rozegrała się bitwa między 101 pułkiem ułanów a oddziałem 2 sowieckiej brygady pancernej. Było to jedno z największych starć wojsk polskich z armią radziecką podczas agresji ZSRR na Polskę. Straty, zarówno polskie jak i sowieckie, są trudne do oszacowania. Różne źródła podają różne liczby. Nie ulega jednak wątpliwości, że polscy ułani wykazali się niezwykłą walecznością. Niestety, końcowy rezultat był już dawno przesądzony, w każdym razie od chwili podpisania paktu Ribbentrop – Mołotow.

Aktualnie w Kodziowcach, dzięki staraniom  Polaków, ową bitwę upamiętnia krzyż Fundacji Straży Mogił Polskich z Wrocławia  oraz tablica z napisem:  W tym miejscu 22 września 1939 roku 101 Pułk Ułanów z Brygady Rezerwowej  Kawalerii „Wołkowysk” stoczył bitwę z najeźdźcą sowieckim. Chwała Bohaterom! Na krzyżu natomiast umieszczono napis: Bohaterom 101 Pułku Ułanów Poległym w boju z Armią Czerwoną 22.09.1939 r. pod Kodziowcami.  

Ireneusz Gębski

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.