Wasze wyprawy

Weekend w Alpach

Na Rappenseegiplel

fot.: janusz

Na Rappenseegiplel
Podejścia? Powiem krótko, puls walił mi tak, że dla uspokojenia zmuszony byłem robić przerwy częściej, niż dawniej bywało. Gorąc. Wilgotność, żar, stromizna, pot zalewający oczy..

Weekend w Alpach.

     Jako że polski język trudny jest do wymówienia przez Niemców, Austriaków i inne ludy, zwłaszcza zaś przez bawarskich górali, to sobie zachodnią, młodszą odnogę Tatr - Alpami nazwali. Powróciłem stamtąd, gdzie na zaproszenie syna we dwójkę wycieczki odbyliśmy, w schroniskach tamtejszych przenocowaliśmy, atmosfery owej się nawdychaliśmy. Byłem bliski oddania ducha na podejściach, ale dzięki aniołom dobrym do celów dotarłem. Pięknie było jak to w górach. Potwierdzam, one stoją nadal.

Pogoda? W alpejskim Allgäu mieliśmy błękit nieba i żar z góry. Mimo lekkiego górskiego wietrzyku pociliśmy się solidnie. Podejścia zajmowały nam (z mojej przyczyny) więcej czasu, niż planowaliśmy i niż wskazywały alpejskie drogowskazy. W odróżnieniu od turystycznych strzałek w innych terenach tutaj podawane są czyste czasy przejścia, bez odpoczynków. Ponoć w polskich górach też tak było, ale tam zawsze skracałem podane wartości, także w bardzo dorosłym wieku. Tu w Alpach mimo sporych utrudnień tylko przy zejściach kilka razy udało się nawet skrócić czas przejścia. W terenie skalistym momentami zdarzała się lekka wspinaczka wejściowa/ zejściowa (maksimum 2 w skali), w lesie mokra, śliska glina.

Zmieniliśmy pierwotny plan, głównie z powodu tłoku w schroniskach a przy nieposiadaniu rezerwacji - do końca przed podróżą nie byliśmy pewni, który wariant drogi wybierzemy - groziło spanie na podłodze sali restauracyjnej albo i w innym awaryjnym pomieszczeniu. Dobrze, chociaż że syn Łukasz jest członkiem Alpinverein (odpowiednik Polskiego Związku Alpejskiego), więc dostaliśmy numerowane miejsca na pryczy. W teorii każdy miał 90 cm dla siebie, nasze szczęście, że spaliśmy z brzegu - pod oknem i z ławą obok. Inni mieli gorzej. Choć muszę dodać, że niemiecka solidność niwelowała wszelkie niedogodności. Spaliśmy w sali 40 osobowej w największym niemieckim schronisku wysokogórskim Rappensseehűtte 2100 m npm

(http://www.rappenseehuette.de/).

Swobodniej, inaczej było na zakończenie wycieczki w miejscowości Oberstdorf (takie ładniejsze Zakopane), gdzie mieliśmy pokój nr 13, wprawdzie 6 osobowy, ale do naszej wyłącznej dyspozycji.

Podróż z Nadrenii do Bawarii przebiegała tam i z powrotem ekspresowo, płynnie, komfortowo. Natomiast sama nasza wędrówka obfitowała w zdarzenia dziwne, a trafiające we właściwym czasie. Po wyjściu z samochodu i przebraniu się „na wędrówkę” chcieliśmy jeszcze skorzystać z odległej około 300 metrów toalety. Pod drzewkiem nawet w Niemczech nie wypada, to nie wyspy za kanałem. W drodze tamże urwała mi się cała podeszwa buta.

Związałem but drutem na niewielkie przejścia (Trzeba umieć sobie radzić, powiedział góral, wiążąc buta dżdżownicą), ale należało poszukać sklepu z obuwiem sportowym. Udało się. Za bez mała 60 euro (kupcie w Zakopanem tak tanio!) dostać nowe buty trekingowe (Nareszcie zwiążę koniec z końcem, odpowiedziała dżdżownica). Poprosiłem Łukasza, by sfotografował tę mą beznadzieję na nogach, jeszcze przed zmianą. Okazało się, że w Canonie nie ma karty! Zapomniał włożyć. Dobrze, że tak na wszelki wypadek miałem jakieś „zdobyczne” - za coś przy okazji kupna czegoś otrzymane - dwie karty o niewielkiej pojemności 2 GB (ta zapomniana miała 32 GB). Dobrze też, że miałem ze sobą taki mniejszy aparat – notes. Porobiliśmy obaj fotki. Tamta awaryjna karta początkowo zupełnie nie rejestrowała zdjęć! Pierwsze foty, które się wybiórczo „załapały” pochodzą z czwartkowego wieczoru. A na małym aparacie - notesiku niewiele fociłem; te rozwalone buty jednak są. Najbardziej cieszy, że buty rozwaliły się jeszcze w Oberstdorfie, przed rozpoczęciem podejścia.

Tuż przed wyjazdem zdecydowałem, że zabiorę kijki. A nuż będą pomocne. Oj, jakże się przydały na stromych podejściach i zejściach. A na skale skracałem je i troczyłem je do plecaka.

Żal mi, że praktycznie zupełnie nie mamy fotografii z pierwszego dnia, bo początkowo karta wcale nie zapisywała, z kolei bardzom rad, że mamy przynajmniej te nieliczne, które się zarejestrowały. Niektóre z nakładkami. Wiele wcale.

Podejścia? Nie będę się rozpisywał. Powiem krótko, puls walił mi tak, że dla uspokojenia zmuszony byłem robić przerwy częściej, niż dawniej bywało. Gorąc. Wilgotność, żar, stromizna, pot zalewający oczy...

A jednak udał się wcześniej rozpoczęty weekend w górach wysokich. Trzy schroniska. Dwa szczyty. Jedno jezioro. Wszystko pieszo.

Wieczorem przy kolacji w schronisku Rappenseehűtte, a rozmawialiśmy z Łukaszem jak zwykle po polsku, podszedł do nas mężczyzna na oko pięćdziesięciolatek i zapytał: Wy z Polski, a skąd, można wiedzieć? - Z Mikołowa – oparłem. Chwila przerwy. Nabrał głęboki oddech i ni to ze zdziwieniem, ni z przekonaniem, ni to stwierdzając, ni to z zapytaniem powiedział tylko jedno słowo: Janusz?

Spojrzeliśmy na siebie, teraz ja już wprawdzie z pełnym przekonaniem, ale tak wypadało, dla potwierdzenia spytałem: Genek? I musielibyście to widzieć, co nastąpiło. Genek wstawszy, wrzasnął na całe schronisko - „Leute,wir haben uns mehr als dreizig Jahre nicht gesehen !“ (Od ponad trzydziestu lat się nie widzieliśmy). Potem było bratanie się przy pysznym czerwonym, lokalnym winie. Niektórzy schroniskowi goście sami nas zagadywali zdziwieni, takim niespodziewanym spotkaniem po 30 latach.

Ba, nawet na pryczy mieliśmy miejsca obok siebie. Ileż to razy Genek zapraszał mnie w Alpy Allgäu? A jak to w życiu, nie wychodziło. Sama odległość od mego domu do bawarskiego Kempten, gdzie on mieszka to kilkaset kilometrów. I taka nagle losowa niespodzianka trzecia, tym razem niezwykle sympatyczna.

Jeszcze informacyjnie. Nie wiem, czy często nocowaliście w polskich schroniskach. Ja dosyć często. Było ubożuchno. Tu też nie było luksusów, ale były udogodnienia, które nie wymagają nakładów, a pomyślunku. Zaraz za wejściem głównym były pomieszczenia na buty, kijki i suszarnia. Dzięki temu nawet w wieloosobowej sali przy otwartych oknach spało się przyjemnie, bez niechcianych zapachów. Kabiny sanitarne i prysznice bardzo czyste, a był przecież tłum. Prysznic (żeton do automatu na 3 minuty) kosztował 2,5 euro. Zatem nikt nie marnotrawił wody.

W innym schronisku, po posiłku, sztućce, naczynia, talerze wkładało się wprost do wyłożonych zmywakowych koszy, które pani z obsługi wkładała bezpośrednio do „przemysłowej” zmywarki do naczyń.

Po zameldowaniu każdy turysta otrzymywał druczek, na który wpisywane były wszelkie kolejne zakupy i zamówienia, a wieczorem, przed zamknięciem bufetu i recepcji, regulowało się rachunek. Raz jeden za całość.

Śniadania były standardowe, dwa do wyboru, w jednej cenie. Albo musli, albo chleb z dodatkami. I oczywiście herbata lub kawa. Rzecz jasna nie trzeba było korzystać z oferty. Członkowie Alpinverein (Związku Alpinizmu) wrzątek dostawali za friko, inni za niewielką opłatą. Miejsca na indywidualne pichcenie też było dość.

Same zaś Alpy Allgäu, w tej części wapienne, przypominają w zupełności nasze Tatry Zachodnie.

Tyle że ciut one wyższe, obszarem rozleglejsze. Częściej niż w Tatrach spotyka się owce i nawet powyżej 2000 m npm stada krów. Szlaki malowane różnie, raz lepiej, częściej gorzej i rzadko. Łatwo zmylić trasę.

Ludzie spotykani na szlaku sympatyczni, uśmiechnięci, uczynni. To jednak bodaj wspólna cecha wędrowników we wszystkich górach świata od pewnej poziomicy wzwyż.

(C) Janusz J. Plewniak

Jak z popsutem butem dalej iść?
Jak z popsutem butem dalej iść?
Alpejski szlak
Alpejski szlak
Dzwonki alpejskie
Dzwonki alpejskie
Schronisko alpejskie Rappenseehűtte
Schronisko alpejskie Rappenseehűtte
Na szczycie
Na szczycie
Rappensee - jezioro alpejskie na około 2100 m npm
Rappensee - jezioro alpejskie na około 2100 m npm

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.