Wasze wyprawy

WIGILIA NA GORSKIM SZCZYCIE

Slady na sniegu

fot.: janusz

Slady na sniegu
Bywało, że wszystko zamierało. Wrzeszcząca bezgłosem cisza. Kryształowe, zmrożone powietrze. Obraz nieba jak w planetarium, tylko wyraźniejszy.

Wilia na górskim szczycie.

„Zaprośmy go do stołu.”

Wysokogórskie Obserwatorium Meteorologiczne na Śnieżce w Karkonoszach, na samej granicy polsko - czeskiej, na wysokości 1602 m nad poziomem morza istnieje od przełomu XIX/ XX wieków. Wprawdzie powstało dopiero w 1900 roku, to pierwsze pomiary meteorologiczne na Śnieżce odnotowywano już od 1880 roku. Do lat siedemdziesiątych XX wieku mieściło się w drewnianej wieży. Potem zostało przeniesione kilkanaście metrów obok do nowoczesnych architektonicznie quasi surrealistycznych „talerzy”.

Pracowałem tam jako obserwator meteorolog - jeszcze w tej starej drewnianej konstrukcji budzie - od sierpnia 1971 do sierpnia 1972. Struktura kosmicznych talerzy w znanym zarysie już stała.

Przez 296 dni średnio – przypomnę, rok ma 365 dni - notuje się na Śnieżce mgłę. Dni opadów deszczu lub śniegu jest ponad 240, a średnia ilość wszelkich opadów przekracza 1400 mm. Tylko 3 dni w roku są na szczycie bezwietrzne, zaś prędkość huraganowych wichrów w podmuchach dochodzi nawet do 100 m/sek.

Mnie zaś, świeżo wypuszczonego po studiach fizyka doświadczalnika wysłano tam, o ironio, do sporządzenia planu obserwacji aktywności Słońca!

Bywało, że wszystko zamierało. Wrzeszcząca bezgłosem cisza. Kryształowe, zmrożone powietrze. Obraz nieba jak w planetarium, tylko wyraźniejszy, ostry, tuż, tuż nad zadartą głową. Rzadkie chwile, a jednak się zdarzały. Zdarzały się takie dni, zdarzały zwłaszcza takie noce.

Wówczas, gdy pracowałem na Śnieżce, zdarzały się noce, gdy byłem sam. Absolutnie, zupełnie całkiem sam. Bo opustoszałe czeskie schronisko już spało, a u mnie w obserwatorium - choć to wbrew przepisom - nie było nikogo. I gdy wychodziłem na zewnątrz, będąc tak całkiem sam na kamienistej kopule szczytu ciemną nocą, gdy nieboskłon zawisł tuż nad głową, gwiazdy w zasięgu ręki... Czułem, że Bóg jest blisko. A myślałem Immanuelem Kantem „Niebo gwiaździste nade mną” - to czułem. A czy „prawo moralne we mnie?". Słaby ze mnie filozof... Tego nie rozumiałem.

To jednak rzadkie bywały chwile.

W tamtym okresie krótko po ślubie mieszkaliśmy we Wrocławiu, w podnajętym dwupokojowym mieszkaniu. Ania jeszcze wówczas studiowała. Wyjeżdżałem na dyżury na Śnieżkę, zostawiając ją ciężarną samą w mieście. Dobowe dyżury meteorologa miałem według grafiku po kolei dwa, częściej trzy i potem wracałem na kilka dni do Wrocławia. Dyżur trwał 24 godziny i po nim obowiązkowo przerwa, także dobę. Natomiast dzień roboczy, powiem szychta, liczona była w rozliczeniu teoretycznym jako siedem godzin. Jeżeli miałem trzy dyżury po kolei, to musiałem być na górze przez pięć dób. A potem miałem przynajmniej 5 dni wolnego. Mogłem z tym czasem robić, cobym tylko chciał. Miałem nawet pokój służbowy do własnej dyspozycji w domu meteorologa w Karpaczu. Rzecz oczywista wracałem na ten okres do żony, do Wrocławia.
Byłem najmłodszy stażem, oczywistość, iż przypadł mi dyżur w wigilię i święta. Na ten okres żona Ania przyjechała do mnie. To była niezapomniana wigilia. Byliśmy na kopule szczytowej sami z Anią. I nikogo. Arktyczna zima! Wycie wiatru, wzniecającego tumany suchego śniegu. Mróz.

Aż nagle ktoś załomotał do drewnianej bramy. Z otchłani śnieżnej mgły pojawił się pojedynczy, kulący się przed podmuchami mroźnej zawieruchy, zmarznięty i osypany białym puchem żołnierz wopista. To był jeden jedyny raz, gdy do wigilijnego stołu, do tej tradycyjnej, dodatkowej, zazwyczaj pustej zastawy zasiadł niespodziewany gość. Żołnierz służby zasadniczej WOP - wojsk ochrony pogranicza.

Cóż ja Wam mam napisać? Jakąż przypowieść przekazać? Są takie chwile, że lepiej zmilczeć, by nie przegadać. Żołnierz za swoją niesubordynację, bo nie zameldował o dwóch równych godzinach po kolei, że na granicy nic się nie dzieje, dostał karnie dwa tygodnie zakazu opuszczania koszar. Znaczy, żadnej przepustki.

My doświadczyliśmy, że zapalona świeca w oknie i dodatkowa zastawa na stole, to nie tylko pusty symbol. Zdarzają się cuda, czasem takie malutkie. Wtedy zdarzył się. My pamiętamy o tamtej wigilijnej wieczerzy nieprzerwanie, zwłaszcza teraz gdy czekamy na kolejną w życiu wigilię. On, tamten żołnierz? Nawet nie przypomnę sobie jego imienia, on naszych być może też nie. Jestem przekonany, że pamięta tamten zimowy wieczór.

Od wtedy, przygotowując stół przed wigilijną kolacją, stawiając dodatkowy talerz dla pielgrzyma, zapalając świecę na parapecie okna, zadaję sobie nieustannie pytanie; a co będzie, gdy nagle ktoś zadzwoni do drzwi i po ich otwarciu znów stanie przede mną zziębnięty przybłęda?

(C) Janusz Plewniak

 

Szczyt Snieżki jesienią
Szczyt Snieżki jesienią
Z lewj nowe, obecne obserwatoriu, z prawej dawne, dreniana wieża. Widokówka z lat około 1973-75.
Z lewj nowe, obecne obserwatoriu, z prawej dawne, dreniana wieża. Widokówka z lat około 1973-75.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.