Wasze wyprawy

Wokół Wysp Brytyjskich

Wodospad na wyspie Mull

fot.: igebski

Wodospad na wyspie Mull
Jeżeli chodzi o wyspy, to przeciętny polski turysta wybiera Kanary lub te zlokalizowane na Morzu Śródziemnym, np. Maltę. Bogatsi jadą na Karaiby, Madagaskar, na Bali czy Malediwy. A co powiecie na Orkady, Szetlandy, Hebrydy i inne wyspy brytyjskie?
Latarnia w Tobermory
Latarnia w Tobermory
Lerwick
Lerwick
Lerwick
Lerwick
Rope Bridge
Rope Bridge
Dark Hedge
Dark Hedge

Magellanem wokół Wielkiej Brytanii - Orkady, Szetlandy, Hebrydy i inne

Jeżeli chodzi o wyspy, to przeciętny polski turysta wybiera  zazwyczaj Kanary lub też te zlokalizowane na Morzu Śródziemnym, np. Maltę. Bogatsi jadą  na Karaiby, Madagaskar, ewentualnie na Bali czy Malediwy. Tak czy owak, wszędzie tam dotarła już turystyka masowa i jest po prostu tłoczno.  Może warto więc rozejrzeć się za innymi destynacjami? Niekoniecznie z plażami pełnymi złocistego piasku. Wszak nie każdy lubi smażyć się w upalnym słońcu niczym dorsz na patelni.
Co powiecie na Orkady, Szetlandy, Hebrydy i inne wyspy brytyjskie?
Odwiedziłem niedawno  niektóre z nich że znakomitym podróżnikiem Wojciechem Dąbrowskim. Płynęliśmy z Amsterdamu wycieczkowcem linii Cruise&Martime Voayages, ale oczywiście w każde z opisanych niżej miejsc można dostać się także w inny sposób.

Rano dowiadujemy się o zmianie trasy rejsu że względu na złą pogodę w okolicy kanału La Manche. Płyniemy więc odwrotnie do ruchu wskazówek zegara przez Morze Północne wzdłuż wschodnich wybrzeży Wielkiej Brytanii w kierunku Orkadów, które mieliśmy odwiedzić dopiero pod koniec rejsu.  Dookoła mgła, ale słońce powoli się przebija.

Rano budzimy się w Kirkwall. To niespełna dziewięciotysięczne miasto leży na wyspie Mainland i jest  największym skupiskiem ludzkim na tej wyspie i na całym archipelagu Orkadów. Jest pochmurno i chłodno. Kontrola paszportowa miała być o 9.15. Oficer imigracyjny przybyła jednak pół godziny później. Formalności przebiegły sprawnie i w chwilę później darmowym busem pojechaliśmy do centrum Kirkwall. Jest to odległość zaledwie czterech kilometrów. Stąd o 10.15 rusza bus linii T 11 za 12 funtów od osoby. Po niespełna godzinie dojeżdżamy przez Stromnes do Skaill. Mijamy po drodze zatokę będącą fragmentem akwenu Scapa Flow. Mieściła się  tutaj główna baza angielskiej marynarki wojennej podczas obydwu wojen światowych. We wrześniu 1939 roku właśnie w to miejsce przedarł się polski okręt podwodny "Wilk". Baza istniała jeszcze do 1957 roku.

Na pierwszym dłuższym postoju oglądamy klif z piaszczysto-kamienistą plażą i zwiedzamy pozostałości neolitycznego osiedla Skara Brae sprzed 4,5 tysiąca lat. Osada ta została częściowo odsłonięta spod warstwy piachu w wyniku sztormów w 1850 roku. W wyniku prac archeologicznych osiem kamiennych domostw w pełni odsłonięto w 1930 roku. Prawdopodobnie jest to najstarsze odkryte miejsce zamieszkania człowieka w Europie. Od 1999 roku na liście UNESCO. Wstęp do muzeum i w rejon odrestaurowanych wykopalisk 7,5 funta.

Po półtorej godzinie jedziemy dalej. Jest zimno i wietrznie. Przy drodze widać pasące się owce, kamienne płoty i domy, faliste pagórki. Zero lasów, czasami tylko pojedyncze krzaki.  Łyse wierzchołki niskich gór, nad którymi kotłują się ciemne chmury, robią przygnębiające wrażenie.

Docieramy do neolitycznego kręgu Ring of Brodgar. (Tu dodam, że podobna wycieczka ze statku kosztuje 51 f.). Dokładna data jego powstania nie jest znana, ale szacuje się, iż powstał ponad cztery tysiące lat temu. Do czasów współczesnych zachowało się 27 z 60 kamieni. Najwyższy ma prawie pięć metrów, zaś najniższy niewiele ponad dwa. Na niektórych widać ślady inskrypcji z poprzednich wieków. Ustawione są w kręgu o średnicy 104 metrów. Jest to jeden z największych kręgów kamiennych w Wielkiej Brytanii. Podobnie jak Skara Brae figuruje na liście UNESCO.

Po powrocie do Kirkwall idę na samotny spacer. Zwiedzanie zaczynam od katedry św. Magnusa, która stanowi centralny punkt tego niewielkiego miasta. Jest to kościół, którego budowa rozpoczęła się w XII wieku. Powstał na planie krzyża. Reprezentuje styl normański, gotycki i romański. Zbudowany jest z czerwonego i żółtego piaskowca. Należy oczywiście do Kościoła Szkocji. Obok świątyni rozciąga się cmentarz z pionowo ustawionymi płytami nagrobnymi. Po drugiej stronie ulicy znajduje się Bishop,s Palace, a właściwie to co z niego pozostało (wstęp 5 funtów). Nieopodal stoi Watergate.

Na statek wracam pieszo ścieżką wzdłuż portu. Po drodze mijam przystań promową. Można stąd dostać się promem do Lerwick na Szetlandach i do Aberdeen. Napotykam pierwsze kwitnące żonkile, a na pobliskiej łące głaszczę grzywę małego konika szetlandzkiego. Razem pokonuję 7 km. Nadal jest pochmurno i chłodno.

Wieczorem koncert. W dzisiejszym programie wykonywane są piosenki zespołu Queen. Odpływamy o godzinie 22.00.

Lerwick - po przepłynięciu 101 mil (około 187 km) z Orkadów znaleźliśmy się na Szetlandach. Dokładnie na wyspie Mainland (tak, to nie pomyłka - Mainland jest zarówno na Orkadach, jak  na Szetlandach). Nazwa wyspy wywodzi się z nieużywanego już języka norn, w którym to określano ją jako Megenland, czyli po prostu "główna wyspa". Stolica Szetlandów to małe schludne miasteczko położone u podnóża niewielkich wzgórz. Kamienne zabudowania pną się tarasami  od portu w górę. Na południowym krańcu miasta, na skraju klifu zlokalizowany jest cmentarz, doskonale widoczny od strony morza. Mieszka tu około 7,5 tys ludzi, ale niespecjalnie widać ich na ulicach. Może dlatego, że środowy poranek jest wietrzny i chłodny. Przejaśnia się dopiero przed południem.

Spod statku do centrum miasta jest blisko, ale mimo to przygotowano dla pasażerów  Magellana darmowe busy.  Wysiadamy  przy molo Victoria, po czym każdy zwiedza na własną rękę. Na początku idziemy  razem z Wojciechem Dąbrowskim. Mijamy stare rybackie domki wystające wprost z wody. Dalej widzimy równie starą szkołę z internatem, kościół metodystów i bibliotekę zaadaptowaną po dawnym kościele. Oglądamy z zewnątrz monumentalny ratusz. Zachodzimy do katolickiego kościoła p.w. św. Małgorzaty, po czym udajemy się do ruin fortu Charlotte. Otoczony wysokim murem od strony morza, najeżony lufami armat - jeszcze dzisiaj robi wrażenie. Odwiedzam następnie muzeum Szetlandów. Wstęp jest tutaj bezpłatny, a na dwóch kondygnacjach można zapoznać się z eksponatami z bliższej i dalszej przeszłości, m.in. z rusztem do wypieku chleba, ręczną maszyną do młócenia zboża czy też łodziami rybackimi.

Do Lerwick można dostać się ze Szkocji. Zarówno promem, jak i samolotem. Będąc tutaj warto wybrać się do osady Scaloway.  To zaledwie kwadrans jazdy samochodem lub dwie godziny spaceru. Na trasie są piękne widoki, a na miejscu można obejrzeć urokliwy zamek z przełomu XVI i XVII wieku

W sklepie  The co-pe ative tuż przy porcie niespodziewanie znajduję piwo Tyskie.  Czteropak kosztuje 6,29 funta, czyli około 30 zł.

Kolejny 19-godzinny rejs za nami. Rano po przepłynięciu prawie 600 kilometrów  przez Atlantyk Magellan rzuca kotwicę w zatoczce nieopodal Tobermory na szkockiej wyspie Mull znajdującej się w archipelagu Hebrydów Wewnętrznych. Na ląd dostajemy się łodziami motorowymi (tendrami). Z daleka rzucają się w oczy kolorowe domy. Miasteczko (jedyne  zamieszkałe na wyspie) liczy  około 700 osób. Znane jest z destylarni whisky Tobermory. Tu również, podobnie jak w Lerwick, spotykamy kościół użytkowany niezgodnie z pierwotnym przeznaczeniem. Aktualnie znajduje się tam kawiarnia i galeria.

Tobermory to jeden z najpiękniejszych portów szkockich. Istnieje od końca XVIII wieku, kiedy powstał tu port rybacki. Jest tutaj przystań promowa oraz marina.

Ścieżką wijącą się wśród gęstych zarośli, kilkanaście metrów nad brzegiem zatoki, udaliśmy się do odległej o 3 kilometry latarni morskiej. Wracaliśmy nieco wyżej położoną  ścieżynką, z której z jednej strony rozciągał się piękny widok na zatokę oraz na nasz statek, z drugiej zaś na pokryte wrzosowiskami wzgórze. Przeszliśmy przez rozległe pole golfowe i górnym tarasem poszliśmy w przeciwną stronę, czyli na południe od centrum. Naszym celem były wodospady. Dwa większe i dwa mniejsze. Wszystkie urokliwe. Powstały z niewielkich strumyków o kamienistym podłożu płynących wśród gęstych zarośli. Z leśnej ścieżki doskonale widać było zarówno lazurowe wody zatoki, jak i malowniczą panoramę całego Tobermory.

W pobliżu niższych wodospadów zaczepiła mnie mieszkanka wyspy, która przedstawiła się jako Izabel. Kiedy dowiedziała się, że jestem z Polski, pochwaliła się, iż słyszała o Warszawie i o górach... Tu się zająknęła, więc mój towarzysz podróży podpowiedział: Tatry. O, yes! - potwierdziła z zadowoleniem.

Dzień był bardzo słoneczny, toteż prawie czternastokilometrowy spacer zaliczam do wyjątkowo udanych. Poza tym wyspa Mull to miła odmiana po dość ponurych krajobrazach Orkadów i niewiele lepszych na Szetlandach. Sporo tu zieleni, choć o tej porze roku jeszcze nie w pełni widocznej. Trasy turystyczne są  pięknie utrzymane i dobrze oznaczone. Na co dzień, gdy nie przypływa taki wycieczkowiec jak nasz, jest tutaj cicho i spokojnie. Wyspa jest górzysta i w znacznej części pokryta lasami. Reszta to wrzosowiska i trawiaste nieużytki.

Piątek trzynastego minął szczęśliwie i w sobotę o siódmej zacumowaliśmy w Belfaście. Po śniadaniu darmowym busem jedziemy z portu do odległego o 4 kilometry centrum. W trakcie półtoragodzinnego spaceru (5km) zwiedzamy City Hall i katedrę św. Anny. Idziemy też nad rzekę Lagan, oglądamy halę targową (St Georges Market).

O 10.30 jedziemy  busem Allen's Tours do Giant's Causeway. Koszt prawie siedmiogodzinnej godzinnej przejażdżki 25 funtów. Za podobną wycieczkę Cruise Martime Voyager życzył sobie 70 funtów oferując w tej cenie lunch. Resztę otrzymuję w funtach irlandzkich, o  których istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia. Mowa oczywiście o Irlandii Północnej, która podobnie jak Szkocja ma prawo emitować własną walutę. Płacić można nią jednak tylko na danym terytorium, a nie w całej Wielkiej Brytanii.

Jedziemy na północ wśród zielonych łąk i nielicznych wiosek. Po półtorej godzinie i przejechaniu  102 km zatrzymujemy się w Bushmill. Znajduje się tutaj destylarnia whiskey  "Old Bushmill". Po kolejnych czterech kilometrach docieramy do słynnej Grobli Olbrzyma zwanej też Drogą Olbrzymów. Jest to niezwykła formacja skalna składająca się z ciasno ułożonych kolumn bazaltowych. Podziwiamy niesamowite widoki uformowanych przez naturę tworów skalnych. Spędzamy tu półtorej godziny. W tym czasie przechodzę ponad 4 kilometry, robiąc jednocześnie mnóstwo zdjęć i krótkich ujęć filmowych.

Wśród setek turystów spotykam polskie małżeństwo z nastoletnią córką. Ta ostatnia marudzi, że trzeba dużo chodzić po klifach. Ojciec odpowiada: Przyjechaliśmy na wycieczkę, a nie żeby siedzieć na komputerze. Latorośl nie wyglądała na przekonaną.

Parę kilometrów dalej, również na wybrzeżu, znajduje się Carrick a Rede z wiszącym mostem (Rope Bridge). Za wejście trzeba wybulić 8 funtów.  Robię zdjęcia z daleka, a na sam most nie wchodzę, bo po pierwsze - nie chce mi się stać w olbrzymiej kolejce chętnych, a po drugie - nie mamy zbyt dużo czasu. Oprócz mostu warte obejrzenia  są malownicze klify i potężne skały wyłaniające się z wód zatoki.

W pobliżu zlokalizowany jest też  Dark Hedges, czyli ciemny żywopłot składający się ze szpaleru starych drzew, które stykają się koronami nad wąską drogą. Kręcono tutaj sceny do Gry o Tron.

Bus firmy Allen's Tours podwiózł nas pod statek o siedemnastej. Przejechaliśmy dzisiaj łącznie 220 km. Na nogach natomiast przeszedłem prawie 12 km. Pogoda raczej dopisywała, choć rano niebo było zachmurzone.

W związku ze zmianą trasy rejsu z programu wypadł Dublin. W zamian płyniemy do Cobh, portu w pobliżu Cork. Rano zaczęło mocno bujać, ale jakoś udało mi się ustrzec od objawów choroby morskiej.

Magellan zacumował przy  nabrzeżu wpół do dwunastej. Na pobliskiej stacyjce nabyłem w automacie bilet powrotny do Cork za 10 euro. Pociąg odjechał o 12.30. Do Cork jechał 25 minut.

Cork, drugie co do wielkości miasto Irlandii, leży na południowym zachodzie kraju. Niestety, dzisiejsza deszczowa aura nie zachęcała do dłuższego zwiedzania. Przeszliśmy tylko niecałe 6 kilometrów, oglądając między innymi browar Heinekena nad rzeką Lee, odwiedzając katolicką katedrę pod wezwaniem świętej Marii i św. Anny z 1808 roku i mijając parę interesujących murali.  Co ciekawe, katedra mimo niedzieli była pusta, a na deptaku mimo niepogody spore grupy ludzi.

Po powrocie przeszedłem ponad 5 kilometrów po niewielkim Cobh nad Morzem Celtyckim. Najpierw wspiąłem się po  stromych schodach na wzgórze, gdzie - jak sądziłem - stał kościół. Owszem, kiedyś była to świątynia. Teraz mieści się tutaj miejscowe muzeum, za wstęp do którego trzeba zapłacić 4 euro. Nie skorzystałem. Wolałem pójść do pobliskiej katedry św. Kolmana. Jest to obiekt stosunkowo młody jak na budowlę sakralną. Budowano go przez 47 lat (1868-1915). Katedra może pochwalić się największym w Irlandii carillonem. Miłym akcentem dla turysty z Polski jest informator w naszym języku.

Wąskie uliczki mającego status uzdrowiskowo-letniskowy Cobh rozciągają się  zakosami w górę od nabrzeża. Dominuje niska zabudowa. Kolorowe domy ściśle przylegają do siebie. Na centralnym placyku znajduje się memoriał poświęcony ofiarom statku Lusitania. Ten pasażerski liniowiec został storpedowany przez niemiecką łódź podwodną 7 maja 1915 roku. Zginęło wtedy 1198 osób. Ocalało zaledwie 764. Katastrofa miała miejsce około 18 km od Cobh (wtedy  miasto nazywało się Queenstown).  Luksusowy transatlantyk odbywał właśnie swój sto drugi rejs w niespełna ośmioletniej historii.

Ireneusz Gębski

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.