Wasze wyprawy

Wśród gór i jezior- Bariloche

Jesień w Bariloche

fot.: InSearchOfUmami

Jesień w Bariloche
Patagonia nie była w naszych planach, ale ciągnie nasz do krainy gór i jezior. A plany są przecież po to by je zmieniać.

Parę miesięcy przy wyjazdem na nasza podróż dookoła świata zaplanowałam cała trasę przez Amerykę Południową i Środkową a następnie do Azji. Teraz po miesiącu w Argentynie zaczyna kusić mnie Patagonia. Niby chcieliśmy ominąć zimę (zwłaszcza Janek) a tam już głęboka jesień, ale nie możemy się oprzeć. Nie zabraliśmy ze sobą ciepłych rzeczy, ale ustalamy, że po prostu założymy na siebie wszystko, co mamy i najwyżej zapach nie będzie ludzi wokół nas rozpieszczał. Wsiadamy do autobusu z Mar del Plata do Bariloche. Modlimy się żeby było warto, bo autobus kosztuje ponad 100 euro (za osobę!) i jedziemy 24 godziny.

Bariloche okazuje się być bardzo przyjemnym miasteczkiem otoczonym zewsząd jeziorami. Przypomina bardziej Szwajcarię. Wszystko jest zadbane, czyste, domki drewniane. Okazuje się, że miejsce jest bardzo turystyczne w lato, gdy jest ładna pogoda i w zimie, gdy jest rajem narciarskim. Nieświadomie, więc wybraliśmy idealny okres. Nikogo widocznie nie obchodzą piękne kolory jesieni a szkoda, bo jest naprawdę pięknie. Przechadzamy się samotnie po miasteczku. Nie ma tu dużo do zobaczenia, bo główne szlaki są poza miastem. Nie tracimy, więc zbyt dużo czasu. Wyruszamy na Cerro Campanario skąd rozciągają się piękne widoki na liczne jeziora i góry w okolicy. Już wiemy, że opłacało się tu przyjechać. Widoki zapierają nam dech w piersiach. Już nie możemy się doczekać wspinaczek na góry i chłodzenia stóp w jeziorach.

Widok z Cerro Campanario
Widok z Cerro Campanario

Nie bez powodu Bariloche i okolice wyglądają jak Szwajcarskie wioski. Jest tu dużo wpływów z tego kraju. A nawet miejscowości przez nich założone. Jak Colonia Suiza, do której wybieramy się na curanto. Curanto to danie tradycyjnie z Chile, które przygotowuje się w uprzednio wykopanym dole na rozżarzonych kamieniach. Całość przykrywa się aromatycznymi liśćmi. Mamy wrażenie, że wrzuca się tam wszystko, bo są i ziemniaki i marchewki i bataty i oczywiście tak przez Argentyńczyków ukochane mięso. Danie jest bardzo smaczne, dosyć mocno wędzone, ale i na to jest rada. Każdy popija piwo za piwem.

Po tygodniu od wybuchu wulkanu pojawiają się wycieczki na Wyspę Victorii i do Lasu Arrayanes, który słynie z pomarańczowych drzew. Nie da się tam dostać inaczej, więc wybieramy się tam z turystami z Argentyny i Chile. Na łodzi okazuje się, że mają oni wspólną pasję. Kochają karmić ptaki i robić sobie przy tym zdjęcia. Cała łódź pełna jest krzyczących Latynosów próbujących złapać jak najlepsze ujęcie podczas karmienia. Wszystko jest dosyć komiczne dopóki nie spadają pierwsze ptasie odchody. Oczywiście na mnie. Gdy w końcu jesteśmy na wyspie Viktorii wyskakuję z łodzi jak najszybciej. Wiem, że na lądzie mam mniejsze szanse kolejnego ataku ptaków. Wyspa jest piękna. Dziewicza i pokryta pięknym lasem. Natychmiast wybieramy się na punkt widokowy. Z góry podziwiamy okolicę. Mamy nadzieje, że jeszcze tu przyjedziemy jak już nie będzie popiołu. Może nawet przyjedziemy na dłużej. Ponoć można zostać tu na wolontariacie, jako strażnik parku.

 

 

 

Pomarańczowe drzewa przykryte popiołem
Pomarańczowe drzewa przykryte popiołem
W krainie jezior
W krainie jezior
Park Llao Llao
Park Llao Llao

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.